03.01.2011 01:05

Autor: Kuba

My Chemical Romance – “Danger Days: The True Lives Of The Fabulous Killjoys”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


mcr-danger-days.jpg My Chemical Romance – “Danger Days: The True Lives Of The Fabulous Killjoys”
Reprise / 2010

My Chemical Romance przeciętnemu słuchaczowi kojarzy się głównie z terminem emo. Jednak krzywdą byłoby umieszczanie ich jedynie w tym nurcie, ponieważ ich muzyka była od początku czymś więcej niż ścieżką dźwiękową dla aktów samookaleczeń amerykańskich nastolatek, którym dobrze w czarnym.

Umiejętność tworzenia chwytliwych numerów zespół posiadał już od wydania w 2002 swojego albumu “I Brought You My Bullets, You Brought Me Your Love”, kiedy to scena New Jersey (zwana także “murder scene” ze względu na rozbudowaną scenę emo/hardcore), a także rynek całego USA zaczął podążać za konkretną modą, jaką wytworzył zespół. Chociaż w tym wszystkim przewija się echo nurtu emo, to nie można zaprzeczyć, iż My Chemical Romance już od początku starało się wyjść poza ramy nakładane im przez dziennikarzy, starając się zaskakiwać przy każdej kolejnej płycie. Zmieniały się nie tylko kolory włosów i  rodzaje fryzur wokalisty grupy Gerarda Way, ale także pewien koncept na przekazanie swojej energii. Słowo koncept jest tutaj najbardziej trafne, ponieważ już od 2005 roku zespół zaczął sterować swoją muzykę w rejony bardziej ambitne.

Album “The Black Parade” było opisem przeżyć człowieka walczącego z  chorobą, umierającego i wspominającego swoje życie. Tym razem My Chemical Romance idzie o krok dalej i postanawia wymyślić fikcyjną rzeczywistość, fikcyjne czasy, próbując wpisać się w ramy, które sami ustalili.”Danger Days: The True Lives Of The Fabulous Killjoys” jest kolejnym albumem z  konceptem opowiadającym historię grupy zwanej Killjoys (stanowiącej fikcyjne alter ego członków MCR) będącej wyrzutkami żyjącymi w szalonym społeczeństwie przyszłości w mieście Battery City. Utwory na płycie zaś są przedstawieniem życia Killjoys, ich ideologii, życia, walki. Opisem wydarzeń, z którymi grupa się zmaga.

Muzyka, którą zaprezentowało My Chemical Romance w roku 2010 jest trochę bardziej surową zabawą z formą, niż działo się to na poprzednich wydawnictwach grupy. Więcej w tym wszystkim prostego,  mocnego, rockowego uderzenia opartego w pewnym stopniu na klasycznych harmoniach. Nadaje to jednak olbrzymiego tempa, które właściwie nie zwalnia, tylko utrzymuje tę płytę na wysokim, dynamicznym trybie działania stając się czasem niemal westernową, ale wartką pożywką dla historii Killjoys. Jednak nie można tu mówić o tym, że muzyka zrobiła się infantylna. Użyto tutaj mniej półśrodków, zapychaczy, które rozszerzały w sposób sztuczny przestrzeń dźwięku. Muzyka stała się bardziej skondensowana, a tym samym efektywniejsza. Zahaczyć tutaj mogę o pojęcie “punk”, ponieważ kompozycje mają w sobie duży pokład dzikości i młodej, jędrnej energii uderzającej radośnie z gitar.

“Na Na Na  (Na Na Na Na Na Na Na Na Na)”, czyli pierwszy singiel, w świetny sposób demonstruje,  na czym  polega nowa ścieżka, którą obrał sobie zespół. Dużo skocznej i gęstej perkusji połączonej z klasycznymi riffami, studyjnymi smaczkami w postaci przeróżnej maści sampli i rewolucyjnymi, quasi-wolnościowymi tekstami. Nie oznacza to jednak, że wszystkie utwory brzmią tak samo. Każdy z nich wybija się czymś wyjątkowym, czego na ogół nie było na kawałku poprzednim. “Planetary (GO)” za pomocą wypluwanych tekstowych fraz i  akcentowanego basu nadaje brzmienie w stylu rockowego Black Eyed Peas. “S/C/A/R/E/C/R/O/W”  to piosenka z dużą nutą optymizmu uderzającego z dźwięków. Przybliża myślenie o tym, jaki ten świat piękny i  cudowny. Natomiast “Destroya” z tekstem “nie wierzę w nic”, śpiewem pokroju Limp Bizkit i agresywną melodią buduje mroczny, ale intensywny nastrój.

My Chemical Romance nie stworzyło krążka idealnego, z pewnością nie nazwałbym go “rockowym albumem 2010 roku”, jak zdarzyło się to pewnemu dziennikarzowi magazynu Rock Sound, nie mniej jednak muszę przyznać, że droga, którą przebył zespół powoli zaczyna się dla nich opłacać. Chociaż muzycznie nie stworzyli arcydzieła, tekstowo nieraz przypominali mi najnowsze dokonanie Green Day, a pierwsze wrażenia po przesłuchaniu to “ni ziębi, ni grzeje”, to po przetrawieniu i  skupieniu się nieco bardziej na poszczególnych aspektach dochodzę do wniosku, że ładnie panowie grają.  Nie wiem, czy dalej należy się wstydzić mówiąc znajomym “słucham MCR”. Decyzja po przesłuchaniu należy do was.

Kuba Serafin

If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it's missing. Get Flash Player from Adobe.

wyszperaj coś więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (17 głosów, średnio: 7,18 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.