30.11.2016 11:04

Autor: Zuzanna

“Muzyka ma wychodzić z nas samych” – rozmowa z Henry David’s Gun

Kategorie: Czytelnia, Wywiady

Wykonawcy: |


“Muzyka ma wychodzić z nas samych” – rozmowa z Henry David’s Gun

Rozmowa z Wawrzyńcem, Maćkiem i Michałem z Henry David’s Gun o XIX-wiecznym filozofie, braku prądu i nagrywaniu w drewnianej chacie.

Już nie trzeba wyczekiwać koncertu Bon Ivera czy lecieć do Newport, by poczuć prawdziwego ducha amerykańskiego folku. Twórczość zespołu Henry David’s Gun to kolejny dowód na to, że możemy być dumni z polskiej muzyki alternatywnej, również tej w akustycznym i kameralnym wydaniu. Teraz zespół rusza na podbój Europy.

Przy okazji ich koncertu we Wrocławiu udało mi się chwilę porozmawiać z Wawrzyńcem, Maćkiem i Michałem o XIX-wiecznym filozofie, braku prądu i nagrywaniu w drewnianej chacie.

Wrocławskim występem inaugurujecie nowy cykl koncertów. To będzie wasza pierwsza europejska trasa, prawda?

Wawrzyniec Dąbrowski: Tak, zgadza się. To nasza pierwsza dłuższa europejska trasa. Wcześniej graliśmy pojedyncze koncerty, w Czechach, Niemczech i na Słowacji. Jednak nigdy nie przybierało to formy kilkukoncertowej trasy. Jak mówiłem ze sceny, jesteśmy bardzo podekscytowani.

Z rozpiski trasy wynika, że teraz czekają Was koncerty w Niemczech, Włoszech i Szwajcarii – czyli już niebawem będzie się działo.

Wawrzyniec: Myślę, że będzie się bardzo dużo działo, przede wszystkim w trasie, bo czekają nas tzw. długie przeloty, rzędu 600-700 km. Najtrudniejsza będzie droga do Włoch, gramy w San Vito di Leguzzano. Oczywiście na razie nie mamy pojęcia, gdzie to jest (śmiech). Wiemy tylko, że w Alpach i już się cieszymy, bo ta sceneria również jest dla nas ważna. Ale jeśli będą trudne warunki pogodowe mamy obawy, czy uda nam się zdążyć na czas.

Trzymam kciuki, by wszystko poszło zgodnie z planem. Wielokrotnie pisaliśmy o was na łamach naszego portalu, teraz nadarzyła się fajna okazja, by chwilę porozmawiać. Chciałabym zapytać o rzecz, która nurtuje mnie od kiedy was odkryłam. Skąd nazwa Henry David’s Gun?

Wawrzyniec: Nasza nazwa pochodzi od XIX-wiecznego myśliciela, filozofa i pisarza – Henry’ego Davida Thoreau. To był taki ekscentryk, który w pewnym momencie stwierdził, że chce przeprowadzić dwuletni eksperyment, polegający na tym, że zamieszka we własnoręcznie zbudowanej chatce nad stawem Walden. Rzecz dzieje się w Stanach, w miasteczku Concord. I mieszkając w tej chatce, spisuje swoje przemyślenia z tym związane i tak powstaje dzieło “Walden, czyli życie w lesie”. Po przeczytaniu tej książki, ta historia bardzo mnie zainspirowała. Ten przekaz Henry’ego Davida Thoreau jest tak spójny z naszym muzycznym przekazem, że chciałem, by nasza nazwa nawiązywała w jakiś sposób do jego postaci. I tak to powstało. A Gun – dlatego, że uroiłem sobie, że jesteśmy jego orężem. Oczywiście jest to przewrotne, bo był pacyfistą.

Bardzo ciekawa geneza. Często mówicie, że jesteście wierni pewnego rodzaju “analogowo-akustycznemu” podejściu do muzyki. Co dokładnie się za tym kryje?

Michał Sepioło: Muzyka coraz częściej, szczególnie w przypadku muzyki popularnej, mainstreamowej powstaje właściwie w studiu nagraniowym. Artysta niekoniecznie musi być perfekcyjnie przygotowany do rejestrowania, bo wiele ścieżek można powtórzyć, wiele instrumentów można odtworzyć elektronicznie. Natomiast my jesteśmy przede wszystkim wierni idei, że muzyka ma wychodzić z nas samych. W związku z tym nagrywamy nasze utwory na tzw. setkę, czyli po prostu gramy wszyscy razem i potem oczywiście odsłuchujemy efekty takiego nagrania. Nie chcemy naszej muzyki sztucznie wzbogacać w negatywnym rozumieniu tego słowa. Staramy się być naturalni, odwzorowywać to, co nam w duszy gra.

