OFF suplement

Nasz drugi wysłannik na OFF Festival uzupełnia relację o swoje spostrzeżenia.

Za wcześnie

Polscy wykonawcy zawsze byli mocną stroną śląskiego festiwalu, lecz tym razem organizatorzy zadbali o to, by częściej niż zwykle nadwiślańscy artyści byli ciekawsi niż swoi konkurenci zza Odry. 1926, Skalpel, Bisz, Ampacity, Trupa Trupa, Stara Rzeka, Molesta, tres.b, Babadag, Frozen Bird, Magnificent Muttley (i jeszcze więcej). Można z nich zrobić oddzielny festiwal, a jak pokazała frekwencja na wczesnej (za wczesnej) Starej Rzece czy pełnym spiekoty występie Bisza z zespołem, biletów zeszłoby pewnie całkiem sporo. W każdej beczce miodu musi być łyżka dziegciu, nie inaczej w przypadku OFFa. Nie pierwszy raz piszemy o tym na naszych łamach. Dlaczego Polacy (z niewieloma wyjątkami) muszą okupować najwcześniejsze sloty? Dlaczego byłem zmuszony do iście tragicznej decyzji: 1926 czy Stara Rzeka, Hokei czy Hera? Dlaczego jeden z nich nie mógł grać zamiast okrutnie słabych Glass Animals z Oksfordu? Z powodu wczesnej pory nie udało mi się zobaczyć Teenagers i Frozen Bird.

Na szczęście Trupa Trupa w palącym słońcu wypadła świetnie, wczesna pora nie przeszkodziła 1926 w produkowaniu hałasu, duchota trójkowego namiotu tylko pomogła Ampacity. Hokei zaprezentowali co najlepsze z debiutanckiego albumu, ale nie wykorzystują w pełni potęgi dwóch zestawów perkusyjnych. Drekoty przechodzące reorganizację po wymianie wokalistki zagrały nierówno. Bisz postanowił pobawić się w “Jaka to melodia?” i grał tylko fragmenty swoich piosenek, żeby zmieścić program normalnego koncertu w 45 minutach. Tres.b jak zawsze bardzo profesjonalnie, choć tym razem zabrakło ognia. Eteryczni How How niezbyt pasowali do festiwalu, ale zagrali bardzo dobrze. W porze wieczornej wystąpili Skalpel z gościnnym udziałem Jana Młynarskiego i Pianohooligana, Super Girls & Romantic Boys oraz największa niespodzianka festiwalu.

Zbig jest king

Pomysł zaproszenia Zbigniewa Wodeckiego z Mitch & Mitch, by odegrać debiutancką solówkę Zbiga wydawał mi się kuriozalny, dopóki nie posłuchałem tego albumu. Zapomniany klasyk, dosłownie. Wysmakowane aranżacje, ciekawe rozwiązania melodyczne i “Panny mego dziadka”, absolutny hit. Moretti z Mitchami nie grzebał zbytnio przy materiale, tak jest dobry. Momentami nadawali mu trochę jazzowego szaleństwa, to oni stoją za motywem muzycznym festiwalu, wziętym od Jorge Bena. To zresztą był symboliczny wybór, Zbig zafascynowany był brazylijską bossa novą i przy bardziej sprzyjających okolicznościach mógłby mieć podobny status co Ben.

Warto było przyjść na ten koncert chociażby, by zobaczyć, jak zmienia się reakcja publiczności. Od lekkiego pobłażania przez zaskoczenie do prawdziwej fascynacji. Kto by się spodziewał, że Wodecki ma na koncie tak fantastyczną płytę, skoro on sam o niej zapomniał. Warto było też patrzeć na wzruszonego Zbiga, w końcu czekał na ten koncert 37 lat. Zdecydowanie najważniejsze wydarzenie festiwalu. I jeden z najlepszych koncertów.

Gitary trzymają się mocno

Tegoroczna edycja, chyba jeszcze bardziej niż poprzednie, została zdominowana przez hałasujące gitary. Niektóre lepiej, inne gorzej. Billy Corgan z zespołem towarzyszącym zagrał najgorszy koncert festiwalu. Bez polotu, męczący, pełen zbędnych popisów, ale zagrany jakby od niechcenia. Nie uratowały go nawet najlepsze fragmenty “Siamese Dream”. Inni weterani, których miałem okazję zobaczyć, Girls Against Boys nie zawiedli. Miażdżyli dwoma basami, mimo długiego stażu zabrzmieli bardzo świeżo.

Młodziaki w większości dawali radę. Cloud Nothings opuszczeni przez drugiego gitarzystę poszli w stronę solidnego, punkowego uderzenia. Usłyszeliśmy całe “Attack on Memory” plus dwie piosenki z nadchodzącej płyty. Merchandise wypadli poprawnie, a poprzedzający ich Kanadyjczycy z Metz źle wyważyli proporcje hałasu i melodii, tych drugich było zdecydowanie za mało. Mikal Cronin zabrał tropikalny namiot Trójki do słonecznej Kalifornii. Japandroids jak zawsze bezbłędni, wzniecili tumany kurzu pod sceną Leśną, mimo że zabrakło kilku hitów z debiutu (ale o “Wet Hair” i “Young Hearts Spark Fire” nie zapomnieli). Że koncertów Fucked Up nie można omijać, wiedziałem już wcześniej. Było głośno, duszno, przytulanki z wokalistą zaliczone. Damian Abraham wyposażony w bezprzewodowy mikrofon urządzał sobie wycieczki poza namiot,  a za nim, niczym na polskim weselu, wężykiem podążała spragniona pogo publika, w namiocie rozkręcił się circle pit, na szczęście nikt nie ucierpiał. Dzielenie się mikrofonem, noszenie na plecach fanów to w ich przypadku standard, którego nie zabrakło w Katowicach. Mimo że występy Kanadyjczyków skupiają się na osobie Abrahama, cały zespół stanowi o ich sile, pozostająca na scenie piątka to jeden z najlepiej zgranych zespołów na festiwalu. Wszystko zabrzmiało równiutko i potężnie. Repertuarowo skupili się na “David Comes to Life”.

Gdzie ta egzotyka?

Do ostatnich dni przed festiwalem jedyną egzotyką mieli być Szwedzi z Goat. Dopiero za odwołaną Solange wskoczyli The Paradise Bangkok Molam International Band, którzy okazali się być czarnym koniem tegorocznej edycji. Podbite dyskotekowo-funkowym bitem tradycyjne tajskie melodie poderwały katowicką publiczność do szaleńczego, godzinnego tańca. Może nie aż tak szaleńczego, jak na Omarze Sulejmanie przed dwoma laty, ale to ten sam kierunek. Trochę cepeliady i kiczu, jednak zabawa przednia i moja łaknąca podobnych brzmień dusza została obłaskawiona. Może następnym razem doczekam się fenomenalnych Dengue Fever? Goat trochę zawiedli, za mało Afryki, za dużo gitar, za dużo teatru, za mało muzyki. Czekam więc również na powrót prawdziwej Afryki. Już za rok, mam nadzieję.

Michał Wieczorek
fot. Gosia Lewandowska

Przeczytaj również relację z OFF Festivalu według Katarzyny Borowiec:
- część pierwsza,
- część druga.

Fotorelacja z festiwalu autorstwa Gosi Lewandowskiej:




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.