22.10.2009 19:54

Autor: Michał Wieczorek

Mudhoney w Proximie, 16.10.2009

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów

Wykonawcy: |


mudhoney-w-proximie.jpg Mudhoney w Proximie, 16.10.2009 

Ci, którzy byli na koncercie Mudhoney byli świadkami jednego z koncertów roku. Ci, których zabrakło, mają czego żałować.

Zanim przejdę do samego koncertu, krótki przegląd, czym zajmują się pozostali przy życiu giganci grunge’u. Chris Cornell postanowił zostać czterdziestoletnim Justinem Timberlake’iem i nagrał płytę z Timbalandem (przeczytaj recenzję). Pearl Jam stali się rockową instytucją i powoli, acz nieubłaganie zbliżają się do rejonów Springsteena czy Younga. Jerry Cantrell wyciągnął z szafy trupa Alice in Chains i nagrał płytę, której aż szkoda słuchać. Lanegan odnosi sukcesy na polu artystycznym i daje się poznać jako kolaborant idealny. Uzbrojeni w taką wiedzę, możemy przenieść się do Proximy.

Pamiętając, że jest piątek i w Proximie odbywa się jakaś cykliczna impreza, w klubie byłem kilka chwil przed 19. Decyzja była trafna, bo już kilka minut później zaczęli grać Black Tapes. Po raz kolejny udowodnili, że jeśli chodzi o gitarowe granie, to nie mają sobie u nas równych. Zagrali z werwą, zupełnie niezrażeni tym, że ogląda ich raczej garstka osób. Zaprezentowali też kilka nowych kawałków. Grali krótko, jedynie pół godziny i niestety zabrakło “Sleeping in My Car” oraz “Black Gang”. To jedyne wady tego koncertu, bo do braku “Black Tapes” już się przyzwyczaiłem.

W czasie półgodzinnej przerwy między Black Tapes a Mudhoney klub zdążył się wypełnić. Nie było ścisku, ale luzu też nie bardzo. Frekwencja mnie dość zdziwiła, nie spodziewałem się, że publiczność tak dopisze. Mudhoney zaczęli od “This Money Will Roll Right In”, coveru Fang, a publiczność pod sceną wpadła w ekstazę. I w tej ekstazie pozostała do samego końca, bo Mudhoney zagrali naprawdę świetny koncert.

Pierwsze kilka piosenek to pozycje z ostatniej płyty zespołu, w czasie których Mark Arm (jeszcze bez gitary) wił się i miotał po scenie niczym Iggy Pop. Aż dziw, że ma już czterdzieści siedem lat. Steve Turner wyglądał bardziej jak nauczyciel niż jak rockman, to samo zresztą można powiedzieć o reszcie zespołu. Ot, zwykli panowie po czterdziestce; żadnego gwiazdorstwa, żadnej esktrawagancji, prawie żadnej konferansjerki, żadnej oszałamiającej scenografii, jedynie gra świateł. Wszystko po to, by pokazać, że to muzyka jest najważniejsza.

Po kilku piosenkach Arm sięgnął po błyszczącego Gretsha. To był znak, że czas na starsze piosenki. Zabrzmiały “Sweet Young Thing”, “Good Enough” czy największy “hit” zespołu - “Touch Me I’m Sick”, który pojawił się wcześnie, jeszcze w czasie podstawowego setu. Najlepszym jednak momentem było “When Tommorow Hits” połączone  z “In ‘n’ Out of Grace”, które trwały ponad osiem minut pełnych psychodelii, przesteru i prawdziwie rokendrolowego ducha. Do tego doszła solówka Dana Petersa, który był cichym bohaterem wieczoru.

Pierwszy bis zaczęli od najlepszej piosenki z “Lucky Ones” - “Open Mind”, a zakończyli “Fix Me” z repertuaru Black Flag. Nie był to jednak koniec, ponieważ wywoływani  przez fanów wyszli na drugi bis (jedyny raz na tej trasie), w czasie którego zagrali m.in. “Into The Drink” i “Here Comes Sickness”. I to był już koniec koncertu, nawet Mark powiedział, że to już wszystko, co przygotowali.

Mam ogromną nadzieję, że wrócą jeszcze do Polski, ale ponieważ grają rzadko i nieregularnie, nie jest to wcale takie pewne.

Michał Wieczorek

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.