24.04.2010 21:32

Autor: Maciej Pletnia

Niezwykłe losy niezwykłej wytwórni – Touch and Go

Kategorie: Czytelnia, Felietony, POLECAMY

Wykonawcy: | | | | | | | |


logo Touch and Go.jpg Niezwykłe losy niezwykłej wytwórni – Touch and Go

Touch and Go – jedna z najważniejszych amerykańskich niezależnych wytwórni, aktualnie przeżywająca prawdopodobnie najtrudniejszych okres w swojej historii. Cofnijmy się do lat 80. i przyjrzyjmy jak tworzyły się podwaliny pod indie rockową scenę. 

Blisko rok temu, w lutym 2009 roku, amerykańska wytwórnia Touch and Go ogłosiła, że problemy finansowe zmuszają ją do zaprzestania wydawania nowej muzyki. Kolejna niezależna wytwórnia padła ofiarą kryzysu na rynku fonograficznym. Zaledwie trzy lata wcześniej Touch and Go hucznie obchodziło 25-lecie istnienia. Specjalnie na tę okazję zreformowały się takie zespoły jak Big Black, Killdozer czy Scratch Acid.

Pierwsza rocznica zamknięcia najważniejszego działu Touch and Go to dobra okazja, aby przypomnieć historię tej niezwykłej wytwórni. Tym bardziej, że jej upadek jest niestety doskonałym przykładem na to, że to nie wielkie molochy, wydające gwiazdki pop najbardziej odczuwają nielegalne ściągnie muzyki z sieci, ale właśnie małe, niezależne wytwórnie. Jeśli zastanawiasz się, co też takiego niezwykłego było w tej wytwórni, że warto poświęcać jej artykuł, to ujmę to tak: Touch and Go to jedna z najważniejszych niezależnych wytwórni lat 80. i początku 90., bez której dzisiejszy indie rock wyglądałby bez wątpienia inaczej.

Punk rock, czyli początek

Corey Rusk.jpg Historia Touch and Go zaczyna się na samym początku lat osiemdziesiątych w Ohio. Corey Rusk był nastolatkiem jakich tysiące. Zafascynowany punk rockiem sam chciał grać w zespole. I grał, w hardcore’owym The Necros. Jednak samo granie mu nie wystarczało. Chciał, by The Necros wydali singla i rozpoczęli prawdziwą karierę. Jednak nie miał pojęcia jak tego singla wydać. W tym samym czasie Tesco Vee i Dave Stimson prowadzili punkowy fanzine, zatytułowany, jakżeby inaczej, Touch and Go. Szczęśliwie, drogi całej trójki się zeszły i na początku 1981 roku ukazał się pierwszy singiel The Necros – “Sex Drive”, który stał się jednocześnie pierwszym wydawnictwem Touch and Go.

“Na początku nie mieliśmy bladego pojęcia jak to wszystko działa. Pierwsze dwa single tak naprawę wydali Tesco i Dave przez swój fanzine. Wydano ok. 100 egzemplarzy pierwszego singla i 200 singla grupy Fix. Myśleliśmy, że nigdy się tego nie pozbędziemy” - Corey Rusk, założyciel i właściciel Touch and Go [1].

Przez pierwsze dwa lata istnienia Touch and Go Rusk zajmował się sprawami biznesowymi i grał ciągle w The Necros. Tesco Vee zajmował się promocją. Przez dwa lata wydali kilka punkowych singli. Tesco szybko zrezygnował z zabawy i przeniósł się do Waszyngtonu. Prawdziwy przełom przyszedł w 1983 roku. Rusk zdecydował się opuścić The Necros i skoncentrować na wyłącznie na prowadzeniu wytwórni. Razem ze swoją żoną Lisą, Rusk przeniósł wytwórnie do Detroit. Tam też z pomocą Russa Gibbsa otworzyli klub muzyczny Graystone. Rusk zaczął też coraz bardziej rozszerzać katalog Touch and Go. Na horyzoncie pojawiły się takie grupy, jak Butthole Surfers czy Killdozer. Rozpoczął się klasyczny okres w działalności wytwórni, który trwał aż do pierwszej połowy lat 90.