W wasze podejście do muzyki i inspirację Davidem Thoreau wpisuje się również proces powstania płyty “Over the Fence… and Far Away, nagraliście ją w drewnianej chacie.

Maciej Rozwadowski: Tak, wyjechaliśmy do odosobnionego miejsca, oderwanego od naszego codziennego życia, bliskich i znajomych. Wiadomo, kiedy pracujesz, jest mnóstwo czynników, które mogą odciągać cię od tej pracy. Chociażby to, że wychodząc ze studia trzeba wrócić do domu, a następnego dnia do studia wrócić. Tutaj było tak, że wyjechaliśmy do chatki na pograniczu Mazowsza i województwa świętokrzyskiego. Tam zamknęliśmy się na 8 dni, rozstawiliśmy instrumenty, jak to się mówi – złapaliśmy sound i byliśmy z tymi instrumentami 24 godziny na dobę. Rano robiliśmy sobie śniadanie, odsłuchaliśmy to, co zrobiliśmy wczoraj i siadaliśmy ponownie do pracy. Nikt nam niczego nie nakazywał, nie mieliśmy określonych ram czasowych. Sami generowaliśmy sobie ten czas, to było super. Na tym polegała nasza swoboda pracy nad tym materiałem i mimo tego, że pracowaliśmy, również odpoczywaliśmy. Natura, spacery. Było ekstra.

Wawrzyniec: Tylko raz zaskoczył nas brak prądu. Potrzebowaliśmy go trochę, by to wszystko rejestrować.

Przyznam szczerze, że jestem pod wrażeniem waszej filozofii grania, ale także tego, że wszystko w waszej twórczości i wizerunku jest takie spójne. W tym także warstwa wizualna – okładka płyty, booklet, nawet wasze stroje. Unosi się nad tym taka aura starodawnej elegancji i melancholii. Czy ona wypływa z was? Czy czujecie się w pewien sposób też “starymi duszami” np. w świecie mediów społecznościowych? Czy raczej jest to artystyczna konwencja?

Michał: Nie udajemy, jesteśmy w tym sobą. I chyba to sprawia nam największą frajdę, że nie musimy udawać, że nie jest to żadna narzucona rola na scenie. Oczywiście w toku rozmów możemy się czymś różnić, ale zawsze wypracowujemy jakiś kompromis i staramy się, by to wypływało z nas, a nie z potrzeby odgrywania jakieś roli. To mi się najbardziej podoba w HGD i z tego biorą się wszystkie pozytywne elementy naszej współpracy.

Maciej: Dziś media społecznościowe narzucają pewien sposób działania. Można wpaść w wir i popłynąć. A my czasem przypominamy sobie o Henrym Davidzie Thoreau i idziemy pod prąd. Owszem można nas znaleźć na Facebooku. Zapraszamy. Nie trzeba do nas wystukiwać tabliczek babilońskich i wysyłać gołębia. Jesteśmy w mediach społecznościowych, internecie, ale nie dajemy się oszołomić temu, do czego świat mainstreamowy wiele rzeczy sprowadza. Lubimy iść pod prąd.

Wawrzyniec: Kierujemy się po prostu zasadą zdrowego rozsądku. Mamy też świadomość, że pewnego rodzaju promocja jest ważna i o tym myślimy. Ale zależy nam przede wszystkim na jakości tej promocji, nie ilości. Po drugie, dokonaliśmy wyboru: lubimy grać w miejscach kameralnych. Nie mamy wielkiego parcia na to, by występować na wielkich scenach i maksymalizować liczbę publiczności. Ten kontakt, to, że dziś możemy porozmawiać sobie z tobą na spokojnie, jest dla nas bardzo ważny.

Robert Sankowski w recenzji na łamach “Gazety Wyborczej” napisał,  że wasza muzyka “jest mocno zabarwiona folkową nutą, ale nie tą z Puszczy Kampinowskiej, a raczej amerykańskich Appalachów”. Czy faktycznie amerykański folk jest jedną z waszych inspiracji?

Wawrzyniec: Ciężko odpowiedzieć na to pytanie, bo każdy z nas ma prawdopodobnie inne inspiracje. Myślę, że w moim przypadku faktycznie folklor amerykański jest dominujący, ale wydaje mi się, że u chłopaków są to wpływy od progresywnego jazzu po… po co Maciek?

