Muzyczne ostatki 2015 – część druga

Kilkadziesiąt płyt, kilkadziesiąt tekstów.

Przedstawiamy ostatnią, drugą część zeszłorocznych ostatków. Jak zwykle – bez podziału na bariery stylistyczne,  artystyczne i estetyczne. Kilka płyt, o których zdecydowanie powinniśmy napisać w trakcie minionego roku. I sporo mniej znanych, a równie wartościowych i godnych odnotowania. Zapraszamy do czytania i do słuchania fragmentów przedstawionych wydawnictw!

Baroness – “Purple”
Niczym feniks zrodzony z popiołów, kwartet powraca do łask w glorii i chwale. Nowa sekcja rytmiczna nadaje zupełnie nową jakość utworów Baroness, zaś traumatyczny wypadek sprzed czterech lat, który prawie zakończył żywot członków grupy, stał się kanałem dla emocjonalnego wyżycia się Johna Baizley’ego. Introwertyczne teksty, wspaniała muzyka krzyżująca stare, sludge’owe Baroness z jej nowym, delikatniejszym rysem, przepiękna oprawa graficzna płyty. Kwartet pokazał, że można wrócić do gry w pełnej krasie i zrobić to fenomenalnie dobrze.
Kuba Serafin

Calexico – “Edge of the Sun”
Dziewięć albumów studyjnych, kilka płyt live, EP-ek, single, kompilacja. Wiele zespołów marzyłoby o tak bogatej i spójnej dyskografii. Bo znaczącej zniżki formy Amerykanie nigdy nie zaliczyli. “Edge of the Sun” to kolejny bardzo dobry krążek w ich dyskografii, stanowiący miks stylistyczny wielu gatunków, wśród których naczelne miejsce zajmują country, tex-mex i folk. Plus wiele innych. Wszystkie te wpływy spajają się w oryginalne i szczere brzmienie Calexico, którzy zawsze brzmią podobnie i zawsze fascynują. Dodatkowy plus za filmowość tej muzyki – jak zwykle zresztą w ich przypadku wiele utworów działa na wyobraźnie i idealnie sprawdziłoby się jako ilustracja dźwiękowa jakiegoś westernu albo filmu drogi.
Jakub Buszek

Caspian – “Dust and Disquiet”
Sekstet z USA na swojej czwartej płycie nie odkrywa nowych terytoriów. Utwory wciąż są bogato inkrustowane, ciekawie aranżowane, a przede wszystkim – cholernie klimatyczne. Sukces Caspian to przede wszystkim zasługa umiejętności wprowadzenia słuchacza w mikro-trans. Każdy głupi jest w stanie złapać gitarę i zagrać trzy akordy w niekończącej się pętli, ale nie każdy potrafi trzymać w żelaznym uścisku przez godzinę i nie nudzić ani przez moment.
Kuba Serafin

Chon – “Grow”
Debiutancki krążek amerykańskiego trio dowodzi, że wciąż można szukać nowych środków wyrazu w zaśniedziałej formule rocka progresywnego. Choć czasem miałem wrażenie, że za dużo było wszelkiego rodzaju solówek, a za mało oszczędnego posługiwania się dźwiękiem i współgrania wszystkich instrumentów, eksperyment można uznać za udany.
Kuba Serafin

Circa Waves – “Young Chasers”
Kolejni reprezentanci nowego, brytyjskiego grania pełnego septymowych akordów i młodzieńczej energii. Nic innowacyjnego, ale z pewnością nie można odmówić autentyczności. Chociażby dlatego, że nie próbują udawać kogoś, kim nie są, warto dać im szansę. Albo za ten fenomenalny cover Ellie Goulding.
Kuba Serafin