Pigfuck

“(…) inspiracją był dla nas na przykład Ed Gein, który przebywał w szpitalu psychiatrycznym tuż za Madison; gangi motocyklowe, które nie miały motocykli; starsi ludzie zbierający tony gazet w swoich domach; farmerzy, pijacy, bezdomni. Jednak przede wszystkim chcieliśmy by nasze piosenki rozbawiły naszych przyjaciół” – Michael Gerald, basista i wokalista Killdozer [2].

Big Black 1.jpg Gdy myślę o Touch and Go od razu przychodzą mi do głowy takie zespoły, jak Big Black, Scratch Acid, Killdozer, Butthole Surfers, Rapeman, The Jesus Lizard. To właśnie one zdefiniowały nie tylko brzmienie Touch and Go, ale także amerykański noise rock. Robert Christgau, amerykański krytyk pisujący między innymi dla Rolling Stone, opisując “Confusion Is Sex” Sonic Youth ukuł termin “pigfuck”, na określenie hałaśliwej, pełnej dysonansów muzyki. Termin zaczął żyć własnym życiem, a z czasem zaczął być kojarzony właśnie z noise-rockowymi zespołami. Touch and Go stało się jedną z głównym wytwórni wydających “pigfuck bands”.

To właśnie w tym czasie wytworzyło się specyficzne brzmienie Touch and Go. Zespołu takie jak Butthole Surfers, Killdozer czy Scratch Acid grały pełną dysonansów gitarową muzykę, w której słychać było zarówno ślady punk rocka, jak i bluesa. Każdy zespół w Touch and Go miał pełną swobodę artystyczną, co owocowało odważnymi, pełnymi eksperymentów płytami. Do tego dochodziły manipulacje dźwiękiem jako takim, które z czasem zdominowały muzykę chociażby Butthole Surfers. Noise rock Touch and Go był brudny i przerysowany, pozornie pozbawiony dawki artyzmu charakterystycznego chociażby dla Sonic Youth czy Swans.

“Indie Rock. Co to w ogóle znaczny?”- David Wm. Sims, basista The Jesus Lizard, wcześniej Scratch Acid [3]

Po kilku latach w Detroit Rusk postanowił przenieść się do Chicago. Touch and Go osiadło tam na dobre, stając się już na zawsze od tego momentu kojarzone właśnie z tym miastem. Chicago stało się bazą dla muzyków związanych z Touch and Go. W tym czasie rozpoczęła się także współpraca wytwórni z chicagowskim muzykiem i producentem Stevem Albini. Rusk wydał ostatnią płytę Big Black – “Songs About Fucking”, a także wznowił wcześniejsze wydawnictwa grupy. Od tego momentu, każdy projekt Albiniego, czy to Rapeman czy Shellac, był wydawany właśnie przez Touch and Go. Albini okazał się także nieoceniony dla wytwórni jako producent, pracując dla Touch and Go nad płytami między innymi The Jesus Lizard, Slint, Urge Overkill czy Tar.

“Nieważne jaki mieliśmy budżet, on (Albini) zawsze był zadowolony. Fakt, że ktoś z tak dużym talentem był gotowy nagrać nieznany zespół za niewielkie pieniądze był wielkim wsparciem dla wytwórni.” – Corey Rusk [4]

Butthole Surfers.jpg Zespoły “pigfuck” na wiele lat zaważyły na wizerunku Touch and Go. Jednak trzeba przyznać, że Rusk znalazł się w odpowiednim momencie w odpowiednim czasie. Scena w Chicago właśnie eksplodowała. Pomimo nieprzystępności, zarówno Butthole Surfers, Killdozer czy Big Black stały się kultowymi zespołami, koncertującymi po całym świecie. Wydane przez nie właśnie w tym czasie płyty to już klasyka rocka jako takiego.