Maciej: Po wszystko. W swojej niedługiej karierze muzycznej grałem w sumie każdy rodzaj muzyki, mimo tego, że nie do każdego się nadaję i różne rzeczy sprawiają mi problem. Mam wrażenie, że naszym punktem zbiorczym jest fakt, że jesteśmy z trzech różnych światów, ale ściąga nas do siebie teoria naturalności i filozofia Henry’ego Thoreau. Potrafimy wyjąć coś z amerykańskiego folku czy jazzu albo innych inspiracji którymi bywa np. Depeche Mode. Inspirujemy się tym, ale kiedy znajdujemy się we trzech w jednym pokoju, suma tego pnie się do góry. Wszystko razem wrzucamy do kotła, a unosząca się z niego para jest naszą muzyką (śmiech). Najważniejsze jest znaleźć w tym złoty środek, a najfajniejsze jest to, że my wiemy gdzie on jest. Nikt z nas nie potrafi tego wskazać, ale my wiemy, w którą stronę w trójkę zmierzamy. Z każdego rodzaju muzyki potrafimy i chcemy zrobić jedno. Czy to z folku, jazzu czy Stinga – bo to też częste porównanie. My się dziwimy – ze Stinga? Ale to wychodzi samo, zbieramy się w jedną parę.

Wawrzyniec: Z tego co mówiłeś, można to też przedstawić jak diagram składający się z trzech kół nachodzących na siebie i tworzących jeden zbiór. Tak to mniej więcej działa. Każdy z nas obraca się w innej przestrzeni, ale potrafimy odnaleźć tę część wspólną. Kluczem do tego wszystkiego jest też to, że jesteśmy dobrymi przyjaciółmi. Jeśli się różnimy, to pięknie się różnimy i nie prowadzi to do kłótni. Myślę, że to jest podstawa każdego zgranego zespołu, by rozumieć się najpierw jako ludzie, a dopiero potem jako muzycy.

Maciej: Na razie wszyscy mamy jeszcze zęby, oczy i włosy, więc..

Wawrzyniec: Oczywiście nie odpowiadamy na twoje pytanie tylko robimy takie dygresyjne koło (śmiech).

Bardzo ciekawie się toczy. Ze sceny padł już pewien zwiastun kolejnego materiału. Pojawiły się nowe utwory.

Wawrzyniec: Zgadza się, zagraliśmy dziś w sumie 4 nowe utwory.

Więc co przyniesie nowy rok? Czyżby nową płytę?

Maciej: Też jesteśmy bardzo ciekawi (śmiech).

Wawrzyniec: Dużą część nowego materiału mamy już w głowach. Częściowo nawet mamy nagrane. Bardzo poważnie myślimy o tym nowym materiale, ale stwierdziliśmy, że nie chcemy wywierać na sobie presji.  To rodzi taki syndrom drugiej płyty. Jak mówią w branży – pierwszą płytę pisze się całe życie, a drugą tylko od momentu wydania pierwszej do – właśnie tego momentu x w czasie. Myślę, że nowy album pojawi się wcześniej niż później. Skupiamy się jednak na nowym materiale, mamy z tego dużą frajdę i chcemy go grać na koncertach. Reszta potoczy się sama.

Wawrzyniec, na scenie wspomniałeś o wernisażu malarstwa Kasi Banaś i swoim udziale w nim. Zdradzisz coś więcej?

Wawrzyniec: Wiesz co, to jest bardzo enigmatyczny projekt, nawet dla mnie (śmiech). Jest już nazwa (Henry No Hurry – przyp. red.), mam go w głowie i rozpiskę 10 koncertów na nowy rok. Ale on mnie też ciągle zaskakuje. To jest projekt, który jest na poły muzyczny, na poły literacki. Podczas bycia w trasie, kiedy podróżuję sam z koncertami, chciałbym napisać książkę. Z drugiej strony to projekt, który jest pozbawiony wszelkich oczekiwań, sam też staram się ich nie mieć. Tak więc nie mam pojęcia, czy ta książka powstanie i kiedy powstanie, ale na pewno będą ją pisać w trakcie tej trasy, a trasa zakłada, że będę występował w miejscach małych i kameralnych. To jest bardzo niespójne, przepraszam za to. To mi się na bieżąco konstytuuje w głowie. Dzięki temu wywiadowi jestem o krok bliżej. Dziękuję ci ślicznie (śmiech).

Maciej: Jak mu wyłączą prąd i nikt nie przyjdzie, to też zagra.

Wawrzyniec: Dokładnie tak jest! Te koncerty będą też połączone z wizualizacjami. To jest taki synkretyzm sztuk.

Maciej, Michał: No chyba, że nie będzie prądu.

Wawrzyniec: Jak powiedziałem – bez oczekiwań.

Dziękuję wam za fantastyczny koncert i rozmowę. Życzę powodzenia na europejskiej trasie i mam nadzieję do zobaczenia.

Zuza Zaręba




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.