29.06.2009 10:08

Autor: fl23

Musica Genera – relacja z festiwalu

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów, festiwale


annazaradny1.jpg Musica Genera – relacja z festiwalu

W godzinach porannych, 29 czerwca zakończył się festiwal Musica Genera. Trzy dni pełne koncertów po raz kolejny potwierdziły, że nie ma w Polsce innych festiwali, które mogą równać się z Generą…

Przeprowadzka festiwalu ze Szczecina do Warszawy rozszerzyła przestrzeń i zakres festiwalu. Publiczności codziennie towarzyszyły instalacje, projekcje filmów, wykłady, no i to, co najważniejsze – koncerty. Do Warszawy zjechali wielcy przedstawiciele nieakademickiej muzyki współczesnej – zarówno akustycznej, jak i elektronicznej.

*

Na dużą uwagę zasługują wydarzenia około muzyczne i audiowizualne. Instalacja Anny Zaradny witała nas już przed Muzeum Sztuki Nowoczesnej na Pańskiej, a druga instalacja “Trygonometry7″ kryła się przed festiwalowiczami pod schodami. Ale prawdziwe atrakcje czekały nas na piętrze, gdzie wystawiano instalację Edwina van der Heide “Sound Modulated Light 3 PL”. Każdy niespełniony muzyk, marzący o tworzeniu elektroniki powinien tam spędzić wiele godzin – ja czułem się tam jak w siódmym niebie. W wyciemnionym pokoju z dużą ilością jarzeniówek ustawionych w równych odstępach chodząc z dziwnym urządzeniem i słuchawkami wytwarzaliśmy przeróżne dźwięki przybliżając urządzenie do jarzeniówek. Odgłosy wydawane przez instalacje zależały od prędkości, z jaką przysunąłeś urządzenie do lampki, jaką ustawisz głośność i w jakiej odległości się ustawisz. Edwin van der Heide stworzył niesamowite “środowisko świetlno-dźwiękowe”.

*

fox1.jpg Fox, Pan Sonic, Marhaug, Wiese, Tafjord, Jazzkammer, Paul Wirkus – ci wszyscy artyści, znani każdemu wielbicielowi muzyki współczesnej wystąpili w ciągu tych trzech dni w Warszawie. To ci wykonawcy nadawali tempo festiwalowi. Pierwszego dnia publiczność zapełniała  dużą salę Teatru Dramatycznego, która powoli coraz bardziej spowijała się dymem. Kiedy nie było już widać prawie niczego na scenie pojawił się Fox i zaczął swój koncert, a właściwie to pokaz laserów połączony z koncertem. Dźwięki muzyki przeszywały przestrzeń razem z zielonym laserem wytwarzanym przez jego oscyloskop. Nie spodziewałem się, że coś wstrząśnie mną kiedyś bardziej od efektów specjalnych w Gwiezdnych Wojnach (zresztą przez cały koncert miałem przed oczami scenę, w której Darth Vader testuje Gwiazdę Śmierci), a jednak… Wizualnie koncert rozłożył mnie na łopatki, od strony muzycznej koncert nie był tak poruszający… O wiele bardziej dociera do mnie muzyka duetu Fox-Paetras, który wystąpił trzy lata temu w Szczecinie. Wyjątkowo przyjemne zaproszenie na dalszą część festiwalu i na coraz to lepsze koncerty.

Pod koniec tego samego dnia wystąpiło legendarny fiński duet – Pan Sonic. Mika Vainio i Ilpo Väisänen grają razem od 1993 roku, towarzyszy im sampler razem z sekwenserem i domowej roboty syntezator, wyprodukowany przez ich kolegę. Po 15 latach współpracy ciągle fluktuują i prowadzą coraz bardziej spójną narrację. Surowe i ostry beaty zatrzęsły Dramatycznym, muzyka Pan Sonica coraz bardziej odchodzi od techno i staje się monolityczna i monotonna – co jeszcze bardziej podkreśla jej industrialny charakter. Kompozycje Finów wydają mi się coraz bardziej dramatyczne i plastyczne.

Moim największym objawieniem festiwalu stała się Hilde Sofie Tafjord. Po notce w programie spodziewałem się elektroakustycznych improwizacji (z tym kojarzyła mi się grupa, w której gra Tafjord – SPUNK), a otrzymałem prawie godzinną noisową, monumentalną kompozycję na waltornię i elektronikę. Z waltornią spotkałem się ostatnio u Mahlera i Beatlesów, ale koncert Tafjord wyraźnie pokazał, że oni nie potrafili posługiwać się tym instrumentem. Brzmienie waltorni u Hilde Tafjord nie przypomina tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni – tylko czasami gdzieś zza gęstych, nakładających się na siebie tekstur dźwiękowych słychać niskie tony waltorni. Hilde zaczynała swój występ powoli od niskich dronów, ostrożnie nakładała na siebie kolejne warstwy dźwięków i nagle rozpoczął się ostry, klasyczny noise. Niska barwa hałasu waltorni dodaje tej muzyce wyjątkowej melancholii i straszności.

wiesemarhaug.jpg Na tegorocznej Musice Generze występy Norwegów należały do najgłośniejszych i najbardziej efektownych… Oprócz Tafjord na scenie dwukrotnie wystąpił absolutny arcymistrz noisu: Lasse Marhaug. Na całym festiwalu jego występy były najbardziej kontrkulturowe, no i chyba najgłośniejsze. Pierwszy odbył się w sobotni wieczór w Powiększeniu, razem z Amerykaninem Johnem Wiesem. Pokazali razem maestrię ostrego noisu – przemyślanego i zrozumianego, ale który mimo to wymyka się spod kontroli i nie daje nad sobą zapanować. Wiese i Marhaug absolutnie zagłuszyli klubowe życie Powiększenia, odcięli się od ludzi bawiących się na wyższych poziomach Powiększenia i zabrali się za zaspokajanie potrzeb swojej publiczności.

