Muzyka to dźwięki – relacja z 15. festiwalu Sacrum Profanum

Marian, tu jest całkiem komfortowo!

Festiwalowy jubileusz, obchodzony bez większego przykładania wagi do półokrągłej liczby, odbywał się pod hasłem “Wejdź do strefy dyskomfortu”. Jako stałego bywalca dosyć mnie to ubawiło, że wyręczę się w wyjaśnianiu tej dozy komizmu panem Merzbowem:

Jeśli hałas znaczy przykry dźwięk, to dla mnie muzyka pop jest hałasem

Największym dyskomfortem był więc dla mnie w tym przypadku dojazd na Nową Hutę i powrót z niej oraz koncerty poranne w weekendy (żywot człowieka pracującego 8-16). Ale kilka nieświadomych duszyczek się na ten dyskomfort porwało, uciekając potem w podskokach ze wszystkich pięciu budynków, w których odbywały się koncerty (ok, odbywały się w sześciu, ale do Cricoteki się nie załapałam, bowiem wg słów organizatora obowiązywała kolejność zgłoszeń, chętnych więcej niż miejsc na Moondoga w wykonaniu Cabaret Contemporain). Pewnie byli też i tacy, którzy skusili się i wytrzymali, tego już nie wiem. Tak czy owak hasło reklamowe najwyraźniej tworzone było z nastawieniem na zdobywanie nowych fanów wydarzenia.

Niezależnie od tego – program był zacny. Pod tak szerokobrzmiącym tytułem można zebrać bardzo dużo różnych muzycznych zjawisk, i dokładnie tak było, choć można odnaleźć w nich wspólne mianowniki – osobiście wybrałabym tu podkreślony z kolei w moim tytule dźwięk, a na drugim miejscu: rytm.

4 x 2

Pierwszy koncert to był mega-koncert, ponad trzy godziny (niestety nie dotrwałam do końca – występy odbywały się w Nowohuckim Centrum Kultury, a zakończyły po północy). Na pierwszy ogień poszła miłość – ta zmysłowa, cielesna, w aspekcie nie tylko dźwiękowym. Małgorzata Walentynowicz zagrała na fortepianie i obsłużyła sampler, Frauke Aulbert wyczyniała cuda z głosem, a wszystko powstało według koncepcji Moniki Piasecznik. Zaczęliśmy słuchanie od utworu Jennifer Walshe, która jeszcze nie raz miała pojawić się w programie Sacrum Profanum. Utwór “(your name here)” składa się z opowieści żeńskiej narratorki o całowaniu i spotykaniu chłopców w wieku lat 13 oraz dziwnych dźwięków wydawanych przez wokalistkę, także za pomocą skrzypiec. Do tego jako wizualizacja posłużył teatr cieni.

Następnie w utworze “Sonata Erotica” (1919, na głos) Erwina Schulhoffa, Frauke Aulbert przedstawiła za pomocą wokalu wyrazistą scenę erotyczną zakończoną odegraniem mycia intymnych części w miednicy. Oprócz tego utworu była taże główną wykonawczynią “Langue D’Amour” z repertuaru Laurie Anderson. Małgorzata Walentynowicz zagrała na samplerze i zmysłowo pomruczała do kompozycji “Public Privacy #ARIA” Brigitty Mutendorf, fortepianu i głosu użyła w “Serie Rose” Pierre’a Jodlowskiego, który to utwór dał tytuł całemu występowi pań. Utwór “London” Johannesa Kreidlera, składający się z intensywnych, dronowo-hałaśliwych buczeń opatrzony był materiałem video przestawiającym kobiety – ubrane wyzywająco i takoż palące papierosy. Ostatni utwór – “X&X” Juliany Hodkinson i Nielsa Ronsholdta robił wrażenie bardziej performensu niż kompozycji muzycznej. Obie panie operowały włącznikami światła przy pomocy stopy, a gdy je wyłączały, jedna z nich pluła różnymi substancjami, a druga odgrywała akord na fortepianie. Stopniowo dochodziło też do swoistego zbliżenia między postaciami z tego dziwnego przedstawienia, które zaczęły wchodzić ze sobą w interakcje, od chwytania za ręce począwszy. Tutaj zaczął się sacrumowy dyskomfort – spora część widowni opuściła salę. Całość występu była zgrabnie ułożonym programem miłosnym – bardzo kobiecym i nieco dziwnym w finale. Oglądałam z ciekawością, choć bez zachwytu czy szczególnego poruszenia.

