Festiwal Frytka Off 2017'

29.01.2017 19:37

Autor: Michał Wieczorek

Najciekawsze nieanglojęzyczne albumy 2016 roku

Kategorie: Czytelnia, Podsumowania

Wykonawcy: | | | | | | | | | | | | | |


Choć większość muzyki jest wykonywana i nagrywana w językach innych niż angielski, większość podsumowań jest zdominowanych przez płyty zaśpiewane po angielsku właśnie. Nie tylko przez artystów z anglosaskiego kręgu kulturowego. A jednak w tym przeoczonym obszarze można znaleźć muzykę, która nie tylko może wytrzymać porównanie, ale często jest ciekawsza niż głośne premiery. Taką jak ta piętnastka.

Gaye Su Akyol – “Hologram Imparatorlugu”

Kto robi najlepszą muzykę psychodeliczną? Turcy, oczywiście. Druga płyta Gaye Su Akyol, obdarzonej głębokim głosem wokalistki ze Stambułu to narkotyczna podróż na Księżyc i z powrotem pełna haszyszu i raki. Dużo tu odwołań do początków anatolijskiego rocka, kwaśnych lat 70., ale także gorzkich społeczno-politycznych komentarzy okraszonych groteskowym humorem.

Alsarah & the Nubatones – “Manara”

Debiut Alsarah & the Nubatones znalazł się w moim podobnym zestawieniu za rok 2014. Na “Manara” niewiele się zmienia. To nadal porywający funk na akustyczne instrumenty, od którego nie można się oderwać. Gorący, klejący się od bezlitosnego afrykańskiego słońca.

Amanar – “Tumastin”

Ciekawie zagrany tuareski blues. Jednocześnie bardzo bliski wzorcowi wypracowanemu przez Tinariwen (zresztą, nawet pochodzą z jednego miasta), ale Amanar potrafią wyjść poza schemat. Koi jak mało co.

Asiq Nargile – “Yurt Yeri”

Nargile Mehtiyeva jest jedną z niewielu kobiet aszyków – tureckich i kaukaskich odpowiedników bardów. Nie dlatego warto zwrócić uwagę na “Yurt Yeri”, nagranie debiutanckiego koncertu Nargile w londyńskim Cafe OTO. Głosowi Nargile towarzyszy jedynie saz (długoszyjkowa lutnia) i w tym skromnym towarzystwie Gruzinka tka swoje opowieści, a wszystko brzmi perliście i surowo jednocześnie. Jest tu tajemnica i wysokie szczyty Kaukazu.

Emile Bilodeau – “Rites de passage”

Brawurowy. Tak najlepiej i najprościej można określić debiut dwudziestolatka z Quebecu. Mocno osadzony w folk rocku, często pędzie na złamanie karku, ale potrafi też wyhamować, zamyślić się. Bilodeau jak na debiutanta wydaje się bardzo dojrzały, wie dokładnie co i jak chce powiedzieć.

Bombino – “Azel”

Piąta wydana na zachodzie płyta Omary Mokhtara, w piątej wytwórni. Tym razem tuareski gitarzysta zawędrował do Partisan Records, dokąd ściągnął go David Longstreth z Dirty Projectors, producent płyty. W porównaniu do “Nomad” z 2013 roku, “Azel” jest płytą bardziej słoneczną, jaśniejszą, czystsza brzmieniową. Pojawiają się wpływy pulsacji reggae, które odświeżają dotychczasową formę. I choć trochę brak mi dzikości ?Nomad?, to piosenki są tyle udane, że ten brak nie boli.

Ceu – “Tropix”

Na swojej czwartej płycie Brazylijka przechodzi metamorfozę z dziewczyny grającej ładne piosenki w prawdziwą diwę. Wysmakowane (jak to u Brazylijczyków zwykle bywa) piosenki otulone są mgiełką subtelnej gitary i eleganckiej elektroniki, pełne zmysłowości i delikatnej taneczności.

Jón Thór – “Fruin i Hamborg”

Na tej czwórce znajduje się moja ulubiona piosenka 2016 roku, rozpoczynająca ją “Stelpur” (czyli po prostu dziewczyny). Jón Thór pisze lekkie, cholernie przebojowe gitarowe kawałki rodem z najlepszych lat indie rocka. Wkręcają się w głowę od pierwszego przesłuchania. Energetyczne, pomysłowe, aż szkoda, że “Fruin i Hamborg” kończy się tak szybko.