Przełom lat 80. i 90. okazał się kluczowy dla przyszłości Touch and Go. Butthole Surfers, którzy stali się w tym czasie jednym z najbardziej rozpoznawalnych niezależnych zespołów w Stanach, zdecydowali się przenieść do innej wytwórni. Rusk rozwiódł się z żoną i cała odpowiedzialność za Touch and Go spadła na jego barki. Za rogiem czaiła się rewolucja, której nikt nie mógł wtedy przewidzieć, a która miała zaważyć na przyszłości wytwórni.

The Next Nirvana“Do każdego z naszych zespołów, o którym prasa chociażby wspomniała, przychodziły wielkie wytwórnie, ponieważ wydawało im się, że muszą podpisać kontrakt z każdym niezależnym zespołem, bo któryś z nich musi być następną Nirvaną.” – Corey Rusk [5] Girls Against Boys 2.jpg W 1991 roku muzyczny świat całkowicie się zmienił. Wiadomo – “Nevermind”. Warto przy okazji wspomnieć, że Butch Vig, który współpracował z Nirvaną, a także z The Smashing Pumpkins, nagrywał dla Touch and Go płyty Killdozer. To zresztą nie koniec związków Nirvany z tą chicagowską wytwórnią.

Wielkie wytwórnie, które do tej pory traktowały niezależne zespołu jako ciekawostki, zorientowały się, że przy odrobinie szczęścia można zarobić na nich wielkie pieniądze. Niezależne zespołu zorientowały się, że wielkie wytwórnie są w stanie zapewnić im sukces, który do tej pory był udziałem jedynie gwiazd pop. Butthole Surfers, Girls Against Boys, Urge Overkill, a odrobinę później także The Jesus Lizard, rozpoczęły swój romans z majorsami.

Touch and Go zawdzięcza Nirvanie jedyny prawdziwy hit w swoim katalogu. W 1992 roku ukazał się wspólny singiel Nirvany i The Jesus Lizard. Pomimo oczywistego sprzeciwu macierzystej wytwórni Nirvany – Geffen, Cobain i spółka uparli się, że singiel ukaże się nakładem Touch and Go.

“Zaczęliśmy rozmawiać o tym gdy, byli jeszcze w Sub Pop. To była dosyć interesująca sytuacja, bo byli wtedy mniej więcej tak samo popularni jak The Jesus Lizard. Chcieli wydać z nami singiel w Touch and Go. W między czasie podpisali kontrakt z Geffen i stali się największa grupą na świecie. Ale Kurt ciągle chciał wydać ten singiel i chciał to zrobić w Touch and Go. Tak też zrobiliśmy.” - David Wm. Sims [6]

Żadna z grup wywodzących się z Touch and Go nie stała się jednak następną Nirvaną. Najbliżej było Butthole Surfers, ale w tym czasie zdążyli już zupełnie zmienić swoje brzmienie na dużo bardziej klasycznie rockowe. Dla Ruska brak sukcesu nie miał jednak znaczenia. Ciągle wydawał świetne albumy, jak chociażby druga płyta Slint – “Spiderland”. Coraz bardziej otwierał się na inne gatunku muzyczne chociażby poprzez siostrzaną wytwórnie Quarterstick. Początek lat 90. nie okazał się okresem wielkiego sukces i równie wielkich pieniędzy. Jednak wytwórnia dalej dobrze prosperowała, a wyrobiona przez lata marka powoli procentowała. Przyszłość wyglądała dobrze.

