18.10.2010 14:49

Autor: Kuba

NowoBrzmienia – czyli muzyka cuda sprawia w środku pięknego Wrocławia

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | | | | |


nowob13.jpg NowoBrzmienia to kolejny malutki festiwal na wielkiej mapie naszego kraju, który mimo wszystko zasługuje na wielką uwagę. Przede wszystkim dlatego, że takie lokalne inicjatywy warto wspierać, bo przez to poznaje się nowe i przyjemne dla ucha zespoły skumulowane w jednym miejscu. A tym miejscem był Pub Włodkowica 21 ulokowany niedaleko Rynku. Miejsce to znam dość dobrze, gdyż oprócz zwyczajnych wędrówek w celach rekreacyjnych, miałem okazję trafić także na Festiwal Ambientalny odbywający się w zeszłym roku w owym pubie. Wiedziałem więc, czego można się spodziewać.

Dzień 1 – Jazz, tłok i siwy dym.

Pierwszy dzień festiwalu odznaczał się dość dużą frekwencją. Przede wszystkim za sprawą mającego się pojawić jako gwiazda wieczoru jazzowego potwora, Pink Freud, ale o nim później.

Festiwal rozpoczął Układ SI, czyli avant-jazzowa zabawa okraszona elektroniką i rapowanym wokalem. Nie spodziewałem się aż tak dobrego koncertu, przede wszystkim ze strony muzycznej. Perkusja, łamana i nieregularna, dodawała uroku do całego występu. Wokalista zaś przełączał różnorakie beaty za pomocą samplera, który nieco (niestety) szwankował. On sam zaś kombinował z mikrofonem włączając i przełączając na różne sposoby efekt distortion” . Do tego rapował nieco, jak Łona skrzyżowany z Fiszem. Wszystko to jednak tworzyło zaskakujący klimat, a cały koncert można ocenić in plus.

Gdy Układ SI powoli kierował się do wyjścia, druga scena a tam uroczo wyglądający podest z biblioteczką i staroświecką lampą zabłysł reflektorami, gdyż pojawił się drugi zespół wieczoru – Hellow Dog. Nazwa kontrastowa, muzyka syntetyczna, a grupa zdawała się być wyjęta z innego wymiaru. Wokalistka na potrzeby owego kontrastu wymalowała sobie pół twarzy farbą, zdjęła buty i szaleńczo wywijała nogami i rękami. Właściwie, czym popadło. Trochę był to obcy widok, ale o sceniczności się nie dyskutuje. A taka dziwna kontrowersyjność przyciąga, to pewne.
Muzycznie zaprezentowali się z jak najlepszej strony, bo proste i chwytliwe basy połączyli z ciekawymi gitarami i perkusją tworząc kicz-disco, pełne cekinów i błyszczących lampek choinkowych. Muzyczne szaleństwo, które zdecydowanie przypadło mi do gustu. Po tym koncercie czekam na wydanie płyty przez zespół.

Gwiazda wieczoru – jazzowy Pink Freud, była zapewne głównym powodem przyjścia rzeszy ludzi, gdyż po skończeniu się koncertu Hellow Dog całe pomieszczenie było doszczętnie wypchane uczestnikami festiwalu. W sumie się nie dziwię, bo show, jakie zrobił zespół było niebywałe. Muzyka, jaką wydobywali ze swoich instrumentów ruszała do tańca, wzruszała, zastanawiała. Tempo nie zwalniało, a takie hity, jak “Monster of Jazz”, czy swobodna interpretacja “Come as You Are” udowodniły, że zespół to pierwsza linia światowego fusion/jazz’u. Cudowna, swawolna zabawa na granicy dysonansu. Mój kolega, perkusista jazzowy, aż się rozpłakał, takie to było mocne. Genialne zakończenie dnia pierwszego, które rozbudziło dodatkowo mój apetyt na to, co przyniesie jutro.

Dzień 2 – funk, miliardy instrumentów i syte beaty.