Coldplay – “A Head Full of Stars”
Niby jest lepiej niż na “Ghost Stories”, ale wciąż nie można powiedzieć, że jest dobrze. Beyonce zjada przecież na śniadanie w “Hymn for the Weekend”, a jeśli gość przykrywa Cię totalnie na Twoim utworze, coś jest mocno nie tak. Chris Martin tym razem jest już szczęśliwy i pogodził się ze swoim losem (Gwyneth Paltrow pojawia się gościnnie na albumie – chyba rozwód się udał), więc musiał podzielić się tym ze światem. Ten hurraoptymizm nie jest niestety zaraźliwy, więc całość brzmi bardziej jak opowieść z serii “w krzywym zwierciadle”.
Kuba Serafin


Death Cab for Cutie – “Kintsugi”
Album swoją nazwę bierze z japońskiej filozofii mówiącej o tym, że rozpad i ponowne tworzenie jest elementem rozwoju człowieka i z pewnością nie jest to tytuł przypadkowy. Był to ostatni album gitarzysty, producenta i jednego z pierwszych członków grupy – Chrisa Walli, który odszedł z grupy zaraz po ukończeniu prac nad płytą. Atmosfera wyraźnie udzieliła się reszcie zespołu – najlepszym dowodem jest chociażby singiel “Black Sun”. Szkoda, że Death Cab for Cutie nie są w stanie oderwać się od łatki “Transatlanticism”, ale nie bierze się to znikąd. “Kintsugi” to dobry album, ale ciężko jest żyć w cieniu swoich poprzednich dokonań i nie umieć iść naprzód. Trzeba mieć jednak nadzieję, że filozofia kintsugi będzie miała sens przy następnej płycie i następnym razem usłyszymy coś dobrego. Nominacja do Grammy jest jednak jakimś pocieszeniem.
Kuba Serafin

Diamond Youth – “Nothing Matters”
To jeden z tych zespołów, który nie boi bawić się w antemiczność swojego brzmienia. Stąd proste akordy i głośne melodie. Szkoda tylko, że w przypadku “Nothing Matters” formuła daje się już trochę we znaki. Od czasu fenomenalnej EP-ki “Don’t Lose Your Cool” kolejne wydawnictwa wydawały się być coraz gorsze, przez co debiutancki krążek jest jedynie dobry. Nie jest to nic złego, po prostu zespół ma potencjał, którego zdaje się nie wykorzystywać.
Kuba Serafin

Drenge – “Undertow”
Bracia Loveless od czasu “Drenge” rozszerzyli się o trzeciego członka dodając swojej drugiej płycie większej głębi. Faktycznie, “Undertow” pod względem dźwiękowym jest bogatszy, pod każdym innym jest wciąż tak samo złowieszczy i brudny jak debiut. Po raz kolejny Drenge brzmią jak banda wkurzonych na wszystko i wszystkich dzieciaków, którzy nie wiedzą, co mają zrobić, więc pożytkują tę energię w stronę muzyki. Bardzo dobrze, bo to im wychodzi doskonale.
Kuba Serafin

Eagles of Death Metal – “Zipper Down”
Mam wrażenie, że w obliczu zamachu w Paryżu, wielu zapomniało o tym, czym tak naprawdę miał być nowy album Eagles of Death Metal. Bezbrzeżnie napakowaną rockową energią, taneczną bombą. Boots Electric i Rudy Elvis wiedzieli przecież, co robią. Jajcarskość i dziarskość w muzyce EODM to najważniejszy element układanki i nie można o tym zapomnieć – należy za to odpalić “I Love You All the Time” i tańczyć do rana. Koncert grupy na zeszłorocznej edycji Open’era jest idealnym tego przykładem. A osoby, które twierdzą, że muzycy żerują na ludzkiej tragedii, powinny porządnie się zastanowić, obejrzeć wywiad i pomyśleć raz jeszcze.
Kuba Serafin

Fuzz – “II”
Tym razem to nie tylko sprawka wszechobecnego w amerykańskich garażach Ty Segalla (w Fuzz na perkusji), ale także Charles Moothart oraz Chad Ubovich dorzucili swoje trzy grosze. Ponoć album powstawał w bardzo demokratycznym i wolnym środowisku, i muzycy na wiele sobie pozwolili. Ja naprawdę nie narzekam. Ponad 50 minut hałaśliwych riffów, przesterowanych wokali i grzmiących bębnów – wszystko na swoim miejscu.
Kuba Serafin

