28.04.2009 10:19

Autor: marcin

OFF Club 2009 – Materac, Plum, The Butthole Surfers

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | |


bs3.JPG OFF Club 2009 – Materac, Plum, The Butthole Surfers

Czyli o ostatnim przystanku przed letnim odjazdem na Słupnej. Tym razem na miejsce imprezy wybrano wrocławski klub Bezsenność.

Ta relacja z wiosennej edycji OFF Clubu miała rozpocząć się zwyczajnie i po kolei - począwszy od Materaca, przez Plum, na Butthole Surfers kończąc. Jednak nim zabrałem się za segregowanie wydarzeń w mojej głowie natrafiłem na kilka komentarzy odnośnie koncertu, mówiących tylko o jednym. Chodzi oczywiście o chaos i przerwanie koncertu Butthole Surfers przez organizatorów. Ok, zacznijmy więc od gwiazdy.

Jeśli ktoś kojarzył OFF Festival wyłącznie z muzyką alternatywną oscylującą w okolicach brzmień co najwyżej alternatywnych gitarowo, w niedzielny wieczór musiał się sporo zdziwić. O temperamencie grupy i wydarzeniach na koncertach Buttholes Surfers wiadomo co najmniej od jakiś 20 lat. Ceniąc sobie solidny rozpieprz i porządne burdy, podobnie jak mistrzowie gatunku – Jesus Lizard, każdy ze swych występów urozmaicają obscenicznymi zachowaniami. Po wejściu do Bezsenności (klubu, który notabene do złudzenia przypominał katowicką Hipnozę, w którym odbyła się I edycja OFF Clubu) miało się wrażenie, że zaraz na scenę wkroczy akustyczny songwriter, a nie punkowa grupa pokroju Butthole Surfers. Zero barierek, brak ochrony pod sceną – ten system świetnie sprawdził się na zimowym koncercie grupy Deerhoof, jednak jak się miało później okazać niezbyt zadziałał przy grupie formatu Butthole Surfers.

Robiąc ogląd publiki widać było, że o ile na Materacu pod sceną zjawiła się garstka ludzi, na Plumie zagęściło się już bardziej, to dopiero gwiazda wieczoru zdołała zapełnić całą Bezsenność. Co jednak odróżniało zimową edycję od wiosennej – o ile w Katowicach można było spotkać ludzi, którzy przyszli zobaczyć wszystkie koncerty, we Wrocławiu 1/2 publiki stanowiła kopie Gibby’ego, wokalisty grupy. Ubrani w charakterystyczne okulary i koszulki zespołu, 30/40-latkowie – nie dało się ich nie zauważyć. Koncert miał konkretny profil i wydaje mi się, że na swą niekorzyść zerwał z offfestiwalową tradycją, jeśli można ją tak nazwać. O ile 3 edycje imprezy oraz edycja zimowa OFF Clubu starała się łączyć różne style i gromadzić w jednym miejscu odmienną publikę, tak edycja wiosenna, oferując rozrywkę za 50 zł, przeznaczona była głównie dla fanów Butthole Surfers. A szkoda.

Wrocławski występ Butthole Surfers był ich pierwszą wizytą w naszym kraju. Rozpoczęli w miarę punktualnie od utworu “Kuntz”, po którym wokalista przejął inicjatywę i wszedł w dialog z publiką. W przerwie przed drugim utworem padło prowokacyjne pytanie “Kto ma więcej niż 48 lat? Kto pamięta Radio Wolna Europa?” itd., itd. Coś zaczęło się poważnie psuć w okolicach trzeciego utworu. Gibby od początku nie ukrywał wyraźnego rozluźnienia nadmiarem wypitego alkoholu, jednak o ile gdzieś do czwartego utworu trzymał się na nogach i w miarę celował w mikrofon, tak później było już tylko gorzej. Na nic próby sięgania po saksofon, gitarę czy nawiązywania kolejnych dialogów między kawałkami. Publika odpuściła na kilkanaście minut i zespół zajął się odgrywaniem kolejnych numerów, ale atmosfera wyraźnie się zagęszczała. W zasadzie ciężko mieć pretensje o wykonanie przekrojowego materiału. Było oldschoolowo, solidnie, punkowo, trochę psychodelicznie. Jednak widoczne osuwanie się wokalisty i jego artykułowanie sylab mające imitować śpiew z utworu na utwór stawało się coraz bardziej uciążliwe. Jeśli ktoś oczekiwał wyłącznie tego, musiał być usatysfakcjonowany.