Butthole Surfers vs. Touch and Go

“Jeśli idziesz na spacer do parku, jest piękny, słoneczny dzień, nagle czterech gości wyskakuje zza krzaków, okładają cię pięściami i zabierają pieniądze, nie znaczy to, że masz przestać chodzić do parku. Znaczy, że zostałeś obrabowany.” – Ian MacKaye, założyciel wytwórni Dischord, członek Minor Threat i Fugazi [7]

Butthole Surfers 2.jpg Pod koniec lat 90. Touch and Go przechodziło najlepszy finansowo okres w historii. Chwilo zainteresowanie muzyką niezależną przez media i wielkie wytwórnie mimo wszystko wpłynęło korzystnie na sytuację wytwórni. Większość starych grup albo przeszło do dużych wytwórni, albo po prostu zakończyło działalność. Touch and Go już wtedy miało legendarny status. Corey Rusk wielokrotnie podkreślał, że każda grupa, którą wydaje musi spełniać trzy kryteria: musi grać muzykę, która mu się podoba; musi lubić i szanować samych muzyków; zespół musi lepiej wypadać na żywo niż na płycie. Rusk kierował się od zawszę jeszcze jedna zasadą: wszystkie umowy w Touch and Go były zawierane ustnie. Rusk traktował muzyków jak przyjaciół i liczył, że odwdzięczą mu się oni tym samym. Umowy zawierane z Touch and Go były niezwykle wręcz korzystne dla zespołów z finansowego punktu widzenia. Wytwórnia każdej grupie zapewniała 50% zysków ze sprzedaży płyt. To wszystko złożyło się na specyficzną etykę biznesowa Touch and Go, która powodowała, że z czasem Rusk nie musiał szukać zespołów, które chciałby z nim współpracować. To one zgłaszały się do niego.

W maju 1999 roku członkowie Butthole Surfers złożyli pozew przeciwko Touch and Go domagając się większego udziału w zyskach ze sprzedaży swoich starszych płyt, które ciągle były wznawiane przez wytwórnie Ruska. Sprawia ciągnęła się od 1995 roku, gdy członkowie Butthole Surfers domagali się od Touch and Go 80% dochodów ze sprzedaży swoich płyt. Rusk odmówił, twierdząc, że zawarł z zespołem umowę. Surfers zażądali, że Touch and Go przestanie sprzedawać ich starsze płyty, a sam zespół otrzyma pełne prawa do swojego katalogu.

“Pod koniec Corey zgodził się na 70%, ale wtedy było już za późno. (…) było tak dużo negatywnych uczuć po obu stronach, że nie było szans, by nasze płyty zostały w Touch and Go. Kocham Touch and Go. To jedna z najlepszych wytwórni w kraju. Chciałbym, aby te płyty zostały w Touch and Go i zarabiały dla wytwórni. (…) te płyty powinny mieć logo Touch and Go.” – King Coffey, perkusista Butthole Surfers [8]

Corey Rusk i Touch and Go przegrało proces i utraciło prawa do wszystkich płyt Butthole Surfers. Paradoksalnie proces nadszarpnął reputację zespołu, a nie wytwórni. Dla Ruska był to najgorszy moment w historii działalności Touch and Go od momentu powstania. Nigdy nie spodziewał się, że ludzie, których uważał za przyjaciół wystąpią przeciwko niemu. Jak zwykle w takich sytuacjach, chodziło o pieniądze. Pomimo tego przykrego epizodu, Rusk nie zdecydował się zmienić modelu biznesowego. Umowy z Touch and Go nadal były zawierane ustnie.

The future belongs to the analog loyalist. Fuck Digital!

Rok 2000 okazał się bardzo dobry, jeśli chodzi o finansową stronę działalności Touch and Go. Wytwórnia płynnie godziła się z nowymi czasami i zaczynała coraz więcej muzyki sprzedawać w formie plików mp3. Touch and Go wydało między innymi epki Yeah Yeah Yeahs i TV On The Radio. W 2006 roku wytwórnia hucznie obchodziła 25-lecie istnienia.

Po zaledwie trzech latach od jubileuszowego koncertu, Touch and Go ogłosiło, że zawiesza do odwołania wydawanie nowych artystów oraz działalności dystrybucyjną innych wytwórni, a skupi się jedynie na wznawianiu swoje katalogu. Kryzys finansowy w połączeniu z coraz większą zapaścią rynku muzycznego jako takiego, spowodowały, że Touch and Go musiało zrezygnować z tego, co zawsze było sensem jej istnienia: wydawania nowej muzyki.