God Damn – “Vultures
Kolejna kapela, która w dwie osoby jest w stanie wyrządzić więcej krzywdy niż cały metalowy ensemble. Choć czasem niebezpiecznie kierują swoje brzmienie w kierunku brudnej, hairmetalowej kliszy, w ogólnym rozrachunku wychodzą z tego obronną ręką. Brzmią jak Royal Blood na sterydach, a to chyba najlepsza rekomendacja.
Kuba Serafin

Highly Suspect – “Mister Asylum”
Kiedy czyta się wywiady z frontmanem trio, Johnnym Stevensem, ma się wrażenie, że dla niego rock to tylko przygodny seks, narkotyki i szaleństwo, jak gdyby czas zawiesił się jakieś 30 lat temu. Przez ten punkt widzenia muzyka Highly Suspect jest tak bezczelnie autentyczna, że ciężko się nie bawić przy tym dobrze. Zaś utwór “Lydia” to ścisły top zeszłorocznych hymnów rockowych.
Kuba Serafin

Holy Holy – When the Storms Would Come”
Australijski duet zatrząsł lekko moim światem swoją fenomenalną EP-ką “The Pacific”, więc naturalne wydało się sprawdzić longplay, gdy tylko nadarzyła się okazja. Muszę przyznać, że jednak łatwo nie było, bo muzycy przez długi czas blokowali premierę swojej płyty poza granice rodzimej Australii, więc tak naprawdę “When the Storms Would Come” mogłem usłyszeć na początku tego roku. Nie zmienia to faktu, że jest to album bardzo przyjemny. Balans między rockową zadziornością a folkowym klimatem sprawia, że jak na debiutantów radzą sobie bardzo przyzwoicie.
Kuba Serafin

Jamie Woon – “Making Time”
Tak, jak prędko zniknął, tak prędko się pojawił. Szkoda, że tym razem Jamie Woon nie namieszał tak, jak przy albumie “Mirrorwriting”. Wciąż mamy do czynienia ze skrzętnie tworzonym neo-r’n'b, ale brakuje w tym powiewu świeżości, jak gdyby Woon żył dalej swoją poprzednią płytą. Oczywiście, jest bardzo dobrze i słucha się tego niezwykle przyjemnie, ale czasem przydałoby się więcej pomyślunku. Zmysłowości, na szczęście, nie brakuje.
Kuba Serafin

K-X-P – “Three Part 1″
Kolejny po Sammal, o którym pisałem w zeszłym tygodniu, zespół ze Svart Records, który nie jest reprezentantem skandynawskiej odmiany ekstremalnego metalu. Również Finowie, o podobnym dorobku płytowym – K-X-P nagrali jeden album więcej. I na tym podobieństwa się kończą. A różnice? Po pierwsze – to muzyka (wyłączając skandowanie i różnorakie “aaa”, “laaa”, “mmm” i tym podobne) pozbawiona wokalu. Po drugie, zdecydowanie bardziej transowa i nowoczesna (brzmienie jest pełne post-Kraftwerkowskiej elektroniki). Lepiej według mnie sprawdza się również jako album, a nie zbiór utworów. Ponoć kwartet próbował uchwycić na płycie energię koncertu. I to im się udało. Tytuł sugeruje (mam nadzieję rychłą) kontynuację. Oby, pierwsza odsłona wymiata.
Jakub Buszek

Khruangbin – “The Universe Smiles Upon You”
Wow! Co to jest za album! Proszę Państwa, oto zespół z Texasu, który swoją debiutancką płytą wymiata. “The Universe Smiles Upon You” jest niezwykle chilloutową płytą, na której dominują instrumentalne piosenki z elementami tajlandzkiego funku, soulu, surf- i psych-rocka. Muzyka Khruangbin jest muśnięciem wiatru, słodyczą chwili, ulotnym snem. Trio osiągnęło poziom zrozumienia o jakim inne zespoły mogłyby pomarzyć. Jestem zachwycona. Ta płyta trwa zbyt krótko.

