O koncertach, które na tegorocznym OFFie zaskakiwały, zachwycały i zapadały głęboko w pamięć.

Oczywiście, ktoś po przeczytaniu powyższego wstępu mógłby zapytać, czemu nie napiszę też o tych słabszych występach mających miejsce w tym roku w Słupna Parku i na innych mysłowickich scenach? Mógłbym… ale po co? Z całej, wielkiej puli wybrałem te najciekawsze, które najbardziej zapadły mi w pamięć. Ponieważ jeszcze nie opanowałem umiejętności bycia w kilku miejscach na raz, toteż zdaję sobie sprawę, że moja relacja będzie rozbieżna z tym, co przeżyli inni festiwalowicze. Zachęcam więc, aby w komentarzach dawać wyraz swojemu odmiennemu punktowi widzenia.

6 sierpnia

El Perro Del Mar - off2009-005 (1).jpg OFF 2009 zaczął się dla mnie koncertem El Perro Del Mar, który pierwszego dnia imprezy (6 sierpnia) odbywał się tuż przed północą w mysłowickim Kościele Ewangelickim. Zanim przyszedł czas na danie główne, rolę przystawki odgrywały Ballady i Romanse sióstr Wrońskich. Jeszcze raz potwierdziła się moja teoria, że ten projekt najlepiej radzi sobie w zamkniętych przestrzeniach. Ich koncert miał w sobie bardzo dużo energii, co było zasługą będącej w świetnej formie sekcji rytmicznej, która momentami nawet zdawała się nie zwracać uwagi na to, co wokalnie wyrabiały Basia i Zuzia Wrońskie. Z kolei szwedzkie El Perro Del Mar to zmysłowy i nieco oniryczny klimat, czyli zjawiskowo wyglądająca i śpiewająca Sarah Assbring. Jej alternatywno-popowe piosenki i hipnotyczny taniec pięknie wypełniły kościelne mury.

7 sierpnia

Lech Janerka off2009-052 (8).jpg Następnego dnia przyszedł czas na początek festiwalowego rdzenia, czyli tego, co działo się w zielonym kompleksie, nazwanym Słupna Park. Drugi dzień OFFa otwierało warszawskie The Black Tapes, potwierdzające swoim scenicznym szaleństwem w namiocie trójkowej Offensywy wszystkie dobre opinie, jakie ostatnio o nich słyszałem. Nieokiełznany wokalista i punk rock w duchu The Clash są czymś, czego naszej rodzimej scenie potrzeba było od dawna. Innymi wykonawcami z polskiej stajni zdolnymi dostarczyć silny wrażeń były Pustki oraz Lech Janerka. Te pierwsze potwierdziły, że dobry koncert Ballad i Romansów nie był przypadkiem, a drugi jak zwykle pokazał wielką klasę. Jak to powiedział Tymon z głównej sceny, przedstawiając muzyków (cytuje z pamięci): “Warto pamiętać, że przed Kultem był jeszcze Lech Janerka“. Płyta “Historia podwodna”, którą grał w całości, pomimo 23 lat na karku zabrzmiała bardzo świeżo i majestatycznie.

Listę zagranicznych artystów, którzy zachwycili mnie tego dnia otworzyli The Pains of Being Pure at Heart. Jako człowiek uwielbiający brytyjską scenę shoegaze’ową przełomu lat 80-tych i 90-tych, byłem w siódmym niebie słysząc, co wyczyniali na głównej scenie nowojorczycy. Słodkie melodie, mieszające się z rozmytymi wokalami idealnie wpasowały w wakacyjny klimat i słoneczną pogodę panującą nad główną sceną. Chwilę po nich na scenie leśnej (moim zdaniem najlepiej zlokalizowanej OFFowej arenie) nastąpił noisowy koniec świata. Muzyka Health była jak wiertarka brutalnie wkręcająca się w mózgi słuchaczy. To był jeden z najbardziej bezkompromisowych występów, jakie widziałem w życiu, mieszanka pasji z agresją i brzmieniową apokalipsą. Dziś Health jawi mi się jako jeden z najjaśniejszych punktów OFFa 2009.

Tuż po północy na głównej scenie wystąpili Pink Flo… Tfu, to znaczy Spiritualized. Porównania space-rockowego grania Brytyjczyka do ekipy Gilmoura i spółki nie dało się uniknąć, ale zaliczam to tylko i wyłącznie na plus. Trochę brakowało w mysłowickim line upie artysty bardziej pompatycznego, to też byłem bardzo zadowolony z ociekających gospelowym natchnieniem utworów Jasona Pierce’a. Uduchowiony klimat Spiritualized idealnie mnie nastroił do nut, jakie następnie miałem usłyszeć w namiocie radiowej Trójki.