Drugim duetem na scenie byli Murcof i Vanessa Wagner. Tutaj już bez szaleństw – świetna artystka z wirtuozerią pieściła fortepian, mistrz zmyślnego przełączania kabelków i pociskania przycisków oraz wiercenia pokręteł wyczarowywał ze swoich skrzynek idealnie dopełniające krajobrazy z szumów. W programie znalazły się same cudowności – od Johna Cage’a i Arvo Parta po Gyorgy’ego Ligetiego i Apehx Twina.

Barbara Kinga Majewska i Bartek Wąsik wybrali z kolei piosenki – do akompaniamentu fortapianu pana śpiewała je pani. Pięknym, operowym głosem, nadając utworom nieoczekiwanej doniosłości oraz delikatności. Szczególnie ładnie wybrzmiało “Everybody’s Got to Learn Sometimes” z repertuaru Becka.

Na koniec na scenie pojawił się Lubomyr Melnyk i Melvyn Poore, ale tego już niestety nie słyszałam będąc w tramwaju jadącym do centrum Krakowa.

Rytm i chaos

Drugiego dnia pierwszy koncert odbył się w Teatrze Ludowym. Dedalus Ensemble i Muzzix Ensemble, czyli łącznie 14 osób na scenie, zaprezentowali utwory Louisa Thomasa Hardina, szerzej znanego jako Moondog. Twórczość ta została odegrana z całą swoją rytmiczną mocą – w ruch poszły wszelkiego rodzaju małe instrumenty perkusyjne, od grzechotek i tamburynów aż po łańcuszki z muszelek.


Oprócz dużej liczby bębnów na scenie znalazł się fortepian, a także wiolonczela i kontrabas, była sekcja instrumentów dętych oraz wyśmienity chórek. Żaden z muzyków nie próżnował w kwestii potrząsania hałaśliwymi małymi instrumentami, a całość składała się na piękny patchwork krótkich, intensywnych utworów Moondoga. Dodatkowo jeden z muzyków postanowił odświeżyć dawno nieużywaną umiejętność – mówienie po polsku. Mówienie po polsku zawsze niezmiernie cieszy polską publiczność, ale to raczej ze względu na świetnie wykonanie szybko podbijającyh serce kompozycji nowojorskiego wikinga muzycy otrzymali gromkie owacje. W zamian zagrali bis.

Podczas festiwalu odbył się także drugi koncert stanowiący hołd dla Moondoga, tym razem w wykonaniu Cabaret Contemporain i dwóch wokalistek, jednak wejście nań okazało się trudne także dla dziennikarzy (decydowała kolejność zgłoszeń).

W Teatrze Łaźnia Nowa tego samego dnia odbył się koncert zatytułowany “A Night From the Past”. W przeszłość przeniósł nas Petr Kotik, kompozytor, który współpracował w latach 70. z Juliusem Eastmanem, jednym z głównych bohaterów tegorocznej edycji Sacrum Profanum. Razem stworzyli S.E.M Ensemble, z którym Kotik wystąpił tego wieczoru. Towarzyszył im jeszcze Joseph Kubera na fortepianie. W pierwszej części koncertu (tę udało mi się zobaczyć) usłyszeliśmy utwory “Joy Boy” i “Piano 2″ z repertuaru Eastmana oraz “There Is Singularly Nothing” autorstwa Kotika. Czeski kompozytor utkał wizję rzeczywiście nihilistyczną, zmieniając grane przez instrumenty dźwięki w potok chaotycznych, rwanych brzmień, do których wokalistka wyśpiewywała fragmenty napisane przez George Sand (szkoda, że tym razem – co miało miejsce w przypaku koncertu “Serie Rose” – nie dostaliśmy ściągawek z tekstu, ponieważ niestety niewiele udało mi się z niego zrozumieć, a na pewno nie był bez znaczenia). “Joy Boy” okazała się zaskakująco pogodną kompozycją wokalną.

