04.07.2017 22:39

Autor: Kuba

Open’er Festival 2017 – relacja z dnia czwartego

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | | | | | |


Open’er Festival 2017 – relacja z dnia czwartego

Poptymistyczny koniec.

Wykonawcy ostatniego dnia festiwalu mieli ogromnie ciężkie zadanie po swoich poprzednikach. Przez pierwsze trzy dni byliśmy wręcz bombardowani ilością świetnych koncertów (i kilku do bólu przeciętnych), więc wyczekiwania odnośnie tego, co zaprezentują nie tylko headlinerzy – The xx oraz Lorde - ale także wszyscy ci, którzy będą prezentować się przed nimi. Nieco starsi odbiorcy po poprzednich dniach zaskoczeni zostali także wyraźną zmianą pokoleniową. Ilość -nastek przekraczała wszelkie granice przyzwoitości, ale na szczęście nie wpłynęło to zanadto na około-muzyczne wrażenia, a tych na koniec festiwalu było całkiem sporo.

Jeśli muszę już rozmawiać o koncercie The xx, powinienem zacząć od tego, że muzyki angielskiej grupy nigdy nie byłem w stanie w pełni zrozumieć, ani nawet polubić. Zimnofalowe brzmienia pierwszych dwóch płyt były dla mnie koszmarnie nudne i nie byłem w stanie pojąć fenomenu, jaki krążył wokół trio od czasów ich przełomowego debiutu. Jednak ostatni album, “I See You”, sprawił, że postanowiłem grupie dać szansę. Okazuje się, że nowe wcielenie Anglików pasuje zdecydowanie najbardziej, ponieważ byli w stanie zawrzeć swoją wrażliwość wcześniejszych dokonań z bardziej nowoczesnym, elektronicznym sznytem, za który odpowiadał nieustraszony Jamie xx. Choć trio wydawało się trochę nieopierzone, jeśli chodzi o nowszy materiał, ten zdecydowanie rezonował mocniej niż zagrane na początku “Crystalised” czy “Intro”.

O wiele większe wrażenie zrobiła jednak Lorde. Nowozelandka w towarzystwie małego zespołu i skromnych wizualizacji była w stanie zrobić dużo lepsze show niż napakowany efektami specjalnymi i scenografią występ The Weeknd dzień wcześniej. Tytuł nowej płyty, “Melodrama”, świetnie oddawał klimat, jaki udało się uzyskać podczas koncertu. Wśród lejącego nieprzerwanie deszczu, artystka wciąż zachęcała swoim świetnym popem do tańca. Nie przeszkadzały mi zupełnie jej okazyjne fałsze, jej dodatkowe wokale wygrywane z taśmy, przypadkowe przeniesienie Open’era do Gdańska (wszak nie każdy musi wiedzieć, że Trójmiasto to nie jedno miasto), czy średnio udane próby zagajenia fanów (wszak nie każdy poczuł się komfortowo w byciu nazywanym loser-em, choć rozumiem intencje). Przez godzinę usłyszeliśmy porządną dawkę ambitnego popu, dzięki czemu Lorde dowiodła, że obecnie jest jedną z najważniejszych gwiazd młodego pokolenia, która ma ogromną popularność oraz ogromne wsparcie fanów i krytyków. Aż nie mogę się doczekać, co będzie miała do powiedzenia przy kolejnym albumie. Może mniej piosenek o młodzieńczych rozterkach.

#Lorde #opener2017 fot @ishootmusic

A post shared by Open'er Festival (@opener_festival) on

Poza dwoma headlinerami, świetnie wypadł także znany z The Woods Kevin Morby w swoim solowym projekcie. Muzyk w towarzystwie swojego zespołu wprowadził publiczność zgromadzoną na Alter Stage w folkowy, intymny trans i pokazał, że emocje w muzyce są niezwykle ważne. Tej lekcji musi nauczyć się Benjamin Booker, który chciał brzmieć na zaangażowanego, a wyszło to nienaturalnie, wręcz karykaturalnie. Po kilku utworach nie byłem w stanie wykrzesać z siebie woli walki, by dać mu szansę na odkupienie. Podobnie sprawa miała się z koncertem George’a Ezry. Jego utwory to śliczne szkatułki, które powodują, że uśmiech rośnie na twarzy samoistnie. Problem w tym, że po kilku utworach znamy wszystkie sztuczki z arsenału Brytyjczyka i o kolejną pozytywną reakcję już coraz trudniej.

This looks fake. Maybe it is. Maybe life's a dream. POLAND!

