11.04.2011 08:20

Autor: Katarzyna Borowiec

Patrick Wolf po raz pierwszy – i nie ostatni – w Polsce

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów

Wykonawcy: |


wolf.jpg Patrick Wolf po raz pierwszy – i nie ostatni – w Polsce

“Możecie rzucać we mnie czym tylko chcecie, nie było mnie tu przez dziesięć lat koncertowania i widzę, że sporo mnie ominęło.”

Szóstego kwietnia Patrick Wolf wystąpił w warszawskim klubie Stodoła. Wygląda na to, że oczarowanie było wzajemne – koncert był świetny nie tylko dzięki talentowi wykonawcy, ale i wspaniałej reakcji fanów.

Wolfowi w trasie poprzedzającej wydanie piątego albumu (“Lupercalia”, data premiery została ostatnio przesunięta na 20 czerwca) towarzyszy Rowdy Superstar. Czarnoskóry showman był zabawny i grał krótko, czyli dobrze spełnił obowiązki supportu. Muzycznie jest to nieciekawe, wykonawca wychodzi z założenia “po co ci instrumenty, jeśli masz tańczące kobiety”. Dwie tancerki (“Hype Girls”) wymachiwały reflektorami i prezentowały choreografię objaśniającą teksty. (Na przykład utworowi pod tytułem “Tick Tock” towarzyszył taniec imitujący zegar). Podkład szedł z laptopa. Rowdy lubi błyszczeć, ma czapkę ze sreberek po czekoladkach, odnalazł miłość w pierwszym rzędzie publiczności, powiedział, że jesteśmy sexy i zachęcił do kupienia singla przez iTunes (w Polsce niedostępny).

Patrick Wolf na showmana tylko pozuje, co tym bardziej czarującymi czyni jego nieśmiałe uśmiechy. Set zaczął od “Armistice” – jednej z nowych piosenek. Zagrał osiemnaście utworów, z wprawą przeplatając te bardziej melancholijne melodiami optymistycznymi. Już przy drugim utworze, “Time of My Life” widownia podbiła serce piosenkarza. Umówiwszy się przez portale społecznościowe fani Wolfa w odpowiednim momencie wyciągnęli kartki z napisem “This is the time of my life”. Było ich naprawdę dużo i zrobiły wrażenie na wykonawcy, który przez cały koncert od czasu do czasu pokrzykiwał “Warsaw!”, a na koniec wymachiwał podarowaną mu polską flagą.

Niewątpliwy talent wokalny Wilk pokazał w całej okazałości, oprócz nowego materiału i kawałków z “The Bachelor” (recenzja) śpiewając także starsze utwory. Po dwa z każdej płyty, w tym ulubiony przez fanów “Tristan” czy hitowy “The Magic Position”, który był idealnym zakończeniem setu. Wokalista był pełen radości, po depresji nie zostało chyba ani śladu. Aranżacje piosenek pozwalały mu popisywać się grą na klawiszach, elektrycznych skrzypcach, a nawet na harfie. Do pomocy miał pięcioosobowy zespół – perkusistę, basistę, pana od efektów i szczególnie interesujące, odziane w jasny róż panie. Jedna z nich grała głównie na skrzypcach, druga była odpowiedzialna za świetne partie saksofonu, grała też m.in. na flecie poprzecznym, klarnecie i saksofonie altowym. Partie instrumentalnie ładnie zgrywały się z elektronicznymi podkładami, a brak większego chóru zmniejszył patos utworów z “The Bachelor”. Nowe kawałki są radosne i niosą pozytywne przesłania, jak “Together” (jak łatwo się domyślić – razem lepiej) czy “Bermondsey Street”, którą Patrick poprzedził uroczą mową na temat bycia sobą, i która opowiada o jego pierwszym gejowskim pocałunku.

Chociaż niektórzy porównują Patricka do Bowiego, przebrał się tylko raz, na bis. Koncert zakończyły trzy utwory – “Hard Times”, promujący nową płytę singiel “The City” i entuzjastycznie przyjęty “Bloodbeat” z debiutu. Publiczność zresztą przyjmowała entuzjastycznie wszystko tego wieczoru, piszcząc głosem młodych dziewcząt (przeważająca część fanów Wolfa) tak głośno, że udało jej się nadrobić jakością pewne braki ilościowe. Nie można bowiem powiedzieć, by Stodoła była pełna ludzi. Była za to pełna uwielbienia. Więc Patryk obiecał, że wróci, i to jeszcze w tym roku.

Katarzyna Borowiec

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.