Drony, pop, wszystko jest ważne

W czwartek, 28 września, scenę Muzeum Inżynierii Miejskiej przejął Stephen O’Malley. Oprócz gitarzysty kompozycje zgromadzone pod wspólnym mianem “Drone” zagrali także Oren Ambarchi (gitara, instrumenty perkusyjne) i Orchestre de Nouvelles Creations, Experimentations et Improvisation Musicales (ONCEIM) pod batutą Federica Blondy. Orkiestra zaczęła od kompozycji Eliane Radigue, “Occam Ocean” – to piękny, dogłębnie dronowy utwór, w którym po kolei, każda z właściwym sobie buczeniem, uaktywniają się sekcje: gitar (na których muzycy grali przy pomocy smyczków, w towarzystwie pana akordeonisty), instrumentów smyczkowych (tutaj szczególną rolę odgrywał oczywiście kontrabas), instrumentów dętych (drewnianych i blaszanych). I tak, falami, orkiestra od cichutkich do dobitnych brzmień wprawiała przestrzeń w drganie. “Criss-Cross” Alvina Luciera wykonali w duecie O’Malley i Ambarchi – używając gitar położonych na stołach. “South Pole” Iancu Dimitrescu okazała się kompozycją bardziej noise’ową niż dronową, z nagłymi wybuchami atakujących dźwięków. W finale przyszedł czas na “Gruides” Stephena O’Malleya – utwór utrzymany w estetyce wieczoru, z dźwiękami niskimi, ale także pełen hałaśliwych lawin dźwiękowych.

W piątek w Teatrze Ludowym koncert miał zacząć się o godzinie 19:00. We foyer widzów przywitał dziwny dźwięk buczący w tle, jednostajny i drążący, na który niewielu zdawało się zwracać uwagę. Tymczasem występ się opóźniał… zwęszyłam podstęp, gdy konferansjer, który serdecznie przepraszał nas za to spóźnienie, spowodowane rzekomo problematycznym dojazdem na Nową Hutę, użył sformułowania “formalnie występ już się zaczął”. Po kilkunastu minutach publiczność została wpuszczona do sali, lecz – pozornie – nadal nic się nie działo. Wkrótce na scenie pojawił się ten sam mężczyzna oświadczający, wśród ponownych przeprosin, że zaistniały problemy techniczne. Na chwilę zgasło światło. Gdy ponownie się zapaliło, konferansjer – już po raz ostatni przepraszając za problemy techniczne – poinformował widzów, że wolontariuszki rozdadzą libretto “Symphony No. 5″ Brechta, która widniała w repertuarze. Na białej kartce pod tytułem dzieła widniał spis: 1. Before hearing 2. Hearing 3. After Hearing. Całość była eksperymentem Michała Libery - od początku każde działanie było tu celowe. Całkiem ciekawy eksperyment na cierpliwość i badanie własnych reakcji. Pytanie brzmi: czy ktoś jeszcze przejmuje się takimi opóźnieniami, gdy można po prostu wlepić oczy w smartfona?

W końcu na scenę wyszli muzycy Apartment House. Na początek wykonali kompozycję Roberta Piotrowicza, “Mewo Pan”. To z rzędu tych trudniejszych, które bywają dla niektórych dyskomfortowe i wygoniły część publiczności z sali. Z instrumentów wydobywały się stukoty i jazgoty, a całość ubarwiały jeszcze dodatkowo dźwięki wydawane ustnie – równie hałaśliwie-inwazyjne jak te wyszarpywane za pomocą rąk.

