19.08.2010 23:53

Autor: fl23

OFF 2+0+1+0=3

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów


threecatspillow400.jpg OFF 2+0+1+0=3

NA CO DZISIAJ IDZIESZ? A NA KTÓREJ SCENIE BĘDZIESZ POTEM?

1. O
Nigdy w życiu nie byłem na tak dużym festiwalu. Właściwie to mam problem z wyobrażeniem sobie dwustu ludzi na raz, a nagle spada na mnie dziesięć (a według niektórych mediów piętnaście) tysięcy osób. Każda z  nich ma na ręce dziwną opaskę, a niektórzy mają na sobie po kilka opasek. Prawdziwi weterani festiwalowi mają całe ręce przepasane opaskami mieniącymi się wszystkimi kolorami tęczy.* Na polu namiotowym czekający w kolejce pod prysznic ludzie, w sensie festiwalowicze, wymieniali się podstawowymi informacjami:
- który raz przyjechali na OFF’a,
- jak bardzo przeprowadzka z Mysłowic do Katowic  wpłynęła albo nie wpłynęła na klimat “święta muzyki >>offowej<<”,
- na jakich festiwalach byli w tym roku,
- na jakie festiwale wybiorą się w tym roku,
- jaka jest ich ulubiona płyta Williama Basinskiego.
Niewykluczone, że jestem ślepy, ale wcześniej nie zauważyłem rodzącej się w Polsce nowej klasy społecznej – festiwalowiczów. A może to zjawisko jest tak stare jak Dionizja i festiwal wagnerowski?

2. F
Stwierdziłem, że nie będę pisał o nieudanych koncertach – czy to się komuś przyda? Mogę tylko zasugerować, że jeśli nie podobają Ci się pierwsze piosenki to powinieneś pójść czym prędzej zobaczyć co się dzieje na sąsiedniej scenie, ewentualnie w sąsiednim namiocie. Albo wypić sobie trochę rozwodnionego piwa. Po co psuć sobie krew, kiedy tego samego dnia można zobaczyć kilkanaście lepszych koncertów?

Dlatego w relacji zabraknie wzmianki o koncertach takich artystów jak: Dinosaur Jr, The Flaming Lips, The Horrors, Mew (serdeczne pozdrowienia dla pana tańczącego na scenie), Tindersticks, The Raveonettes i wielu innych.

3. F
Dzień pierwszy,
rozpoczął się w dusznym i w parnym namiocie, w którym mieściła się “scena eksperymentalna”. To właśnie tam miał odbyć się najgłośniejszy koncert tego festiwalu, to tam wystąpiło amerykańskie noise rockowe trio The Psychic Paramount. Aż trudno uwierzyć, że troje muzyków, trzy instrumenty i kilka efektów tworzyły tak wydatny i wyrazisty hałas. Do tego nie był to bezmyślny hałas, a melodie zbudowane na podstawie wyjątkowo głośnych dźwięków i kłujących, wyraźnych kontrastach. Teraz, jednym z moich muzycznych marzeń jest zobaczyć TPP w bardziej intymnych okolicznościach wykonujących set dłuższy niż festiwalowe czterdzieści minut.

Kiedy kilka godzin później wróciłem do namiotu eksperymentalnego, na scenie leżał już laptop, sampler i gitara, czyli instrumentarium Christiana Fennesza. Fennesz od połowy lat dziewięćdziesiątych jest uważany za jednego najważniejszych twórców eksperymentalnej elektroniki. Z perspektywy czasu wydaję mi się, że był to najlepszy koncert, w jakim uczestniczyłem na tym festiwalu, chociaż na pewno nie był to najlepszy występ w karierze Fennesza. Niespełna godzinny set  opierał się w dużej mierze na dysonansach i  przeciwieństwach. Zapętlone sample znalazły oparcie w ciepłych melodiach gitary przeciwstawionych przenikliwemu, narastającemu hałasowi. Na OFF-ie wystąpiło trzech mistrzów minimalistycznej elektroniki, oprócz Fennesza mogliśmy jeszcze podziwiać wyczyny Williama Basinskiego i Philipa Jecka. Niestety ich koncerty odbywały się o skandalicznie późnej porze (trzecia w nocy/nad ranem) co skutecznie utrudniało ich odbiór.

Trzeci występ,  o którym chciałbym napisać, można zaliczyć raczej do kategorii “kurioza i osobliwości” niż “udane koncerty”. Gwiazdą piątkowej nocy czy raczej sobotniego poranka miał być Raekwon, członek legendarnego Wu-Tang Clan – jeden z największych raperów Ameryki. Na okładce jego ostatniej płyty znajduje się wielka góra kokainy. Człowiek wciągający na co dzień metrowe ścieżki białego proszku został pokonany przez polską wódkę, na scenę wyszedł w stanie mocno nietrzeźwym. Jak uprzejmie poinformował w  trakcie koncertu – zrobił to dla nas. THANK YOU, REAKWON!!!!!

Prawdziwa miłość wybacza wszystko. Moje uczucie do W-TC zniwelowało niesmak po pijackim bełkocie pulchnego reprezentanta Nowego Jorku w  Katowicach. Prawie wszystkie utwory były oparte na bitach z “36 Chambers”, jedyną różnicą było to, że wszystkie utwory kończyły się po dwóch minutach i były przerywane w połowie. Wrzeszczenie “WU-TANG CLAN AIN’T NUTTHIN TA FUCK WITH” do żywego Reakwona to rzecz, która poruszy każdego. Przeżycie porównywalne z uczestnictwem w upadku Muru Berlińskiego, wielkich manifestacjach i zgromadzeniach narodowych.