La Luz – “Weirdo Shrine”
“Weirdo Shrine” to jedna z tych płyt, które w moim przypadku działają bardzo efektywnie jako poprawiacze nastroju. I jako takich najlepiej słucha się ich kawałek po kawałku. To granie bardzo kojarzące się z ciepłem, latem, beztroską, morzem i leniuchowaniem. Przez to, a także specyficzną łatwość wpadania w ucho piosenki nieco przypominają pierwsze, prawdopodobnie najlepsze nagrania The Drums i Best Coast. Tęsknicie za słońcem? Włączcie La Luz. Na pewno nie będziecie zawiedzeni. Czy to album lepszy od debiutu to już kwestia indywidualna. Songwritersko oba stoją na podobnym, wysokim poziomie. Można za to wyczuć różnicę w brzmieniu, które tym razem jest nieco bardziej “brudne”. I nic dziwnego. W końcu odpowiada za nie Ty Segall.
Jakub Buszek

Lightning Bolt – “Fantasy Empire”
Power duo na swoim najnowszym albumie balansuje na granicy kakofonii i kontrolowanego chaosu, więc robi w sumie to, co robi najlepiej już od ponad dekady. Nowa płyta to nowa trasa, dzięki czemu zobaczymy muzyków już w sierpniu na katowickim OFFie. Nie mogę się doczekać.
Kuba Serafin

Metz – “II”
Wydawać się mogło, że po debiutanckim “METZ” ślad po nich zaginął. Nic bardziej mylnego. “II” jest jeszcze bardziej obskurne, rozmyte, ciężkie i złe. Czyli dokładnie takie, jakiego można było się spodziewać od kanadyjskiego trio. Noise rock z połączeniu z punkiem i grungem daje tu wyśmienite rezultaty i nie daje odpocząć przez pół godziny czystej łupanki. Kuba Serafin

Mew – “+-”
Duńczycy postarali się, to trzeba przyznać. Po sześciu latach od fenomenalnego “No More Stories” powrót na scenę wydał się dość oczywisty. Do tego powrót Johana Wohlerta – oryginalnego basisty grupy – stał się kolejnym powodem, dla którego szósty album Mew musiał być czymś dobrym. Przez niemal godzinę muzycy prowadzą nas swój oryginalny, zakręcony, oniryczny świat. Dodatkowym atutem są goście – Russell Lissack z Bloc Party oraz Kimbra, którzy w nienachalny sposób dokładają co nieco do bogatego krajobrazu stworzonego przez Duńczyków.
Kuba Serafin

Mgła – “Excercises in Futility”
O tym, że polski metal ma się dobrze, wiadomo już od dawna. Cieszy jednak to, że już nie tylko stara gwardia (Behemoth, Vader), ale także projekty stosunkowo młodsze, wchodzą powoli do świadomości fanów. Furia, Thaw, Mgła, Entropia – o nich się mówi i mówić będzie. “Exercises in Futility” jest idealnym przykładem. Mgła się nie cyka, tylko wchodzi z buta ze swoim arcyciężkim, black metalowym uderzeniem i to się ceni.
Kuba Serafin

Midday Veil – “This Wilderness”
KEXP to fantastyczne radio. Prezentuje nie tylko klasyków muzyki popularnej i alternatywnej, ale też najciekawszych przedstawicieli lokalnej sceny ze Seattle. I to właśnie do niej można przypisać space rockerów z Midday Veil. Sami nazywają swoją muzykę kosmicznym synth rockiem, nie wypierając się w sumie oczywistych inspiracji wczesnym Kraftwerk i Neu!. Jednak pierwszą nazwą, jaka przychodzi mi na myśl podczas odsłuchu longplaya jest Trans Am z intrygującym kobiecym wokalem i plemiennymi rytmami, ostatnio kojarzonymi z Goat. Oczywiście, bardzo upraszczam, Midday Veil w tym co grają są niejednoznaczni i nietypowi.  I w tym tkwi ich siła. Mimo wielokrotnego odtworzenia każdego z siedmiu utworów dalej odkrywam tytułową “This Wilderness”. Słuchanie jako przygoda? W tym przypadku na pewno.
Jakub Buszek