Druga część koncertu była bardziej przystępna – wokalistka Apartment House najpierw z różańcem w ręku odmówiła “Zdrowaś Mario”, czyli wykonane zostało “Hail Mary”, w którym początkowo delikatny, a później, przy całej swej delikatności coraz bardziej desperacki głos powtarza słowa modlitwy, a w tle nieśmiało i enigmatycznie pobrzękuje fortepian. To kompozycja, podobnie jak i kolejna, “Stay On It”, z repertuaru Juliusa Eastmana. Ten drugi utwór jest swoistym flirtem twórcy z muzyką pop. Romans to bardzo wdzięczny, w którym czaruje głównie głos, oparty właściwie tylko na tytułowej frazie, którą stopniowo przekształca w pozbawione zrozumiałych słów wokalizy. W tle instrumenty robią podobny zabieg – od przejrzystszych melodii zbaczają nieco w stronę różnorodnych wariacji.

Z Eastmanem nie rozstaliśmy się po przeniesieniu do kolejnego miejsca podczas tego piątkowego wieczoru – Teatru Łaźnia Nowa. Tam prowokacyjnie zatytułowany utwór “Evil Nigger”, zazwyczaj wykonywany na fortepianach, zagrał Arditti Quartet. Z instrumentami smyczkowymi jest tej kompozycji niezwykle do twarzy i w tym wykonaniu rozkwitła przepiękną falą dźwięków. Kwartet pozostawił mnie w głębokim zachwycie. A chwilę później brutalnie z niego wyrwał, by od poruszających, frenetycznych drgań Eastmana przejść do agresywnych zgrzytów Horatiu Radulescu. I tutaj dyskomfort publiczności podnieść się musiał znacząco, bo salę opuściła znowuż znaczna liczba osób. Chociaż, kto wie, może chodziło o odjeżdżający tramwaj… “Streichquartett Nr. 4, Opus 33: “Infinite to be cannot be infinite, infinite anti-be could be infinite” mógł rzeczywiście wystraszyć, zwłaszcza we wspomnianym kontraście do utworu poprzedniego, ale nie był na pewno dobrym momentem na opuszczenie teatru. Przeciwnie, dawał elegancki przedsmak tego, co szykowało się na sobotę, a o czym niżej, czyli stanowił zajawkę rumuńskiego spektralizmu. To było brutalne starcie, a muzycy nie brali jeńców, odsłaniając surowe i bezkompromisowe oblicze muzycznego radykalizmu. Na koniec, w nagrodę, mieliśmy okazję zrozumieć, dlaczego wszystko jest ważne.

“Everything is Important”, kompozycja Jennifer Walshe, to zdecydowanie mój numer 1 tegorocznego Sacrum Profanum. Artystka tworzy w nurcie zwanym postinternetowym, i było to słychać, widać i czuć bardzo wyraźnie tego wieczoru w Łaźni Nowej. Utwór, w którym wystąpiła obok kwartetu Ardittiego, to udziergany z wirtualnej nowomowy, ale także przeplatany nostalgicznymi okruchami z realu traktat na temat kondycji współczesnego świata, ze szczególnym podkreśleniem aspektu ekologicznego, w różnych wariantach i przekrętach tego słowa. Już sama współpraca klasycznego zespołu smyczkowego z błyskotliwą performerką, jaką jest Walshe, stanowi swego rodzaju ciekawostkę. Połączenie mocy wbrew wątpliwości, jakie mogli mieć niektórzy, wyszło fenomenalnie. Po części improwizowane partie smyczkowe doskonale podkreślały wariacje nastrojów wielu fascynujących postaci, jakie swoim głosem wprowadzała na scenę kompozytorka, sklejając je bardzo sprawnie z filmowym kolażem odtwarzanym w tle. Od wizji apokalipsy i robiących niesamowite wrażenie wizualizacji wybuchów na Słońcu (materiał od NASA) przez chemitrails wskazywane palcami aż po teksty gromadzone przez artystkę już od czasów nastoletnich i nawoływania do wyczyszczenia całego Twittera oraz facebookowego timeline’a obserwowaliśmy – i słuchaliśmy – barwny przekrój migawek z życia. Muzycy Arditti Quartet udzielali się w kompozycji nie tylko smyczkami – mieli też partie wokalne (np. krzyczenie przez megafon) oraz taneczne. Całość stanowiła niesamowity, a jednocześnie bardzo bliski codziennemu doświadczeniu kalejdoskop. Wszystko jest ważne i pilnuję, żeby niczego nie przegapić.

