30.04.2010 23:20

Autor: Patryk Gochniewski

“Nie wiem co będzie za kwadrans” – rozmowa ze Spiętym

Kategorie: Czytelnia, Wywiady

Wykonawcy: |


spiaty_live1.jpg “Nie wiem co będzie za kwadrans” – rozmowa ze Spiętym

Ze Spiętym spotkałem się chwilę przed jego jedynym trójmiejskim koncertem w gdańskim Pubie Doki. Przy podwójnej żubrówce z sokiem jabłkowym i mało pasującej do tego zestawu mlecznej czekoladzie rozmawialiśmy o tym, co się stało z Koli, czym dla niego jest samotna żegluga po polskich scenach i o spojrzeniu na muzykę w ogóle.

Uwolnij Muzykę: Druga płyta Koli miała dotyczyć, jak powiedzieliście w wywiadzie już ładnych parę lat temu, “kosmosu i wizji przyszłości Polski, będziemy tam snuć futurystyczne refleksje o społeczeństwie i kulturze polskiej”.

Hubert “Spięty” Dobaczewski: No taki był wtedy faktycznie pomysł. Byliśmy na takim etapie, w którym bardzo rozkochaliśmy się w koncept-albumach i wymyśliliśmy sobie taką fikcję o jakiejś odrealnionej, surrealistycznej, kosmicznej sytuacji, ale osadzonej też – paradoksalnie – w polskiej kulturze. Chcieliśmy właśnie w ten sposób zrobić cały album. To było tak, że powstała muzyka – która cały czas jest w szufladzie – ale nie w ramach trio, tylko naszego laocheańskiego septetu. Tylko, że niedługo później Denat rzucił hasło “powstanie warszawskie”, no i Koli zupełnie przy tym zbladło.

Uwolnij Muzykę: Jakie były wasze źródła utrzymania przed muzyką?

Hubert “Spięty” Dobaczewski: Każdy jest z innej beczki. Ja byłem kierowcą ciężarówki przez wiele lat. W zasadzie dopiero półtora roku temu to porzuciłem. Denat jest nauczycielem angielskiego, Rysiek był elektrykiem, Trocki jest informatykiem, Krojc ma własną firmę prowadzącą marketing internetowy, Wieża jest realizatorem dźwięku, a Dimon ratownikiem medycznym. I tak każdy gdzieś tam swoje życie plótł. Ale jak się jednak okazywało, lwią część czasu i energii każdy z nas pozostawiał przede wszystkim w zespole. I teraz jest tak, że z tego grania się utrzymujemy.

Uwolnij Muzykę: Zaczynaliście wszyscy w innych kapelach. Gdzieś od punk rocka czy metalu i nagle założyliście formację Koli, która była stricte hip-hopową, co było o tyle zaskakujące, że wcześniej śpiewaliście o spermie z krwią i o flakach. Skąd taka zmiana konwencji?

Hubert “Spięty” Dobaczewski: Wiesz co, nastąpił jakiś przełom. Bo ta sperma i te flaki to są takie czasy kiedy byliśmy metalowcami. Ja grałem w kapeli deathmetalowej i czułem się elementem tej subkultury i mi to pasowało. Miałem długie włosy, nosiłem ramoneskę. Przyszedł jednak w życiu taki moment – miałem 24 czy 25 lat – kiedy coś się przełamało. Później po tym metalu były jeszcze jakieś mariaże z hardcorem, nu-metalowe historie, ale to wszystko było związane z ciężkim graniem. Natomiast jak poznałem Denata, wiedziałem, że on coś sobie w dłubie w domu, zupełnie oderwanego od tego, co robił też jako metalowiec, bo był perkusistą całkiem znanego wówczas zespołu Hazael. Porzucił to i zaczął kleić różne rzeczy na komputerze, taki parahip-hop, i się spytał czy nie chciałbym z nim tego robić. No i tak najpierw zrobiliśmy projekt Kannabilanto, później to przekształciliśmy w Koli. Wtedy też Dimon doszedł do składu. No i jakoś tak nam zaczęło się to wszystko układać. Dlaczego to zrobiliśmy? Bo byliśmy w tedy wolni i to był taki najbardziej karkołomny wtedy pomysł. Wiesz, metalowiec, który robi hip-hop. Który nie jest nawet hip hopem hardcore’owym, tylko oddalonym od tego o lata świetlne. Dla nas to było wyzwanie i dało skrzydła, żeby zrobić coś zupełnie innego i się zrelaksować.

