21.04.2011 22:00

Autor: Michał Wieczorek

Nawałnica hałasu i noise-hardcore’owi Pistolsi

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów

Wykonawcy: |


no-age-promo-2.jpg Nawałnica hałasu i noise-hardcore’owi Pistolsi

Wasz ulubiony redaktorski tandem tym razem był na jednym koncercie, choć opinie mają zupełnie różne. Relacja z koncertu No Age i Die! Die! Die! w warszawskim Powiększeniu.

Krzysztof Kowalczyk: Front Row Heros już zdążyli nas przyzwyczaić ściąganiem do naszego kraju naprawdę interesujących i istotnych wykonawców z całego spektrum muzyki alternatywnej. Ta agencja szczególnie ukochała sobie scenę Los Angeles, a konkretnie artystów skupionych wokół kultowego już klubu The Smell. W zeszłym roku mieliśmy możliwość doświadczyć występu HEALTH , a teraz przyszedł czas na duet No Age (następne w kolejce są majowe koncerty Abe Vigoda).

Od samego początku pozytywnie zaskoczyła tłumnie przybyła do warszawskiego Powiększenia publika, której wiek oscylował mocno w okolicy licealno-młodzieżowej. Ten fakt bardzo mocno odbił się na pozytywnym przyjęciu obu zespołów. Obu, bowiem najpierw w roli supportu zagrało nowozelandzkie Die! Die! Die!.

Michał Wieczorek: Licealna atmosfera udzieliła się także i mnie. Nowozelandczyków słuchałem przed koncertem piąte przez dziesiąte, tak żeby mniej więcej wiedzieć, czego się spodziewać. Zaskoczyli całkowicie.

Trzech chłopaków niewiele starszych od publiczności zafundowała Powiększeniu dźwiękowe i koncertowe zniszczenie. Zaczęło się od tego, że Andrew Wilson, wokalista i gitarzysta, poustawiał na swojej gitarze różne efekty i przestery, po czym… odłożył ją i ruszył w tłum. Takich wycieczek (z gitarą i bez) robił kilka. Publiczności też nie trzeba było długo zachęcać i po chwili rozkręciło się klasyczne pogo.

Krzysztof Kowalczyk: Zgadzam się, Die! Die Die! kupiło publikę od samego początku, ponieważ pokazali, że zależy im, aby wszyscy zebrani w Powiększeniu byli częścią tego występu. Basista grupy, Lachlan Anderson, nie został w tyle za szaleństwami Wilsona, non stop miotając się po scenie i wchodząc na wzmacniacz basowy.

Jeśli zaś chodzi o muzyczny charakter koncertu, to nazwałbym Nowozelandczyków taką noise-hardcore’ową wersją Sex Pistols – zwłaszcza barwa głosu wokalisty Andrew Wilsona bardzo kojarzyła mi się ze śpiewem Johnny’ego Rottena. Melodie w twórczości tria są skryte po grubą warstwą brudu i jazgotu, a najbardziej dominującą cechą w scenicznej odsłonie Die! Die! Die! jest ogromna energia, chęć wessania każdego, kto ma okazje widzieć ich na żywo.

Michał Wieczorek:  Dlatego tym większe było moje zaskoczenie, gdy skończyli po 27 minutach. Było to spowodowane opóźnieniem wynikłym z różnych przygód na trasie oraz świecką tradycją, że, gdy koncert w Powiększeniu przeciąga się poza magiczną granicą godziny 22.00, zostaje wzywana przez okolicznych mieszkańców policja.

Jeśli chodzi już o skojarzenia, to mnie D!D!D! kojarzyli się bardziej z Japandroids. Ta sama młodzieńcza energia, i podobne podejście do muzyki, czyli chowamy popowe melodie pod grubą warstwą przesterów, efektów i punk rocka. Do dziś nie mogę wyjść z zachwytu nad ich króciutkim setem. Czego, niestety, nie mogę powiedzieć o No Age.

Krzystof Kowalczyk: Faktycznie, w porównaniu do Die! Die! Die!, Amerykanie mogli wydawać się mniej żywiołowi, jednak według mnie, również zagrali bardzo dobry koncert. Występ w stolicy był odwróceniem tego, co mogliśmy ujrzeć w sierpniu na Scenie Leśnej podczas OFF Festivalu. Na festiwalowym koncercie głównie zachwycały utwory z nowego albumu “Everything in Between”, gdzie niebagatelne znaczenie miały wszystkie szumy i ambientowo-noise’owe wstawki, dodawane przez William Kai Strangeland-Menchaca. Za to słabiej wypadały proste punkowe kawałki z dwóch poprzednich płyt.

W Powiększeniu było dokładnie na odwrót: wszystkie elektroniczne ozdobniki z trzeciego krążka ginęły gdzieś w nawałnicy hałasu, a starsze piosenki ze względu na niewielkie gabaryty pomieszczenia, głośność i brak dystansu między zespołem a publiką, miały potężnego kopa.

Michał Wieczorek: O, tu się zgadzam. Nawałnica hałasu. Z jednej strony super, ale z drugiej, w Powiększeniu zrobiła się z tego dźwiękowa magma, przez co trudno było odróżnić jedną piosenkę od drugiej. Ale uwydatniało to punkowy pierwiastek muzyki Amerykanów. Niestety, nie kupili mnie. Po 40 minutach zacząłem nerwowo zerkać na zegarek, znudzony i znużony. Zabrakło ognia po prostu.

Krzysztof Kowalczyk: Nie da się ukryć, że można było odnieść wrażenie, iż Randy Randall i Dean Allen Spunt grają cały czas jedną piosenkę, ale z drugiej strony, jest to cecha wypracowanego przez nich stylu. Mi koncert No Age podobał się z jeszcze jednego względu: świetnie udało im się ująć słoneczny, wakacyjny klimat Los Angeles, które wciąż jest przecież dla nich największą inspiracją. Kiedy grali kolejne kawałki miałem wręcz przed oczami młodych chłopaków jeżdżących na deskorolkach, łapiących fale i włóczących się całą noc po mieście, ponieważ w dzień nie da się wytrzymać ze względu na upały.

Michał Wieczorek: A tu się nie mogę zgodzić. Chyba mi się Kalifornia muzycznie kojarzy zupełnie inaczej, bo zupełnie nie czułem tego lata i deskorolek.

Za to wiem jedno, po tym koncercie zostałem szalikowcem Die! Die! Die!

Krzysztof Kowalczyk: Cóż, według mnie po prostu oba zespoły dały radę, choć przyznam, że poczynania Die! Die! Die! będę teraz obserwował z dużym zainteresowaniem

Krzysztof Kowalczyk i Michał Wieczorek

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.