Dzień drugi,
spragnieni tańca, ludzie przebywający w Katowicach, mogli znaleźć ukojenie dopiero około drugiej w nocy, kiedy na scenę wychodzili czołowi DJ’e sceny dubstepowej. Niszę doskonale zapełnił niemiecki duet Mouse on Mars. Bujający się nad konsoletami Jan i Andi zamienili namiot “offensywny” w ogromną vixę – a na dworze było jeszcze jasno. Muzyka była oczywiście pierwyj sort,  tak samo błyskotliwa jak na płytach, ale o wiele bardziej taneczna. Niemcy ocierali się wręcz o klimaty rave’owe przeplatając swój set wysokimi dźwiękami klawiszy.

Godzinę później w tym samym namiocie odbyła się kolejna impreza taneczna. Tylko, że ta miała zupełnie inny charakter, zupełnie odbiegający od całego festiwalu. A Hawk and a Hacksaw opiera swój repertuar na motywach z tradycyjnej muzyki Europy Wschodniej i Południowej, dochodząc aż do granic Orientu. Amerykanie grają melodię pochodzące z małych środkowoeuropejskich sztetli, cygańskich taborów jeżdżących od wioski do wioski i przechwytujących melodię całego świata. Grają stare hory i improwizują na klasycznych klezmerskich motywach dopisując do nich swoje własne teksty. Zapełnił się cały namiot, a impreza była jeszcze większa niż na Mouse on Mars. Oczywiście teraz ludzie nie tańczyli jak na dyskotece, bardziej przypominało to cygańskie wesele. Muzycy A Hawk and a Hacksaw są bardzo wprawnymi instrumentalistami, ale do wirtuozerii wiele im brakuje, na Guczy czy innym “branżowym” festiwalu, pozostaliby niezauważeni. Dla publiczności, której przesłuchały się brzmiące tak samo – indie zespoły występ grupy klezmerskiej musiał być bardzo miłą odmianą.

Miłym akordem na zakończenie dnia był występ nowojorskiego kwartetu ZS, jak informował nas katalog, nowojorczycy są ulubieńcami “Wire” i “New York Timesa”. Być ulubieńcem “Wire’a”? Brzmi nieźle, być ulubieńcem “New York Timesa”? Brzmi trochę napuszenie i zbyt intelektualnie. Na szczęście tak nie było. Saksofon, dwie gitary i perkusja lawirowały gdzieś pomiędzy wolną improwizacją a siarczystym noise-rockowym graniem, w stylu wcześniej wspomnianego The Psychic Paramount. Trudno było się zorientować czy mieliśmy właśnie do czynienia z momentami improwizacji czy z kompozycjami. Czasami zdawało mi się, że momenty przypominające improwizację były tak naprawdę ich kompozycją, a momenty bardziej uporządkowane były elementem swobodnej interpretacji wcześniej napisanych motywów. To było świetne dopełnienie do świętej trójcy elektronicznych eksperymentów, tylko pozornie bardziej chaotyczne od ich minimalistycznych, opartych na repetycjach występów.

Dzień trzeci,
Był chyba najbardziej radosnym dniem całego festiwalu. Najpierw swoją swadą, wdziękiem i energią powaliły mnie na łopatki Dum Dum Girls. Ochrzczone szybko przez polską publiczność Dum-Dumkami albo Dumkami. Są moim ulubionym girl-bandem, zaraz po Alibabkach! Zagrały prawie cały materiał ze swojej debiutanckiej płyty i parę piosenek, które się na niej nie znalazły. Właściwie wszystko brzmiało jak na płycie tylko, że żywiej i głośniej. No i perkusja nie była już tak monotonna jak na krążku.

Kolejny wesoły występ należał do Tune Yards. Był to jeden z wielu koncertów z serii “Inspired by Chopin”. Tune Yards wzięła to sobie do serca bardziej niż inni artyści, m.in. Fennesz i ZS, w pewnym momencie dosłownie zacytowała Chopina. Wzbudziła tym prawdziwą euforię wśród publiki. T-Y oparła swój godzinny set na hipnotycznych rytmach, silnie inspirowanych muzyką etniczną z różnych zakątków świata – od Aborygenów po Afrykę. To wszystko było ukwiecone przedziwnymi wokalizami, które wydobywały się z  ust amerykańskiej artystki. Jej największym sukcesem było wprowadzenie w  widowni w rytm swoich monotonnych, ale bardzo energetyzujących rytuałów – publiczność tańczyła, skakała, klaskała. Wszystko to bardzo skromnym sumptem – jeden gitarzysta i dwie gitary, jakiś bęben, automat perkusyjny, kilka efektów. Kto nie dał się wciągnąć musiał być zdziwiony tak ciepłym przyjęciem tej muzyki. W końcu taka jest specyfika rytuału i wprowadzania w trans.

Anti-Pop Consortium – prawdziwi wirtuozi hip-hopu. Najpierw przez kilka minut katowali publiczność swoimi nowymi podkładami, dopiero po chwili zaczęli udzielać się jako MC. Grupa wróciła po kilku latach na scenę pod barwami nowej wytwórni – Big Dada – i nadal trzyma poziom! Ba, jest coraz lepiej. Hot shit, jak powiedzieliby Amerykanie, a co może być lepszego niż hot shit na zakończenie festiwalu?

*Wcześniej byłem tylko na festiwalu filmowym. Tam też się zdarzali tacy, co jeździli cały rok po takich imprezach, ale nikt nie miał całej szyi obwieszonej karnetami.

Filip Lech

Relacja Macieja Pletni

Relacja Krzysztofa Żyły

Relacja Marcina Bieńka

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.