W tym momencie historia Touch and Go się kończy. Nie wiadomo, czy wytwórni uda się przetrwać, wydaje się jednak, że Rusk znalazł na szczęście sposób, by przeczekać ciężkie czasy. Powracająca moda na winyle, powoduje, że ludzie znowu kupują dużo muzyki, tyle, że nie na kompaktach. Touch and Go regularnie wznawia swoje klasyki na czarnej płycie. Słuchacze ponownie chcą mieć coś namacalnego, coś co istnieje nie tylko jako zapis zer i jedynek. To szansa dla takich wytwórni jak Touch and Go, które dysponują klasycznym katalogiem, od lat niedostępnym na winylu. Trzymam kciuki, by Touch and Go się udało.

Epilog

Tak w wielkim skrócie wygląda historia Touch and Go. Najwyższa pora na kilka osobistych słów. Dla mnie Touch and Go to jedna z najważniejszych wytwórni w historii, bez taryfy ulgowej. To ich klasyczny katalog kształtował w dużej mierze mój gust, moje spojrzenie na idealnie brzmiącą rockową płytę. To właśnie słuchając Butthole Surfers czy Big Black uświadomiłem sobie, że nawet w ramach tak hermetycznego gatunku jak muzyka rockowa, można ciągle pozostać kreatywnym, poszerzać granicę zamiast się w nich zamykać. Dorobek Touch and Go z lat 80. plus niektóre rzeczy z lat 90. to już dzisiaj klasyka absolutna. Dobrze jest ją znać, by uświadomić sobie jak wiele zespołów czerpie z tego charakterystycznego brzmienia Touch and Go.

Czasy się oczywiście zmieniły. Każdy w ten lub w innych sposób sprawdzą płytę przed jej ewentualnym zakupem. Nie jestem wyjątkiem. Jednak logo Touch and Go działa na mnie trochę jak znak jakości. Wiem po prostu, że Rusk byle czego nie wydawał. Wiadomo, że dzisiaj każdy może wszystko przesłuchać w Internecie, jednak mimo wszystko chciałbym zaprezentować 7 płyt z katalogu Touch and Go, od których warto według mnie zacząć. To bardzo subiektywny wybór, skupiający się prawie wyłącznie na “złotym” okresie działalności wytwórni. Jeśli kogokolwiek skłoni do szukania płyt z logiem Touch and Go, to znaczy, że było warto poświęcić trochę czasu, by przygotować ten tekst.

1. Big Black – “The Rich Man’s Eight Track Tape”

Czyli w zasadzie “Atomizer” plus epka “Headache” i singiel “Heartbeat”. Idealne wprowadzenie zarówno w Big Black, jak i w zasadzie w całą twórczość Albiniego. Gitary brzmiące niczym żyletki, teksty o wszelkiej maści socjopatach, a do tego automat perkusyjny nadający całości dodatkowy industrialny posmak. No i dwa chyba najbardziej charakterystyczne utwory Big Black – “Jordan Minnesota” i “Kerosene”.

Big Black cd.jpg

2. Butthole Surfers – “Hairway to Steven”

Ostatnia płyta nagrana dla Touch and Go. Pomost pomiędzy noisową przeszłością, a bardziej przystępnymi płytami, które miały nadejść w latach 90. Popowe melodie zanurzone w narkotycznych wizjach. Nic tu nie jest takie, jakie powinno być, poczynając od blisko 13-minutowego otwieracza. Z drugiej strony, “Ricki”, “Rocky” czy “I Saw an X-ray of a Girl Passing Gas” – melodie panie, melodie.