Uwolnij Muzykę: Jesteś magistrem ekonomii z talentem niewatpliwie literackim, ale większość tekstów to jest zlepek cytatów, które zapisujesz sobie z różnych zasłyszanych sytuacji. Duże masz zbiory?

Hubert “Spięty” Dobaczewski: To jest tak, że przechodzę pewną drogę jako tekściarz. Te sytuacje, na przykład na Koli, to było tak, że miałem zeszyt pomysłów, które mi zaświtały w głowie, jakichś sytuacji, które wychwyciłem. Potem były “Gusła” będące sytuacjami z mojej głowy, ale też były oparte o literaturę romantyczną i takie cytaty, które mnie jakoś natchnęły, pozwoliły mi wkręcić się w ten klimat. “Powstanie Warszawskie” to opisywanie sytuacji żywcem wziętych z barykady, gdzie jeszcze poeci walczący byli twórczy i mieli takie przemyślenia, że grzechem było by ich nie wykorzystać. Podchodziłem do tego na takiej zasadzie, że nie  jestem w stanie sam niczego wymyślić, tylko fajnie nadać temu nowy wymiar. Żeby to żyło, żeby to słowo dalej funkcjonowało. I w takim duchu to robiłem. Później na “Gospelu” zupełnie to porzuciłem i nie chciałem już żadnych kompilacji. Chciałem coś udowodnić sobie, że potrafię pisać autorskie teksty, które mają jakiś poziom. Płyta “Prąd stały/Prąd zmienny” to już zupełnie inna historia. W zasadzie to tak, jakbym nie ja napisał. To jest płyta dziwna, choć w pewnym sensie – paradoksalnie – napisałem ją z premedytacją. Oszczędnie, chłodno. Bez popisywania się jakąś wziętą metaforą. To są teksty nadrealne, które zostawiają dużo miejsca na interpretacje. Wcześniejsze rzeczy są podane tak, jak ja bym to chciał. Komuś mogło to nie pasować i właśnie teraz ma okazję, by samemu pomyśleć – lub nie – nad znaczeniem tekstów. Chociaż z drugiej strony spotykam się też z opiniami, że nie wszystkim pasuje ten sposób narracji. Trudno. Ja próbuje różnych rozwiązań.

Uwolnij Muzykę: Ale na “Gusłach” tak poleciałeś staropolszczyzną, że czasem aż nie wiadomo o co chodzi.

Hubert “Spięty” Dobaczewski: (śmiech) No… Bo to było takie wypracowane… Ja nazywam tę płytę mianem barokowej. W takim trochę złym tego słowa znaczeniu. Za dużo jest tam ozdobników. O, to jest rokoko! Wiesz, to jest fajne, bo kosztowało nas mnóstwo pracy, żeby ten debiut był dobry. Siedzieliśmy w studiu mnóstwo czasu – godzin studyjnych było chyba pięćset. Wieża wtedy zrobił kawał roboty. Siedział i dłubał w materiale, aż efekt był zadowalający. Porównuję to do malowania obrazu. Teksty pisałem w oparciu o grube słowniki, które ja stworzyłem, a także te biblioteczne, które wertowałem całymi dniami i wypisywałem z nich słowa czy sentencje. Musiałem się wkręcić w ten klimat, musiałem zacząć gadać tym językiem. I przez to ta płyta jest trudna. Ma swoich fanów, ale nie jest ich wielu.

Uwolnij Muzykę: Dlatego właśnie sprzedaż “Guseł” była na dość niskim poziomie?

Hubert “Spięty” Dobaczewski: Na pewno. To była płyta robiona absolutnie do szuflady. Podobnie jak “Powstanie Warszawskie”. Myśmy nic nie przeczuwali… Nikt nie myślał w kategoriach koniunkturalnych czy sukcesu. Nagraliśmy płytę “Gusła”, z której bylismy dumni. Zagraliśmy z nią niewiele koncertów, bo też nie było specjalnego zapotrzebowania. Mamy świadomość tego, że to nie są piosenki. Okazuje się, że ludziom jednak najbardziej podobają się piosenki. I to nie jest nic złego, broń Boże. Najlepszym w ogóle rozwiązaniem na muzykę jest to, że niesie ona treść i melodię. I z tego robi się piosenka. Jeśli ona jest dobra, wartościowa – i w warstwie muzycznej i tekstowej – to się to sprawdza i ludzie tego potrzebują.