Post indie vs spektralizm

Dwa wieczorne sobotnie koncerty to dwa jaskrawo kontrastujące oblicza współczesnej muzyki klasycznej. Na początek ta miła strona – “Post Indie Classical”, jak głosi program, koncert w całości zamówiony przez festiwal Sacrum Profanum. Mateusz Rusowicz poprowadził Spółdzielnię Muzyczną zaczynając od “An Instance of Rising” skomponowany przez Aidana Bakera.

Utwór Bakera krążył w klimatach ambientowych, delikatnie wodząc po smyczkach, lekko dmuchając w instrumenty dęte. “Sokushinbutsu” Pawła Kluczyńskiego w aranżacji Piotra Peszata był już nieco ostrzejszy, choć wciąż nijak nie przygotowywał słuchaczy do brzmieniowej inwazji szykowanej w Teatrze Łaźnia Nowa. “Metapatterning for Constellation” Faith Colocci i Aarona Turnera została zaaranżowana przez Eyvinda Kanga i gdzieś między dźwiękami czuć było jego lekkość i barwność. Toby Driver zagrał na gitarze elektrycznej do swej własnej kompozycji “Through the Arm to Magma”, w której przesterowane dźwięki tego instrumentu wspomagały dwie perkusje. Niewątpliwie najciekawszą pozycją w tym zestawieniu była jednak “Polkuauta” (również w aranżacji Kanga) utwór Miki Ratto i Jussiego Lehtisalo. Finowie w swej ojczyźnie znani są jako basista i klawiszowiec eksperymentalnego rockowego zespołu Circle (grającego w klimatach od krautrocka po heavy metal). Na Sacrum Profanum zaprezentowali się jednak z nieco innej strony (choć w Circle też śpiewają). Odśpiewali swoją kompozycję ze swadą oraz stosownym układem choreograficznym, obejmującym między innymi rytmiczne maszerowanie w miejscu z oczami wpatrzonymi intensywnie w tajemniczy punkt umieszczony w oddali.

Tymczasem Teatr Łaźnia Nowa opanował rumuński spektralizm – muzyka, która rozpala ogień w sercach oddanej niszy wielbicieli. W Krakowie pojawił się Iancu Dimitrescu, który osobiście dyrygował orkiestrą Hyperion International, na zmianę z Ilanem Volkovem. Oprócz swoich dział – “Sphaeroids”, “Le Silence d’Or”, “Small Precipice I”, “Hidden Nebulae I” oraz, na wielki finał, napisanego specjalnie z okazji festiwalu “SACRUM et PROFANUM” w którym na gitarach elektrycznych zagrali Stephen O’Malley oraz Oren Ambarchi, zaprezentował także kompozycje innej czołowej postaci tego nurtu – swojej żony Any-Marii Avram, która zmarła 1 sierpnia tego roku. Artystka pozostawiła nieukończone dzieła, które jednak jej muzyczni współpracownicy z całą starannością i pamięcią o metodach jej działania postarali się uzupełnić.