O godzinie 1.30 na Trójka Offensywa Stage pojawił się jeden z głównych powodów mojej obecności w Mysłowicach. Michael James Owen Pallett, ukrywający się pod pseudonimem Final Fantasy, dał za pomocą swoich fantastycznych umiejętności grania na skrzypcach i wspaniałego głosu zapierający dech w piersiach koncert. Jego piosenki, zawierające instrumentalne loopy tworzone z granych na żywo keyboardów i wspomnianych skrzypiec, wprowadziły publiczność w błogi nastrój.

8 sierpnia

Gaba Kulka off2009-090 (3).jpg Trzeci dzień OFFa, podobnie jak drugi, miał znakomity początek. Jako pierwsza wystąpiła kolejna chluba młodej, polskiej sceny gitarowej – Hatifnats. Trójkowy namiot zdawał się chłonąć każdy tworzony w ich cold wave’owo-psychodelicznym świecie dźwięk. Z niecierpliwością wyczekuję jesieni, kiedy to ukaże się ich debiutancka płyta. Gaba Kulka, będąca chyba jedyną osobą, która występując dwa razy na festiwalu – najpierw na scenie głównej, a potem na scenie Miasta Muzyki – zadała sobie trud ułożenia nieco innego repertuaru na każdy z nich. Poskutkowało to świetnymi, charyzmatycznymi, ale odmiennymi koncertami w obu miejscach.

Cóż za ironia, mimo że mieszkam w Trójmieście i praktycznie na co dzień widzę niektórych muzyków Miłości, to musiałem udać się aż do Mysłowic, aby zobaczyć legendarną yassową grupę znów na scenie. To było najprawdziwsze yassowe kathariss. Staruszkiewicz godnie zastępował miejsce ś.p. Jacka Oltera, Możdżer grał solówki, w których pojedyncze nuty robiły większe wrażenie niż cała kanonada pokręconych dźwięków, a Tymon trzymał swoją grą na kontrabasie wszystko w ryzach. Nie można też zapomnieć o równie ważnej, rewelacyjnej sekcji dętej, w składzie Irek Wojtczak, Aleksander Korecki i Antoni “Ziut” Gralak, zastępujący legendarnego Lestera Bowie.

Wildbirds & Peacedrums to kolejny dowód na to, że muzyczne duety damsko-męskie są świetnym pomysłem. Głos Mariam Wallentin miał w sobie taką siłę, żarliwość i seksapil, że nie raz jedynym instrumentem, jaki jej towarzyszył, była perkusja Andreasa Werliina – i ani przez chwilę nie miało się wrażenia, że czegoś brakuje. Świetna muzyka to jedno, ale fakt, że udało im się dość niemrawą publikę OFFową poderwać do większego szaleństwa, jest godny podziwu. Wildbirds & Peacedrums było po prostu jedną z największych perełek OFFa 2009.

Cóż, mało prawdopodobny w tym roku jest występ The Mars Volta w Polsce, to też w zastępstwie trzeba było się zadowolić Crystal Antlers. Grając  materiał ze swojego debiutanckiego “Tentacles” Amerykanie szaleli w stylu kultowego już At The Drive-In, dając jeden z ciekawszych gigów dnia trzeciego.

The National off2009-151 (5).jpg O tym, że The National zagrał fantastycznie i takie piosenki jak “Fake Empire” i “Available” zabrzmiałby z całym swoim melancholijnym pięknem, przeczytacie w wielu miejscach. Ja tymczasem chciałbym podsumować ich opisem tego, co wydarzyło się podczas “Mr.November”, kiedy to Matt Berninger ciągle powtarzając słowa refrenu “I won’t fuck us over, I’m Mr. November” zeskoczył ze sceny. Po sekundzie zorientowałem się, że wokalista jak w transie obija się o płot odgradzający główną scenę od małego jeziorka. Nagle wszedł w publiczność, mijając mnie dosłownie o krok. Następnie będąc już w środku tłumu, upadł na trawę, kończąc piosenkę, a po chwili wrócił jak zahipnotyzowany na scenę. Nic więcej chyba nie muszę dodawać.

Jeszcze raz powtórzę, wiele rzeczy mnie ominęło, ale jak to ktoś powiedział, festiwale muzyczne to sztuka wyboru. Nie będę pisał wydumanych podsumowań, tylko powiem coś, co mam nadzieje będzie samospełniającą się przepowiednią: do zobaczenia za rok!

Krzysztof Kowalczyk

Zdjęcia OFF Festivalu autorstwa Adama Kozłowskiego i Joanny Świderskiej:

 kliknij!

OFF relacje

bo relacji jest więcej

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.