ButtholeSurfers cd.jpg

3. Girls Against Boys – “Cruise Yourself”

To trochę nietypowy wybór, bo w powszechnie przyjętej opinii, to wcześniejsza płyta Girls Against Boys jest lepsza. Ja jednak polecam właśnie “Cruise Yourself”. Wyluzowany, zblazowany klimat, kojarzący się z dużą ilością alkoholu w towarzystwie ludzi, którzy są mądrzejsi niż wyglądają. Scott McCloud ma wyjątkowo olewczy wokal, który idealnie współgra z melodiami zespołu. Jadą na dwa basy, więc brzmienie jest dosyć gęste. Jednak zamiast dołu płyta wywołuje ironiczny uśmieszek.

Girls Against Boys cd.jpg

4. The Jesus Lizard – “Liar”

O The Jesus Lizard ukazał się niedawno osobny artykuł, więc nie będę się za bardzo rozwodził. To idealne połączenie bluesa i noisu. Dawid Yow jest jakby z boku zespołu, niekoniecznie przejmując się tym, co koledzy właśnie grają. Dla mnie bohaterem jest gitarzysta Duane Denison. Brzmi jak ktoś, kto chciałby grać bluesa i punk jednocześnie.

Jesus Lizard cd.jpg

5. Killdozer – “Little Baby Buntin’ & Twelve Point Buck”

Dwie płyty wznowione na jednym kompakcie. Nie ma więc żadnego powodu, by wybierać jedną. Killdozer brzmi jak muzyczny ekwiwalent oryginalnej “Teksańskiej Masakry Piłą Mechaniczną”. Amerykańskie odludzie w pigułce – mordercy, gwałciciele, wszelkiej maści psychopaci, alkoholicy, narkomani. Micheal Gerald wciela się we wszystkie te postacie i z ich perspektywy snuje swoje historie. Do tego wolna, brudna muzyka, z wyeksponowanym przesterowanym basem. Ciekawostka: obie płyty wyprodukował Butch Vig.

Killdozer cd.jpg

6. Rapeman – “Two Nuns and a Pack Mule”

Coś w rodzaju supergrupy. Steve Albini, Dawid Wm. Sims, który później będzie grał w The Jesus Lizard, Rey Washam, który razem z Simsem grał w Scratch Acid, a pod koniec lat 90. przez chwilę będzie występował z Ministry. Pomost pomiędzy Big Black a Shellac. Jednocześnie jedna z najbardziej klasycznie rockowych płyt w katalogu Touch and Go. Spokojnie, noise rocka nie brakuje, w końcu Albini gra na gitarze. Warto, szczególnie biorąc pod uwagę przeszłość grających tu muzyków, jak i to jak ich losy potoczyły się później.

Rapeman cd.jpg

7. Slint – “Spiderland”

O tej płycie nie da się już nic nowego napisać. “Spiderland” to podwaliny post-rocka. Płyta, która została doceniona dopiero wiele lat po premierze, a dzisiaj jest uważna za jeden z najważniejszych albumów lat 90. Długie, skomplikowane kompozycje tworzą całość, która wciąga słuchacza bez reszty. Ostatnie kilka minut to eksplozja emocji. Wizjonerska rzecz. Dobrze, że się rozpadli, bo nie byliby w stanie nagrać godnego następcy.

Slint cd.jpg

Maciej Pletnia

Przypisy:

[1], [4], [5] wywiad dla serwisu Pitchfork, tłumaczenie własne: http://pitchfork.com/features/interviews/6419-corey-rusk/
[2] wywiad dla strony Prindle Rock And Roll Review Site, tłumaczenie własne: http://markprindle.com/gerald-i.htm
[3] wywiad dla strony Prindle Rock And Roll Review Site, tłumaczenie własne: http://markprindle.com/sims-i.htm
[6] wywiad dla serwisu Pitchfork, tłumaczenie własne: http://www.thejesuslizard.net/inter/pitchfork.html
[7], [8] J. Goldfein, Touch and Go v. The Buttholes, tłumaczenie własne: http://www.chicagoreader.com/chicago/touch-and-go-v-the-buttholes/Content?oid=898923

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.