Katarzia – “Agnostika”

Druga płyta Słowaczki to zdecydowany krok naprzód. Piękne, intymne piosenki brzmią pełniej niż na “Generacii Y”. Katarzii tym razem towarzyszy cały zespół, a nie tylko gitara akustyczna, dzięki czemu pojawiają się zabawy ze strukturą piosenek, delikatne eksperymenty (czasem bardziej, czasem mniej udane). Mam wrażenie, że jej pokrewną duszą jest Julia Marcell, obie uważnie obserwują rzeczywistość i przekuwają ją na przeszywające piosenki.

Katarina Malikova – “Pustvopol”

Pustvopol to archaiczna nazwa wsi Puste Pole położonej niedaleko Muszyny, ale już po słowackiej stronie gór. To także słowacka, ludowa pieśń ceremonialna będąca osią tego fenomenalnego albumu. Katarina Malikova całymi garściami czerpie z folkloru, ale wypuszcza go ze skansenu, z ograniczeń akademików. Folklor jest tu punktem wyjścia do poszukiwań. “Pustvopol” ociera się o jazz, alternatywę, poezję śpiewaną, pojawiają się tu odniesienia do mum. Słychać podobieństwa do Joanny Newsom, bardziej w ambitnym, wszechstronnym podejściu niż samej muzyce. Tak powinno się odnosić do tradycji, z nieprzesadnym szacunkiem, bez czołobitności, tłumaczyć ją na współczesny język.

Sefardix – “Maggid”

Bracia Marcin i Bartłomiej Oleś ponownie spotykają się z Jorgosem Skoliasem, by wybrać się w świat greckich Sefardyjczyków, Tytułowy Maggid to żydowski, wędrowny kanzodzieja, który nie zawsze trzyma się źródeł w swoich opowieściach. Jego tropem idzie Sefardix, z Grecji zawędrowują w inne regiony Śródziemnomorza, na Bałkany i do Pontu, trzy teksty napisał Skolias, jeden utwór Marcin Oleś – reszta to przefiltrowana przez ich wrażliwość tradycja. Choć usłyszycie tu tylko kontrabas, głos i perkusję, “Maggid” to muzyka totalna, obejmująca sobą całą dostępną przestrzeń. Nie potrzeba żadnego dodatkowego dźwięku. Każdy z trójki muzyków jest wybitnym wirtuozem i to słychać, ale na szczęście bez zbędnych fajerwerków. To muzyka poruszająca, wzruszająca i przypominająca o świecie, który już nie wróci.

Maria Usbeck – “Amparo”

Po latach grania w shoegazeo?wym Soda Shop i śpiewania po angielsku,  Maria Usbeck zwróciła się do swoich korzeni, od których uciekała, jak sama przyznaje, przez lata. “Amparo” to jednocześnie zmaganie się z życiem na emigracji i dziennik z podróży. Maria sięga po muzykę Andów, Amazonii, Karaibów i wybrzeży Pacyfiku, miesza ją z elektroniką, nagrania terenowe. To płyta o tęsknocie, wykorzenieniu, skromna brzmieniowo, ale porywająca swoim spokojem.

Clea Vincent – “Retiens mon desir”

Clea Vincent, młoda paryska wokalistka moją uwagę przykuła już w 2014 roku swoimi bliźniaczymi EPkami “Non Mais Oui”. Część piosenek w nowych wersjach znalazła się na debiutanckim albumie, który jest wypełniony stylowymi, electropopowymi hitami. Słychać w nich jazzowe wykształcenie Vincent, inspirację francuska nowa falą i ucho do zapamiętywalnych melodii.

Eefje de Visser – “Nachtlicht”

O tej płycie pisałem niedługo po premierze, że to moje największe odkrycie 2016 roku. Zdania nie zmieniłem. Trzecia płyta Holenderki mieście się gdzieś obok the xx. Jest elegancko, powłóczyście, a każdy dźwięk jest wysmakowany. I do tego miękko brzmiący holenderski, który rozmiękcza moje serce (choć wiem, że to prawdopodobnie z tego powodu o “Nachtlicht” poza granicami Holandii wiele nie słychać). Moja płyta roku.

Xylouris White – “Black Peak”

Akustyczny post punk? Do tego oparty na kreteńskiej tradycji? Tak, duet Giorgiosa Xylourisa i Jima White?a dostarcza takich właśnie doznań. Większość melodii Xylouris wziął ze swojej rodzinnej wyspy (w końcu jest synem Psarantonisa, żywej legendy Krety), teksty to przeważnie wiersze zaprzyjaźnionego poety. Razem z White’em przenoszą je bliżej rocka, ale nie odrywają się zupełnie od tradycji.




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.