Uwolnij Muzykę: No tak, gdyby nie Ars Mundi, to “Powstanie…” nigdy nie ujrzało by światła dziennego.

Hubert “Spięty” Dobaczewski: To znaczy, myśmy mieli jakieś tam propozycje wydawców. Ale faktycznie, z Ars Mundi najlepiej się ta współpraca układała. Dogadaliśmy się i wydaliśmy albumik.

Uwolnij Muzykę: “Halo, halo, tutaj Londyn. Ona czarna, a on blondyn…” – dobrze kojarzę, że to ten rubaszny wierszyk z podstawówki?

Hubert “Spięty” Dobaczewski: Tak, zdecydowanie. Chodzi o łączenie takich sytuacji. To jest język z życia wzięty i sadzę, że na barykadzie ktoś się mógł z tego nabijać właśnie w ten sposób. Tak sobie pomyślałem, jak tworzyłem teksty na “Powstanie…”, żeby zrobić taki mariaż języka kolokwialnego, który towarzyszył tym ludziom, którzy klęli. Plus poetyka, która była na dobrym poziomie i wysublimowana. Uznałem, że jak się to złoży, to wyjdzie coś innego.

Uwolnij Muzykę: Jednak tekstów o kobietach pisać nie potrafisz.

Hubert “Spięty” Dobaczewski: No nie. Temat męsko-damski w ogóle jest trudny. Dla mnie jest trudny, bo to wynika z tego, że nie uważam go za bezpieczny. Za dużo jest pytań w głowie, jakichś lęków i ja się w tym temacie nie czuję pewnie. I dlatego go nie ruszam. Spróbowałem na “Gospelu” jedną piosenkę napisać o miłości, “mpaKOmpaBIEmpaTA” i dalej chyba nić nie było. Chociaż na “Prądzie…” jest utwór “Kryminał”. To też jest historia damsko-męska, ale nie na tą skalę co właśnie “mpaKOmpaBIEmpaTA”, bo tam jest to bardziej moje. Tu jest jakaś sytuacja opisana. Mieliśmy w ogóle pomysł, że tę płytę nazwać “Scenariusze”, bo to są oderwane od siebie, nadrealne sytuacje.

spiaty_live2.jpg Uwolnij Muzykę: Skoro już jesteśmy przy nowej płycie, powiedz dlaczego poszliście akurat w stronę elektroniki? Ponadto też chcieliście zerwać z siebie łatkę specjalistów od albumów koncepcyjnych. Jednak wciąż gdzieś na “Prądzie…” ten koncept się przewija w aspeckie problemów codziennego życia.

Hubert “Spięty” Dobaczewski: Właśnie sobie zdaliśmy sprawę z tego, że też to jest w jakimś stopniu koncept-album. Tylko że to jest problem nazwania tej sytuacji, że coś jest konceptem. Jak sobie weźmiemy zespół Rage Against The Machine, ich debiut dajmy na to. Że to jest nagrane w kwartecie, że brzmi tak, a nie inaczej, że to jest hip-hop i że to jest koncept album. To właśnie za daleko idzie. Ktoś już lubi to nazwać. Nie, to jest zespół, który ma taki pomysł na siebie i na tę płytę. Ja bym się teraz wystrzegał czegoś takiego, że ktoś będzie nas traktował jako zespół konceptualny i będzie tam patrzył na zasadzie: “a trochę tego konceptu zostało” i gdzieś to się za nami ciągnie. Wiesz, jesteśmy tą samą załogą. To jest ten sam skład, ci sami ludzie, ta sama energia. I tak już będzie, ten zespół jest konceptem. Jakimś pomysłem Pana Boga na to, żeby chłopcy sobie pograli i czasami mieli przy tym jakieś sytuacje życiowe czy przemyślenia. Więc tak to będzie wyglądało. Ale też z drugiej strony uciekać przed tym, żeby robić taką płytę, która jest zupełnym chaosem oderwanych od siebie sytuacji, też nie ma sensu. Nie ma sensu robic niczego na siłę. Jesteśmy takim zespołem i innym nie będziemy. Mamy już pewne ramy założone z defaultu i możemy już tylko się w nich poruszać. Wyżej wała nie podskoczymy (śmiech).

Uwolnij Muzykę: Ale dlaczego ta elektronika?