W pewnym momencie publika wydarła się spod kontroli. Prowokacyjne zachowania w postaci zdzierania z wokalisty części ubrania i ściągania ze sceny sprzętu (stojaki+mikser) wywołały kocioł trudny do opanowania. W tym momencie stałem kilka metrów od sceny, więc ciężko mi potwierdzić kto w tym starciu był inicjatorem, kto starał się załagodzić sytuację, a kto ją nakręcał. Wiadomo, że koncert po blisko półtoragodzinnym występie został definitywnie przerwany przez organizatorów. Burdy i pseudo-teatralne zachowania leżą w naturze Butthole Surfers, ale niestety organizacyjna klapa w postaci braku odpowiedniej ilości ochrony spowodowała, że sytuacja totalnie wymknęła się spod kontroli. Jak można było później dowiedzieć się z oficjalnego oświadczenia klubu, koncert przerwano z uwagi na “niszczenie NIE swojego (bardzo drogiego) sprzętu- czego nie było w kontrakcie oraz pobicie (nie wspominając o wielokrotnym znieważaniu) pracownika technicznego.”. Muzycy zeszli ze sceny i pomimo długiego skandowania publiki nie pojawili się na niej z powrotem. Zespół, który nie zagrał za zwrot kosztów, ale za kasę, która płynęła z niemałych cen biletów (katowicka impreza, pomimo czterozespołowego składu była tańsza) nie powinien dopuszczać do takich sytuacji.

plum2.JPG Nim Butthole Surfers zamontowali się na scenie, jako drugi w kolejności wystąpił nasz krajowy Plum. Muzyka zespołu, od momentu powstania wielokrotnie ewoluowała, jednak nawet ostatnie nagrania grupy nie były w stanie oddać tego, co grupa zaprezentowała na scenie. Estetyka noise rodem z wytwórni Dischord czy Touch & Go to wciąż znak rozpoznawalny Plum, jednak wyraźny wpływ Woody’ego Aliena, sprawił, że na żywo formacja prezentuje się dużo masywniej i mocniej. 100% punkowego uderzenia, połączonego z metalowo brzmiącymi zagrywkami (już wiem jak czuli się fani Slayera na ich pierwszych koncertach) zdołało porwać publikę i odpowiednio rozgrzać wzmacniacze przed Butthole Surfers. Zespół grał blisko godzinę, po czym bisował jednym utworem.

materac3.JPG Materac mimo swego dosyć przygodnego charakteru (w zasadzie do końca nie wiadomo czy to tylko kombajnowy side project, czy pełnoprawna zespołowa formacja) przyzwoicie otworzył niedzielną imprezę. Grupa pojawiła się w 5-osobowym składzie, do którego oprócz założycieli – Marcina Zagańskiego oraz Pawła Koprowskiego, dołączyli wspomagający ich muzycy wrocławskiej grupy Lili Marlene. Rozpoczęli od kosmicznego “Mars”, który sprawdził się zarówno jako opener “Andersen Dobranoc”, jak i samego koncertu. Fakt, że nieco podgłośniona sekcja rytmiczna przywaliła swoim ciężarem partie gitar, ale w miarę trwania koncertu ta różnica stopniowo się zacierała. Zespół grał krótko, bo przeszło 30 min., prezentując większą część materiału z debiutanckiego albumu. Zabrakło trochę takich utworów jak “Truskawki”, “Karmelowe planety” czy świetnego “Wakacje w batyskafie”. Na bis niestety nie można było liczyć, biorąc pod uwagę słabą siłę przebicia nielicznej publiki oraz odpowiedzi Zagana w stylu “O bis proście moją matkę”. Na tle Kombajnu Materac wypada mniej efektownie, ale pod względem poziomu psychodelii w decybelach/m2 to Materac obejmuje prowadzenie.

Marcin Bieniek

Zdjęcia z koncertu autortstwa Pawła Glinki (mail: krzysztofwega@wp.pl

bs11.JPG

 

wyszperaj coś więcej ▼

 




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.