Mini Mansions – “The Great Pretenders”
Drugi album Mini Mansions podąża dalej drogą wydeptaną przez debiutancki “Mini Mansions”. Miłym akcentem jest oczywiście gościnny wokal Alexa Turnera w “Vertigo”, ale “The Great Pretenders” to o wiele więcej niż ten jeden utwór. “Death Is A Girl” z estetyką lat osiemdziesiątych, “Honey, I’m Home” czerpiący pełnymi garściami z tradycji psychodelicznego rocka czy “Fantasy” kojarzący się z reinkarnacją Late of the Pier. Choć bardzo bym chciał nowego albumu Queens of the Stone Age, cieszę się, że Michael Shuman znajduje artystyczne ujście w innych projektach, bo słucha się z tego z czystą przyjemnością.
Kuba Serafin

PWR BTTM – “Ugly Cherries”
Największą kalką w tekstach o zespołach queer core’owych wydaje się być usilne podkreślanie seksualnej tożsamości facetów tworzących opisywany zespół już w pierwszych zdaniach. Spycha na to na dalszy plan samą muzykę, która bywa czasami naprawdę wyjątkowo dobra. Dokładnie tak jest właśnie z PWR BTTM, których trwający mniej niż pół godziny album porywa melodyjnością, świeżością, energią. Dla mnie jedna z milszych niespodzianek 2015 roku. Ulubione kawałki? “Dairy Queen”, “I Wanna Boi”, “1994″ i “House in Virginia”. Ale  cała reszta brzmi również porywająco.”Ugly Cherries” to jedna z najciekawszych płyt power popowych w ostatnich kilku latach.
Jakub Buszek

Refused – “Freedom”
Przerwanie milczenia po prawie dwóch dekadach od przełomowego “Shape of Punk to Come” nowym albumem miało być rewolucją ze strony szwedzkiego Refused. Skończyło się raczej na miłych reminiscencjach, niczym poza tym. “Freedom” jest albumem zbyt czystym, za bardzo opierającym się na swoich starych formułach, a mógł być czymś o wiele lepszym. Niemniej jednak, “Elektra” czy “Dawkins Christ” to dowody na to, że mają coś do powiedzenia.
Kuba Serafin

Richard Thompson – “Still”
Legenda brytyjskiego folk rocka, założyciel Fairport Convention, Richard Thompson nagrywa solo od grubo ponad czterdziestu lat. Niestety ostatni album nie cieszy się takim zainteresowaniem słuchaczy co choćby  klasyczne już “Mock Tudor” i “Rumor and “Sigh”, a nawet “Electric” z 2013 roku. Wielka szkoda, bo “Still” z pewnością zasługuje na uwagę. Samo słuchanie “szlachetnego”, głębokiego, charakterystycznego głosu Thompsona, który snuje swoje historie  o przemijającym czasie, kobietach, przyjaciołach, miejscach, a nawet ulubionej gitarze sprawia dużą frajdę. Szczególnie, że takie utwory jak “Beatnik Walking” czy elegijne “Josephine” są zaaranżowane w bardzo przyjemny dla ucha sposób. Po raz kolejny okazuje się, że w czasami im prościej tym lepiej. Najlepiej odbiera się ten album, gdy za oknem już ciemno, nie ma potrzeby, by gdziekolwiek się spieszyć, można za to spokojnie rozsiąść się w fotelu, otworzyć wino i włączyć “Still”.
Jakub Buszek

Royal Headache – “High”
Australijski Royal Headache to kolejny mały cud, który podchwyciły wszelakie alternatywne portale. W sumie nie dziwię się, dlaczego się tak stało. Pod warstwą zamierzonego lo-fi kryją się dobre, garażowe melodie. Duża intensywność i różnorodność pomimo krótkiego czasu trwania płyty sprawiają, że spokojnie można ich stawiać w jednym rzędzie z takimi australijskimi kapelami jak Die! Die! Die! czy Violent Soho.
Kuba Serafin