Hubert “Spięty” Dobaczewski: Dlatego, że my lubimy też taką muzykę.

Uwolnij Muzykę: Krojc się chyba najbardziej ucieszył.

Hubert “Spięty” Dobaczewski: No właśnie. Krojc to już jest megaloman jeśli chodzi o elektronikę. Od kiedy go poznałem osiem lat temu, to już miał swoje projekty solowe. Robił muzykę w akademiku, kończył studia. Miał wtedy projekt Nos i kleił tę elektronikę. Ale przede wszystkim się na tym znał. No i bąkał, że fajnie by było kiedyś zrobić właśnie coś elektronicznego. Ja nie rozumiałem zupełnie o co mu chodzi i dopiero później, przez lata edukacji muzycznej i otwierania swoich ograniczeń, okazało się , że jest dużo składów, które są elektroniczne i przenoszą tą samą energię co rock’n'roll i to się sprawdza. Zresztą w tej chwili przenikanie stylów, crossover jest na porządku dziennym, taki jest pomysł na muzykę. I zapewne tak to będzie póki co wyglądało.

Uwolnij Muzykę: Od kiedy kiełkował w tobie pomysł o “Antyszantach”?

Hubert “Spięty” Dobaczewski: Od około siedmiu lat. Przy okazji pływania na żaglach. I powiedziałem sobie, że zrobię takie szanty, które będą inne, będą alternatywne, miały elementy rootsowe. Coś co będzie inne od tych rzeczy, które się uprawia obecnie w tym gatunku. Pomyślałem, że jest szansa stworzenia nowej wartości. No i tak ten pomysł we mnie dorastał. Parę lat temu napisałem piosenkę “Opuszczone porty”, która była osamotniona przez długi czas i około dwa lata temu w końcu wziąłem się za siebie i postanowiłem to skończyć.

Uwolnij Muzykę: No właśnie. Bo tak naprawdę to są quasi-szanty. Bardziej pirackie. Teksty w stylu: “nie ma to jak gorąca cipka i jeden głębszy”.

Hubert “Spięty” Dobaczewski: Wiesz, to też zasłyszane. Ale mi zależało na tym, żeby to było inne. Ktoś mnie nazywa wywrotowcem i gość przychodzi, i mówi: “ja ci pokaże jak się gra szanty”. Ja nie gram szant, kurczę. Nazwałem to “Antyszanty” i po prostu gram piosenki. A jakie są szanty? A jaki jest człowiek morza? Jak ktoś wie, to brawo, gratuluję. Ja nie wiem. Próbuję we własnym zakresie i w sposób indywidualny się wypowiedzieć. Nie wypowiadam się w imieniu jakiegoś ugrupowania. Ja byłem deathmetalowcem, dobra, swoje miałem (śmiech). To wtedy wiedziałem jak się wypowiadać, jak grać, jak się zachowywać i wyglądać. Teraz nie chcę. Zastanawiam się po prostu gdzie mnie ten wiatr zagna. Każdy ma tak samo, więc nie ma sensu udawać, że jest jakiś nurt wspólny i się w nim zamykamy, będziemy się w nim razem taplać i będzie fajnie, a wtedy nazwiemy się tak czy siak. A jak ktoś jest spoza tego nurtu, to niech spada. Bez sensu, tak mi się wydaje. Podoba mi się po prostu bycie outsiderem. Może dlatego, że byłem zawsze gościem, który miał kompleks na punkcie, że zawsze lgnąłem do jakiejś grupy. Żeby się określić. W towarzystwie było mi bezpieczniej. Stąd też ten projekt solowy, z którym jeżdżę samotnie. No, nie do końca. Towarzyszy mi Mysza, nasz akustyk laocheański. Ale na scenie jestem sam. I to jest mój samotny rejs. Dlatego się na to targnąłem. Żeby nie mieć możliwości złapania się za jakąś life-linkę czy koło ratunkowe. Jestem sam, płynę…

Uwolnij Muzykę: Dokąd chcesz dopłynąć. Kolejne piosenki o morzu?