Dzień później Marhaug i jego zespół JAZKAMER (razem z Jonem Hegrem i Nielsem Dronenem) zagrali jeden z ostatnich koncertów festiwalu.Tutaj chciałbym zaznaczyć, że punk-rock nie umarł i żyje pod postacią takich ludzi jak John Wiese czy członkowie JAZKAMER. Koncert JAZKAMER zaczął się od razu z całym impetem – bez przydługich wstępów i rozwinięć – bycie punkowcem zobowiązuje. Napiszę tylko, że było głośno (GŁOŚNO!), pojmowanie punk-rocka przez norweskie trio nie mieści się w klasycznej konwencji “trzy akordy, darcie mordy” i że perkusista wyszedł w połowie koncertu po rozrzuceniu swojej perkusji po scenie, złamaniu jednego talerza i wyrzucenia pałeczek gdzieś w kierunku publiczności…

Najgorzej spisał się Paul Wirkus. Koncert Wirkusa był wyjątkowo monotonny i prezentował rozwiązania znane w muzyce od pięciu dekad z okładem – umieszczenie tego koncertu po roznoszącym duecie Wiese/Marhaug było wyjątkowo nietrafione.

*

brandlmayrfriedlnoetinger3.jpg Podstawowym znakiem rozpoznawczym festiwalu Musica Genera są najwyższej klasy improwizatorzy. W tym roku, do Teatru Dramatycznego przyjechał między innymi Martin Brandlmayr i Reinhold Friedl.

Reinhold Friedl to prawdziwy gigant muzyki nowej, założył kolektyw Zeitkratzer. Technika, którą Friedl wykorzystuje grająć na fortepianie to “inside-piano”, czyli granie na samych strunach fortepianu. Przed solowym koncertem Friedla, Robert Piotrowicz zapowiadając występ artysty poprosił o zachowanie całkowitego spokoju i milczenia ponieważ ta muzyka wymaga absolutnej ciszy – wydaję mi się, że trochę przesadził… Przez pierwsze kilkanaście minut koncertu Friedl powoli i w skupieniu rozwijał swoją muzykę aż nagle jego fortepian rozbrzmiał całym bogactwem jego nowatorskiej techniki. Muzyk szarpał struny i uderzał je metalowymi przeszkadzajkami, wszystko to dawało efekt porównywalny do całej orkiestry – wrażenie piorunujące.

Martin Brandlmayr wystąpił solo z perkusją, wibrofonem i laptopem. Może ktoś pamięta płytę Fennesza z Brandlmayrem i Dafeldeckerem – wyobraźcie sobie, że nagramy tę płytę jeszcze raz, w wersji solo, z bardziej wyraźną i ostrą perkusją.
W sobotni wieczór Brandlmayr, Friedl i Jerome Noetinger po raz pierwszy spotkali się razem na scenie – trzy osobistości współczesnej muzyki wyczuły się prawie telepatycznie. Brandlmayr wygrywał na perkusji postrzępione, gwałtowne rytmy, Noetinger wturował mu na swoich taśmach i elektronice, a Friedl skutecznie im przeszkadzał – raz wygrywając minimalistyczne melodie, raz targając bezlitośnie za struny swojego fortepianu.

*

marchetti.jpg Kolejny punkt programu, którego na Musice Generze nie może zabraknąć, czyli dwie ośmiokanałowe projekcje kompozycji – Lionela MarchettiegoMarcusa Schmicklera.

Marchetti nie sprawił nam żadnych niespodzianek i tak jak zawsze zaprezentował świetne utwory muzyki konkretnej. Publiczność w ciszy i skupieniu słuchała smutnych historii, które opowiadała muzyka Marchettiego.

Bardziej interesujący i nietypowy okazał się koncert Schmicklera – kompozycję, którą zaprezentował można porównać do “Kosmicznych pulsów” Stockhausena. Oczywiście nagłośnienie w Teatrze Dramatycznym nie spełniłoby oczekiwań Stockhausena, a Schmickler nie stworzył tak skomplikowanego układu pętli melodycznych i temp, ale odbiorca, podobnie jak w przypadku Stockhausena, ma wrażenie, że dźwięki przelatują obok niego i odczuwa je wręcz materialnie.

*

I teraz znowu będziemy umierać z niecierpliwości czekając na kolejną edycję Musici Genery…

Filip Lech

więcej informacji o artystach występujących na festiwalu

Zdjęcia z festiwalu autorstwa Wiktora Milczarka:




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.