A post shared by Kevin Morby (@kevinmorby) on

Warto także wspomnieć o naszych rodzimych wykonawcach, którzy w tych trudnych warunkach poradzili sobie raczej dobrze. Krzysztof Zalewski z nowym materiałem jest wciąż w ścisłej czołówce polskiej muzyki rozrywkowej. Udało mu się zgromadzić całkiem niezłą publiczność, jak na porę i okropną pogodę, jaka panowała na terenie Babich Dołów. Z gracją i odpowiednią dawką zawadiactwa wykonał kawał solidnej roboty. Plus za zaproszenie Pauliny Przybysz do wspólnego wykonania “Podróżnika”. Zielonogórska Niemoc, jak wiele pozytywnych niespodzianek tegorocznej edycji na Alter Stage, cofnęła nas w czasie do nostalgicznej wrażliwości pełnej kaset wideo i gum Turbo. Można psioczyć na regresywną naturę muzyki trio, ale jeśli śmiało wkroczymy w tę lekko papadance’owską konwencję, można się w niej nieźle zanurzyć. Natomiast Taco Hemingway to po prostu Taco. Albo się go lubi, albo nie. Dla niektórych poważny zawodnik w rap-grze, dla innych przereklamowany intelektualista dla wrażliwej, wielkomiejskiej młodzieży. Jednak, czegokolwiek byśmy nie powiedzieli, tłum zebrał większy niż niejeden zagraniczny artysta na Orange Main Stage i to znak, że jego zawrotna kariera nie chyli się jeszcze ku upadkowi. “Następna Stacja” ryknięta a capella przez Filipa i publiczność, gdy laptop z podkładem został zalany, jedynie to potwierdza.

Słowem zakończenia

Może i bym chciał jakoś podsumować ten festiwal pod kątem muzycznym, zrobić swoje TOP 5 wykonawców i powiedzieć, co było nie tak, ale czuję, że ile osób, tyle zdań na ten temat. W ciągu całego Open’era (a także kilku dni po zakończeniu festiwalu) nasłuchałem się tylu opinii, że mój edytor tekstu nie wytrzymałby ilości tabelek, które musiałbym zaserwować, by zobiektywizować to, co działo się na terenie Babich Dołów. Świadczy to jednak o sile festiwalu – każdy z słuchaczy jest w stanie znaleźć swoją niszę i w pełni się w niej oddać. Dla niektórych najważniejszym punktem były wielkie nazwiska, dla innych – perełki pochowane w małych namiotach o późnych godzinach. Pozostaje jednak pytanie, jak długo taka formuła się sprawdzi. Stanie w wiecznym rozkroku na dłuższą metę nikomu jeszcze nie przyniosło korzyści. A bycie omni-festiwalem wymaga nieco więcej miejsca, czasu i pieniędzy.

Inną kwestią, na jaką warto zwrócić uwagę, jest to, że gdyński festiwal w stosunku do swojej konkurencji wciąż rozwija się nieco za wolno. Do dziś ogromnym problemem zdają się blisko ustawione sceny partnerskie, których echo przebija się podczas koncertów (poważnie ucierpiał na tym m.in. występ Jamesa Blake’a). Ilość wykonawców festiwalowych również uległa zmniejszeniu w stosunku do poprzednich edycji, z drugiej strony zwiększając repertuar aktywności pozamuzycznych. Gdyńska impreza powoli zmierza w stronę lifestyle’owego jarmarku dla osób, które niekoniecznie przyjechały posłuchać muzyki, ale po prostu się pokazać.

Może jestem już mentalnym dziadem, ale na ten festiwal pojawiam się ze względu na kaliber wykonawców, jacy rokrocznie się tam pojawiają. Choć w tej kwestii jestem całkiem zadowolony, mam wrażenie, że ciągle można wciąż nieco zmodyfikować swój program. Wciąż brakuje przynajmniej jednej, trochę bardziej eksperymentalnej sceny. Tę lukę stara się zapełnić Alter Stage, ale jeden Blanck Mass wiosny nie czyni. Wydaje mi się, że można popróbować także z innymi gatunkami muzycznymi, jak niegdyś tymi prezentowanymi chociażby na World Stage. Rozumiem, że czasy się zmieniają, ale wciąż warto jest dać szansę na doedukowanie słuchacza. Może niekoniecznie wpłynie to na sprzedaż biletów, ale z pewnością odświeży nieco wyświechtane już szaty gdyńskiego festiwalu.

Oczywiście, jestem tylko nudnym paplą, który musi trochę ponarzekać, bo zawsze przecież można zrobić coś lepiej. Niemniej jednak, szesnasta (!) edycja Open’era była niewątpliwym sukcesem – zarówno komercyjnym, jak i koncertowym. Może po prostu musimy przyzwyczaić się do tego, jaki festiwal ma obecnie target, ale dopóki na deskach gdyńskiej imprezy będą pojawiać się tacy muzycy, jak Radiohead czy Solange, dopóty Babie Doły nie zaświecą pustkami. Chyba, że wszyscy zdążą po drodze połamać nogi po festiwalowych wertepach, czego sobie i Wam z całego serca nie życzę. Do zobaczenia za rok!

Kuba Serafin




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.