Sobotni wieczór już na wejściu odznaczał się mniejszym zainteresowaniem. Mniejsza ilość ludzi pokazała, że najcięższy kaliber organizator wystawił dzień wcześniej. Mimo wszystko, ruszyłem dalej do znajomej mi już sceny, gdzie zagrał funkowy zespół KoFi.

Muszę przyznać, takiego koncertu w ogóle się nie spodziewałem. Myślałem, że chwilę tam postoję, pooglądam, co dzieje się na scenie i usiądę gdzieś spokojnie w kącie. Niestety, muzyka nie pozwoliła. Była zbyt hipnotyzująca, zbyt dobra. Gitary Kuby Mitoraja (znany również z Bipolar Bears) rozbrzmiewały tysiącem przeróżnych efektów, zaś wspaniały głos Alicji Kalinowskiej poruszający się swobodnie różnymi skalami i stylami rozgrzał moje serce. Do tego jej uśmiech i przyjemna konferansjerka pozytywnie nastawiły mnie na resztę wieczoru. Lepszego rozpoczęcia nie można było wymarzyć, rzeczywiście zadziałali troszkę jak mocna i rześka kawa.

Po KoFi druga scena zapełniła się ludźmi, gdyż rozstawiał się tam młody polski kwartet We Call It A Sound. Zwycięzcy zeszłorocznej edycji Coke Live Fresh Noise pokazali, na co ich stać. Ich monumentalne i melancholijne utwory brzmiały naprawdę intrygująco, choć czasem zbyt duża dawka dźwięków zwyczajnie męczyła. A szkoda, bo wiele z kompozycji miało ogromny potencjał, który został po prostu zmarnotrawiony. Jednak jest coś, co ujęło mnie w tym zespole – świetne możliwości aranżacyjne. Każdy z muzyków grał na więcej niż na jednym instrumencie, często używali zabawek niemal wyjętych z najdalszych zakątków muzycznego światka, jak kalimba, ale nie bali się też używać wszelakiej maści laptopów, samplerów czy modulatorów pokroju Kaoss Pada. Koniec końców, poczekam jeszcze trochę i myślę, że We Call It A Sound stworzy nową definicję dźwięku, która nieraz nas jeszcze zaskoczy. Lecz jeszcze to nie jest ich czas.

Po zakończonym drugim koncercie ruszyłem na występ ostatniego wykonawcy festiwalu – Deadbeat’a. Scoth Montieth pokazał swoje bogate tradycje dubstep’owe już od pierwszego dźwięku, jaki wydał ze swojego laptopa. Radosny uśmiech, jakim obdarzał nas od początku musiał świadczyć o tym, że mu się podobało (przecież nasza publiczność jest najlepsza!) i co rusz bawił się w dynamiczne kroki i dzikie tańce kojarzące mi się z cyfrowym walcem wiedeńskim. Ten Kanadyjczyk zamieszkujący obecnie w Berlinie zagrał we Wrocławiu dość nietypowy set: troszkę monotonny z uwagi na swoją stałą budowę, troszkę ożywiający, bo rytmy do bujania się były nierzadko pobudzające. Mimo wszystko występ jak najbardziej poprawny, niczego lepszego nie mogłem się spodziewać po takim gatunku muzycznym (co nie oznacza, że dubstep’u jako takiego nie lubię).

Oba dni pokazały, że nowych i oryginalnych brzmień w naszym kraju (i nie tylko) nie brakuje. Mimo pewnych problemów technicznych, których było dość dużo, festiwal udało doprowadzić do końca. I pomimo tak małych niedogodności cieszę się, że znajdują się tak chętni organizatorzy, jak wrocławskie Formaty. Wynajdują takie zespoły, spraszają je w jedno miejsce tworząc tak urokliwy i miły festiwal, jakim zdecydowanie były NowoBrzmienia. A kto nie był, ten trąba.

Kuba Serafin

foto: Maria Grudowska





Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.