Na scenie teatru zawrzały więc nieziemskie tony tej imponującej muzyki – na tle generowanych komputerowo głębokich, przenikających, ponurych dźwięków instrumenty pod pieczą muzyków wypuszczały z siebie iście piekielne dźwięki, to tłukąc się hałaśliwymi falami, to złowrogo milknąc. Szczególne wrażenie zrobił na mnie utwór “Nouvel Archae II” Any-Marii Avram, w którym rolę orkiestry przejęła wokalistka (Diana Miron). Ale do śpiewu było jej daleko – wydawała z siebie dźwięki opętańcze, przywołujące mi na myśl głosowe eksperymenty Diamandy Galas z czasów “Vena Cava”. Iancu Dumitrescu nie tylko niczym szalony czarodziej z uczuciem dyrygował orkiestrą, ale także w drugiej części koncertu zawezwał jednego z muzyków z prośbą o przybliżenie publiczności idei rumuńskiej muzyki spektralnej. Zacna to była inicjatywa, ponieważ teoretycznie spodziewamy się, że widzowie Sacrum Profanum to świadomi koneserzy, jednocześnie w związku z kuszeniem nowych niewinnych dusz hasłem “Wejdź do strefy dyskomfortu” można śmiało spodziewać się i takich, którzy nie do końca wiedzą, co będzie ich za tymi tajemniczymi drzwiami czekać, co zresztą było dosyć wyraźnie widać również w trakcie tego koncertu – na drugą połowę publiczności zostało wyraźnie mniej (choć nadal nie wykluczam tramwaju jako przyczyny). Jak zatem wyjaśnił wyznaczony prelegent, najistotniejszym aspektem rumuńskiego spektralizmu jest czas – to muzyka w ujęciu fenomenologicznym, w której ważny jest nie tylko czas tworzenia kompozycji, ale i baczenie przez muzyków na splatanie dźwięków w czasie odgrywania utworu. Ze swej strony muszę dodać, że czas ów jest także wyjątkowo mroczny.

Od ciszy do tańca

Festiwalową niedzielę zaczęłam od występu Quiet Music Ensemble. Muzycy, zgodnie z przyjętą nazwą, grają cichutko – a jeśli nawet zdarzy im się grać głośniej, mocno akcentują przerwy w dostarczaniu brzmienia. Jak zapowiedział lider formacji, oni także (o podobnym podejściu wpsominał wyżej przywołany prelegent opowiadający o rumuńskim spektraliźmie) odnoszą się do muzyki jako do dźwięku. Kiedy grają swoje kompozycje, należy słuchać kompletnie – nie tylko dźwięków instrumentów, ale także wszystkiego dookoła, bo każdy odgłos to element odgrywanego utworu. Nie chodzi również tylko o ciszę jako przeciwieństwo głośności – istotne jest wyciszenie duchowe. Pierwszym utworem był “night leave breathing” Davida Toopa, w brzmieniu odpowiadający dokładnie swemu tytułowi – w połączeniu z odtwarzanym z komputera nocnym tłem, w którym brzmiały między innymi nocne owady ze świerszczami na czele, delikatne, cichuteńkie dźwięki grane przez ansambl pięknie plotły nocną pozorną ciszę. Lider grupy, John Godfrey, grał na gitarze, pozostali członkowie – na wiolonczeli, puzonie, kontrabasie i małym instrumencie dętym drewnianym (research mnie zawodzi, ale to jakiś rodzaj zdaje się fletu). Później przyszedł czas na “Grisaille No. 1″ obecnego na sali Rishina Singha oraz “Shadow Lines” Alvina Luciera.

W drugiej części koncertu przyszła pora na kompozycje Jennifer Walshe. W “Dordan” poznaliśmy historie dwóch irlandzkich artystów-outsiderów (jak to u Walshe – zmyślonych, ale jak pięknie zmyślonych!). Jeden z nich wynalazł muzykę zwaną Dordan – wczesne eksperymenty z brzmieniem dronowym – a drugi nieco maniakalnie nagrywał taśmy, które później zakopywał. Ich historię poznajemy z filmu, który jest wyświetlany w tle grających muzyków. A muzycy szaleją, oprócz swoich instrumentów wykorzystując do gry także m.in. urodzinowe trąbki. Drugim zagranym tego popołudnia utworem Walshe było “An Ghleacht” – kompozycja jeszcze dziwniejsza, niż wszystkie zaprezentowane do tej pory na festiwalu utwory tej artystki. Ścieżka filmowa prezentowała różne ujęcia w mistyczno-folkowym klimacie, od wypalania czarnych wzorów na białych kamieniach po trzymanie muszelek ślimaków w ustach czy wrzucanie jagód do surowego mięsa. Te fikcyjne rytuały doprawione zostały brzmieniami, w których Walshe również zabawiła się ze słuchaczem w grę tworzenia nowej historii folkowej muzyki irlandzkiej, okraszając ją gdzieniegdzie dźwiękami budzącymi skojarzenia z muzyką innych kultur.