Rykarda Parasol – “The Colour of Destruction”
Minęły dwa lata i możemy cieszyć się kolejną po “Against the Sun” płytą artystki. Bardzo konsekwentna jest w swoich działaniach wokalistka. Pisze piosenki, teksty, jest autorką oprawy graficznej swoich albumów. Tak jest również teraz. Można jednak dostrzec pewną (domniemaną) różnicę, którą dostrzegają wszyscy oprócz mnie – przebojowość. Że niby takie utwory jak “One for Joy”, “Hannah Leah”. “Cloak of Comedy” czy “A Drinking Song” były mało melodyjne? Nie wiem, wiem za to, że “The Colour of Destruction” to jedenaście pięknych opowieści o samotności, braku nadziei, pustce i zagubieniu. Jak zwykle wspaniale zaaranżowanych i wyśpiewanych.
Jakub Buszek

Sarcast – “Syn Słońca: Edycja Instrumentalna”
W zasadzie można powiedzieć, że edycja instrumentalna to dzieło tylko jednego człowieka: Michała Lange, bo to on odpowiada za produkcję tej płyty. O ile same teksty są jeszcze przyjemne, o tyle kompletnie nie mogę ich słuchać. Ja rozumiem, że wokale miały być nowatorskie, że miało być ciekawie i inaczej, ale nie każdy to zdzierży. Ja nie umiałam. Dlatego wielki ukłon dla tych Panów za edycję bez wokali “Syna Słońca”. W końcu mogę tego słuchać! Ba, w końcu mogę się rozpływać! Bo muzyka, która znalazła się na płycie “Syn Słońca” jest niesamowita. Mogę jej słuchać godzinami, a i tak odkryję jakiś nowy dźwięk. Powinszować wyobraźni!
Ewelina Malinowska

Shining – “International Blackjazz Society”
Norweska grupa to przede wszystkim torpeda na żywo, a albumy są dla mnie jedynie pretekstem do tego, by znowu ogłuchnąć na koncercie. Munkeby i spółka próbują na nowym albumie trochę eksperymentować (chociażby świetne “House of Control”), ale nie przesłania to tego słynnego black jazzu – metalowej ściany dźwięku z szalonym saksofonem w tle.
Kuba Serafin

Sokół/Hades/Sampler Orchestra – “Różewicz – Interpretacje”
Nie jest to pierwsza tego typu płyta hip-hopowa w Polsce. Już kilka lat temu próbowano rapować poezję do bitów i to z zadziwiająco dobrym skutkiem (“Rymy częstochowskie” z 2008 roku i “Poeci” z 2009). Tym razem Sokół i Hades wraz z duetem producenckim Sampler Orchestra wzięli się za Różewicza. Jak wyszło? Znakomicie. Posłuchajcie wiersza “Bez”, “Moje ciało” lub “Nie śmiem”, a zrozumiecie, co mam na myśli. Producenci odwalili kawał dobrej roboty. Nie znajdziecie tutaj zwyczajnych hip-hopowych podkładów, a muzykę, która czerpie z jazzu i elektroniki, dużo tu też żywych instrumentów. Wszystko to wraz z interpretacjami Hadesa i Sokoła tworzy spójną i zajmującą całość.
Ewelina Malinowska

Speedy Ortiz – “Foil Deer”
Poetyckość w tekstach Sadie Dupuis połączona z jej naturalną niedoskonałością daje świetne rezultaty. Jeszcze lepiej, kiedy do tego dołącza się muzyka Speedy Ortiz – niepoukładana, nieokrzesana i brudna. “Raising the Skate” automatycznie wchodzi na top utworów ubiegłego roku.
Kuba Serafin