Hubert “Spięty” Dobaczewski: Nie, na pewno nie będę już robił historii szantowych. Tak mi się przynajmniej wydaje. Na najbliższym wydawnictwie jakie planuje to będzie coś innego. Na razie jednak za bardzo o tym nie myślę. Ja w ogóle pragnąłem, żeby nie było specjalnego rozgłosu przy tej płycie. Obawiałem się czy to fajne, czy to dobre, ale okazuje się, że jest w porządku. Niektórym ludziom się to podoba, nie wszystkim, ale też nie da się zrobić czegoś dla wszystkich. Nie jest to muzyka popularna. Jest to muzyka wręcz niszowa. Jak mamy dziś taką sytuację w niewielkim pubie – nie do końca jest to salon – to jest to muzyka rdzenna. I fajnie. Mi się to podoba, że jest tak korzennie właśnie. To jest dobre słowo, bo kolejna płytę chciałbym zrobić rootsową. Żeby to była muzyka serca. A jaka będzie w całości, to już jakby mniej istotne.

Uwolnij Muzykę: Połączenie elektroniki na “Prądzie…” i “Antyszantach” ma wspólny mianownik czy były to dwa odmienne bieguny?

Hubert “Spięty” Dobaczewski: Na pewno się łączy. To było tak, że myśmy mieli pomysł, żeby zrobić “Prąd…” jako elektronikę i ten pomysł ma około trzech lat. Ja na “Antyszantach” używałem instrumentów, które są chłopaków, bo nagrywałem to u nas w sali prób. Na klawiszach Wieży, efektach Krojca czy samplerach Denata i Trockiego. Siłą rzeczy byłem wkręcony w tę elektronikę i gdzieś to się przeniknęło. Brzmi to inaczej, ale jest to na pewno wspólny mianownik.

Uwolnij Muzykę: Ostatnio udzielałeś się wokalnie w zespole Sulphur Phuture, który jest mocno drumowy. Jakie to było uczucie?

Hubert “Spięty” Dobaczewski: Wiesz co, to nasz menadżer, Rafał “Praczas” Kołaciński, zaprosił mnie, że mógłbym mu zaśpiewać coś przy okazji kilku melodii. Napisałem tekst i tak to powstało. Ja lubię inne sytuacje. Lubię rock’n'roll, lubię elektronikę, lubię coś, co mnie rusza. A ja potrzebuje takich wyzwań. Żeby nie gnuśnieć. Że jestem gościem, który uprawia rocka i będę grał z tym Gibsonem na scenie, jak ten kutas, przez dwadzieścia lat… Nie potrafię tak. Poszukuję, mam nadzieje, że nie skostnieję. Ale kto to wie? My też – jako Lao Che – mamy już dziesięć lat i zauważam jakieś zmiany, że to innego rodzaju energia. Nie gorsza, ale inna. A gdzie to nas wszystkich zaprowadzi? Nie wiem. Ja nie wiem co będzie za kwadrans. Czy się nie przewrócę na scenie i nie padnę na zawał (śmiech).

Uwolnij Muzykę: No właśnie – za każdym razem zmieniacie totalnie konwencję swoich płyt. Po to, by nie zgnuśnieć? Że lubicie bawić się muzyką, zeby nie zginąć w showbiznesie?

Hubert “Spięty” Dobaczewski: Tak… To się też zapętla. Ludzie mówią o zespole, że każdą płytę robi inną i to zostawia piętno. No dobra, to chcemy pokazać, że jesteśmy jakoś tam inni, że poszukujemy. Ale wiesz, jak robisz płyty, które są od siebie różne, to musisz się wielu rzeczy nauczyć. I znowu trzeba kombinować, próbować coś. I znowu są te wypieki na twarzy jakbyś ten zespół założył wczoraj. A nie tak, że wiemy jaka będzie następna płyta i ludzie też wiedzą. Fajne jest właśnie takie przekomarzanie się z samym sobą, z publicznością.

Uwolnij Muzykę: Lepszego miejsca na koncert “Antyszantów” nie mogłeś sobie wybrać. Gdańsk, morze, stocznia…

Hubert “Spięty” Dobaczewski: No właśnie, pod samą historyczną bramą. Na pewno. Chociaż wolę bardziej żeglarskie historie. Tutaj nie jest to jachtowa żegluga. A ja żagle sobie ukochałem już dawno temu. Jestem czynnym żeglarzem. I to jest moja stylistyka. Ale też żeglując mam motorek czterokonny i robię sobie “pyr, pyr, pyr…”. Także mimo wszystko jestem trochę motorowodniakiem, żeglarskim pozerem (śmiech).

Rozmawiał Patryk Gochniewski

fot. Łukasz Gdak

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.