Na koniec Quiet Music Ensemble grali jeszcze utwór Pauline Oliveros, ale każda z części koncertu trwała godzinę, zaraz potem były następne koncerty, a człowiek nie samym dźwiękiem żyje, więc kompozytorka niestety przegrała u mnie z obiadem – #prozażycia.

W programie odbywającego się, jak wszystkie tego dnia, w ICE Kraków koncertu “Muzyczka/Samotność dźwięków” były kompozycje Henryka Mikołaja Góreckiego, ale zanim wybrzmiał jakikolwiek akord Evan Ziporyn zapowiedział, że to, co usłyszymy, będzie raczej wariacją na temat twórczości kompozytora, niż jego utworami. Razem z klarnecistą zagrali Adrien Lambinet na puzonie, Kamil Szuszkiewicz na trąbce, Mikołaj Pałosz na wiolonczeli oraz Kuba Sokołowski na fortepianie. Panowie zaprezentowali swoiste szaleństwo dźwięków, ucieleśnione w ostatniej części, podczas wykonywania której chodzili po całej scenie, wędrując nawet w pobliżu publiczności – puzonista zakończył swą partię siedząc w jednym z pierwszych rzędów.

W drugiej części koncertu na scenę wyszedł Tomasz Stańko, szaman trąbki, i wykonał znakomite kompozycje polskich artystów – “Solitude of Sounds” Tomasza Sikorskiego oraz “Noktrun” Eugeniusza Rudnika, a także swój własny utwór, “Serial I”. Dźwięki trąbki były rzeczywiście rozdzierająco samotne – przenikające żalem i rozpaczą aż do szpiku kości, w desperackich zrywach.

W finale festiwalu usłyszeliśmy “Afrykańskie reperkusje”, czyli z jednej strony ojczystą muzykę Gideona Alarwoyie – tradycyjną afrykańską – a z drugiej jego ucznia, Steve’a Reicha. Na scenie obok samego mistrza pojawiło się jego Gideon Alorwoyie African Ensemple. Muzykom, którzy wyczarowywali cuda z bębnów, towarzyszył damski chórek taneczny – panie wzbogacały utwory charakterystycznymi zaśpiewami, ale także fascynującym tańcem.

Grupa wspomagała także w wykonywaniu utworów Reicha zespół Mantra Percussion kontrastowo przyodziany w grzeczne garnitury i nie dający się ponieść afrykańskim rytmom (swoją drogą nie wiem, czy wszystkim tak podrygiwała nóżka, ale to najprawdziwsza prawda, że prawidłową reakcją na muzykę graną przez Gideona jest taniec). Usłyszeliśmy najpierw “Four Organs”, wymagającą kompozycję, która stawia wyzwanie zwłaszcza dla pana odpowiedzialnego za, tym razem dużą grzechotkę – ostatnio gdy słyszałam ten utwór na żywo, także na Sacrum Profanum, gdy świętowaliśmy na festiwalu jubileusz Steve’a Reicha, były to marakasy. I tamto wykonanie zrobiło na mnie większe wrażenie, ale może to kwestia mitycznego pierwszego razu?

O wiele lepiej sprawa miała się z niesamowitymi “Drumming Part One”, w którym Reichowska systematyczna powtarzalność perfekcyjnie splotła się z afrykańskim rytmicznym szaleństwem. Bębny nawarstwiały się w zachwycający taneczny wir. “Music fo Pieces of Wood” na dwa zestawy perkusyjne brzmiał równie wyśmienicie.

Tegoroczne Sacrum Profanum to trochę takie pomieszanie z poplątaniem, ale z widocznymi szlakami poszczególnych kolorów nici. Jest tu rzeczywiście niekomfortowo, ale tylko dla tych, którzy nie są w stanie zwiększyć sobie wygody poprzez poszerzenie horyzontów. Mimo zmian, jakie zaszły w organizacji festiwalu przez te lata naszej znajomości, niezmiennie gorąco polecam uczestnictwo w tym wydarzeniu.

Katarzyna Borowiec




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.