Spidergawd – “Spidergawd II”
Grupa z Trondheim na swojej drugiej płycie nie ma słabych punktów. Muzycy dzielnie przemierzają rejony stonera (dużo wpływów Queens of the Stone Age), ale nie boją się eksperymentów z psychodelią czy hard rockiem tworząc album kompletny, do którego ciężko się przyczepić.
Kuba Serafin

Stoned Jesus – “The Harvest”
Ukraiński Stoned Jesus to idealny przykład na to, że czasem nie warto nazbyt mieszać w ogólnie przyjętej formule, by robić coś dobrze. Stonerowe riffy przełamywane nieraz doomowym ciężarem pozwalają się dobrze bawić. Szkoda trochę, że przy dłuższych formach mają tendencję do przynudzania (“Black Church”), ale ich krótsze strzały sprawdzają się bardzo dobrze.
Kuba Serafin

Strain – “Strain”
Pierwszy album wrocławskiej grupy Strain to miła przygoda po bluesrockowych rejonach. Nie silą się na innowację, tylko zdrowo opierają się na patentach lat 70-tych. Gościnne występy Jankiela, Janusza Niekrasza czy Krzysztofa Zalewskiego dodają albumowi animuszu, nie odwracając zarazem uwagi od zespołu. Pamiętam ich występy sprzed kilku lat: nieokrzesane, młodzieńcze, brudne. Szkoda tylko, że album nie odzwierciedla tej energii, ale jest nadzieja, bo pracują obecnie nad nowym wydawnictwem.
Kuba Serafin

Strawberry Whiplash – “American Graffiti”
Na swoim drugim albumie trio przeskoczyło kilka kolejnych szczebli. To już nie jest tylko rock instrumentalny albo math-rock. Strawberry Girls mają naturalny talent do łączenia przeróżnych gatunków w przyjemny tygiel dając ciągle tonę zainteresowania. Ciągłe skręty i krzywizny tylko ubarwiają instrumentalne wyczyny na “American Graffiti”. Z pewnością jeden z ciekawszych albumów zeszłego roku.
Kuba Serafin

Ted Nemeth – “Ostatni krzyk mody”
Łódź to miasto brudne i złe, to słychać wśród wielu artystów pochodzących z tamtych rejonów. Nie jest inaczej w przypadku Ted Nemeth. Jest surowo, ciężko, kanciasto, depresyjnie. I bardzo dobrze. Oczywiście, album jest dość nierówny i niektóre utwory warto ominąć, ale kilka perełek jak “Retrocukiernia” czy “Richard Bundy” sprawia, że to debiut z perspektywą na jeszcze lepsze czasy.
Kuba Serafin

The Chills – “Silver Bullets”
Wątpię, żeby wielu słuchaczy czekało z niecierpliwością na studyjny powrót The Chills. Może co najwyżej część środowisko offowo-niezalowo-patrycjuszowskiego. A szkoda, bo “Bullets” to znakomity, jangle popowy album, który nie ustępuje za bardzo od poziomu klasyków z końca lat osiemdziesiątych oraz początku i połowy dziewięćdziesiątych. Singiel “When the Poor Can Reach the Moon” brzmi jak największe hity R.E.M.. Ale to nie jedyny highlight na tym albumie. Jest jeszcze wspaniały “Tomboy”, tytułowe “Silver Bullets” i wiele innych piosenek. Ta płyta pełna jest bardzo dobrych kawałków. Wyborny krążek. To co, może jakiś koncert?
Jakub Buszek

The Juliana Hatfield Three – “Forever, My Love”
Mam problem z nową płytą grupy Juliany Hatfield. Początek – mierny. Koniec – mierny. Cztery numery mniej więcej w połowie – hit na hicie. Mowa o “Dog on a Chain”, “If I Could”, “Push Pin” oraz “Blame the Stylist”. EP-ka z tego materiału mogłaby miażdżyć. Lepszych płyt była członkini The Lemonheads, Blake Babies, Minor Alps i Some Girls nagrała pewnie ze dwadzieścia. Może czas zagłębić się w dyskografię Juliany? Szczególnie, że jej wpływy słychać u wielu młodych wykonawców. Jak choćby Courtney Barnett.
Jakub Buszek

Torche – “Restarter”
Muzyka Torche idealnie nadaje się do filmu o zniszczonej, zbuntowanej młodzieży. Jedyny zespół z Seattle, który nie gra grunge’u, wciąż wie, jak budować potężną ścianę gitar, choć w przypadku albumu “Restarter” brakuje chwili oddechu, przez co formuła szybko się wyczerpuje. Jednak trzeba pamiętać, że Torche to przede wszystkim koncertowe zwierzaki i materiał broni się na żywo doskonale, co można było sprawdzić podczas ubiegłorocznej edycji festiwalu Asymmetry.
Kuba Serafin

Venter – “Venter”
“Venter” to jedna z bardziej niedocenionych polskich płyt ubiegłego roku. Projekt Tomasza Bednarczyka i Tomasza Mreńca eksploruje zakątki muzyki dronowej, atmosferycznej, a także techno. Ta mieszanka wypada szalenie intrygująco, co wzmaga tylko apetyt na więcej. Mimo wielu wykorzystanych dźwięków (sampli, klasycznej specyfiki, hałasu, zespolenia analogowych i elektronicznych brzmień), kompozycje brzmią tu dosyć oszczędnie i stonowanie, ale właśnie to świadczy o sile “Venter”. Z każdym utworem jest nieco inaczej, ale klimat pozostaje ten sam. To idealna płyta do zapętlania.
Ewelina Malinowska

Veruca Salt – “Ghost Notes”
Nareszcie! Ostatni dobry album Veruca Salt nagrali w 1997 roku. Później były jeszcze dwa – całkiem niezły “Resolver” i przeciętny “IV”. “Ghost Notes” to płyta poziomem dorównująca pierwszym dwu albumom formacji. A moim zdaniem nawet je przewyższa. Chociażby brzmienie, które cechuje idealny balans między szorstkością, wypolerowanie i chwytliwością. Sekcja rytmiczna brzmi fenomenalnie! Same piosenki również trzymają znakomity poziom. Takie powroty lubimy! A w najgorszym razie polubimy… Po którymś przesłuchaniu.
Jakub Buszek

Wavves – “5″
Nathan Williams i spółka idą dalej w zaparte – jeszcze więcej garażowej energii, surf rockowych riffów. Album brzmi jak jeden wielki kac, pełen agresji i beznadziei. Bardzo to szanuję, choć mam wrażenie, że Williams trochę zazdrości koledze po fachu z Cloud Nothings, Dylanowi Baldiemu. Zobaczymy, czy tendencja utrzyma się na “VI”.
Kuba Serafin

Wavves x Cloud Nothings – “No Life for Me”
Udana współpraca między Dylanem Baldi i Nathanem Williamsem, choć nie bez słabych punktów. Właściwie z miejsca słychać, kto gdzie maczał swoje paluchy, czego nie uważam za coś niewłaściwego. Można posłuchać w ramach ciekawostki i chwilowej fascynacji, ale wolę raczej dostać nowy album Cloud Nothings.
Kuba Serafin

We Are the Ocean – “Ark”
Dawno nie słyszałem płyty, która ma tak świetne utwory, które natychmiast przeplata cienizną. Na “Ark” grupa na stałe odcina się od swojej przeszłości post-hardcorowego kolektywu na rzecz lżejszego, bardziej stonowanego grania, jest to też pierwszy album z nowym wokalistą. Zmiany chyba jeszcze nie do końca się przyjęły, bo “Ark?” ma zbyt szerokie spektrum i ciężko wpisać się w jakąś konkretną ramę. Jest tam trochę alt-rocka, trochę brit indie, trochę koślawych ballad. Muszą się zdecydować, w którą stronę pójdą następnym razem. Osobiście proponuję tę popową z “Good for You” albo trochę mocniejszą spod znaku “Shere Khan”.
Kuba Serafin

MUZYCZNE OSTATKI 2015 – część pierwsza >>




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.