05.02.2010 10:09

Autor: Zurus

Mudhoney

Kategorie: Czytelnia, Felietony, Relacje z koncertów

Wykonawcy:


mudhoney-burn-it-clean.jpg Mudhoney

O koncercie i zespole słów kilka (niekoniecznie w tej kolejności).

– Och, Łukaszu, cóż to za banda prymitywów znalazła się na tej zacnej stronie?

Mudhoney, oczywiście! Jeden z niewielu zespołów, które zdołały przetrwać całe to zamieszanie z nazwą grunge, bastion rockowego brudu i hałasu. Wulgarność, prostota (by nie powiedzieć: prymitywizm) i bezkompromisowość ich muzyki mnie osobiście porywa. Ale są też tacy, którzy uznają ten zespół za “marną kopię Nirvany, która nigdy nie zagrała koncertu na miarę Reading ‘92, lub piosenki o takiej sile jak”. Odrzucając błąd wynikający z faktu, iż to Nirvanę prędzej nazwać można kopią Mudhoney niż odwrotnie, nie pozostaje mi nic, tylko zgodzić się z zarzutami. “Ale jak to, jak to, przecież lubisz ten zespół?!”. Tak, i to nawet bardzo. Ale dziękuje jakiejkolwiek istniejącej lub nie istniejącej opatrzności za to, że kapela Steve’a Turnera i Marka Arma nigdy nie osiągnęła podobnych sukcesów jak zespół Mesjasza Lat 90. … Ale ten temat rozwinę dopiero na końcu tekstu.

W tym akapicie powinienem napisać parę suchych dat, dzięki którym zostałbym uznany za profesjonalistę (“Oo, wie kiedy Turner zwichnął sobie palec, co wpłynęło na brzmienie 3 taktu w….”). Ale pieprzę ściągi z Wikipedii, takich rzeczy dowiecie się z dowolnej strony, wzmianki z Onetu albo WP. Napiszę za to (bardzo nieprofesjonalnie, oj, oj) o tym, jak pierwszy raz trafiłem na ten zespół. Powiem wprost: jestem smarkaczem i raczej trudno byłoby mi się załapać na przeżycie debiutu zespołu (chyba że istniałoby takie coś, jak wiek minusowy), więc jak dobrze rozumujecie, poznałem ich dosyć niedawno. Około dwóch lat temu, w okresie wakacyjnym. Byłem wówczas zafascynowany Depeche Mode, dosłownie połykałem ich płyty czując, jak wzbiera we mnie miłość do tego (genialnego-nadal mi nie przeszło) zespołu. Nasłuchałem się elektronicznych klimatów Gahana i spółki… i, cholera, za nic w świecie nie mogłem powrócić do słuchania rocka z prawdziwego zdarzenia. Ukochany Slayer brzmiał boleśnie, tak samo z Metallicą.

Poważnie!

To jeden ze smutniejszych momentów w moim życiu, czułem że moje uszy doznały jakichś poważnych uszkodzeń, że już nigdy nie będę tą samą osobą. Dobra, mocno dramatyzowałem i teraz wydaje mi się to śmieszne, ale wtedy był to dla mnie poważny problem (nie, nie myślałem o samobójstwie, wy poszukujący sensacji zboczeńcy!). Jedyne co trawiłem, to część nagrań Led Zeppelin (ale spokojne, o Jezu byle bez hałasu) i  The Doors (ale bez hałasu, o Jezu, byle nie “Not to Touch the Earth”). I tak odbijałem się od “Waiting for the Sun” do “Stairway to Heaven”, od “Lovestreet” do “The Rain Song”. Ale na papierze wyglądało to dobrze, w końcu Słuchałem Rocka, tak? I pewnie nadal trzymałbym się ballad Planta, gdyby nie przejrzany gdzieś w Empiku numer Machiny z krótkim artykułem o amerykańskim zespole Mudhoney.

Tekst był dość ciekawy i zawierał zwrot, który pamiętam do dziś. “…Touch Me, I’m Sick, czyli hymn odrzuconych…”. Pomyślałem sobie “Oho, czyli mają hicior. Sprawdzę w internecie”. Ale szybko zapomniałem o artykule, zaaferowany czymś innym. Wspomnianego utworu nie sprawdziłem…

Minęło kilka miesięcy, a ja przypadkiem (szukając chyba jakiegoś filmu na YouTube) natrafiłem na klip z “Touch Me, I’m Sick”. Wreszcie sprawdzę co to za szajs!…

… potworny wręcz dla moich uszu hałas wydobywający się ze słuchawek. Jednak o dziwo, nie przeszkadzało mi to. Tępe uderzenia w akordy, krzyk wokalisty (który do dziś wywołuje u mnie ból uszu) – to było to, czego potrzebowałem. Teraz droga była już prosta – “Here Comes Sickness”/”If I Think”/”Suck You Dry” w wersji live… Nie spodziewałem się, jakie konsekwencje dla mojego gustu muzycznego będzie miało JEDNO przesłuchanie JEDNEGO utworu. Odtąd gitarowy sprzęg, szum, pisk stał się dla mnie wygodny. A skoro hałas, to próbuję ostrzejszych odmian metalu (The Dillinger Escape Plan, o którym też kiedyś coś napiszę), muzyki dziwnej i nieprzystępnej. Tak, panie, panowie i hermafrodyci – Mudhoney był dla mnie furtką do zgoła nierockowych gatunków muzycznych! Do dzisiaj mnie to zadziwia…

Album, z którego pochodzi “Touch Me…” zwie się oczywiście “Superfuzz Bigmuff” i, szczerze mówiąc, nie jest moim ulubionym albumem kapeli Turnera i spółki. Znacznie wyżej cenię sobie “Every Good Boy Deserves Fudge” i “Piece of Cake”. Do “My Brother The Cow” nie mam odnośnie Mudhoney żadnych zastrzeżeń. Dalej jest już gorzej – “Tomorrow Hit Today” jest średnie, “Since We Become…” ratuje tylko kapitalne “Sonic Infusion”, ale takie “Under a Bilion Suns” wypełnione jest dla mnie kompozycjami po prostu słabymi. Zespół niepotrzebnie zaczął zmieniać styl swojej gry, nie do końca czując blues rocka/alternatywę. Najnowsze “The Lucky Ones” było powrotem do tradycji hałaśliwego rocka, ale także mnie nie ruszyło. Nie przeszkodziło jednak mi to w zakupie biletu na koncert Mudhoney w klubie Proxima.

mudhoney_fuck_me.jpg Ominę tutaj mój okres oczekiwania na koncert i przejdę od razu do miejsca, w którym czekałem niecierpliwie na otwarcie klubu. Obok mnie parę osób w długich włosach, z ciemności otaczających Proximę słyszę okrzyki “polej, polej” i “kur**, bo ci blant zgaśnie”. Czyli standard. Po wejściu do klubu zderzyłem się ze swoim odwiecznym wrogiem, czyli płynącym z głośników znienawidzonym AC/DC (“Thunderstruck!!!”). Nie zapowiadało się zbyt ciekawie, także przegląd fanów Mudhoney, których większość wciąż fascynowała grunge’owa pseudomoda a la Mesjasz Lat 90. (czyli flanela i nieumyte włosy) nie napawał optymizmem…

Support (The Black Tapes) oglądałem z wygodnego krzesełka przy barze, idąc tropem “po co się męczyć na supporcie, skoro mogę zostawić siły na Gwiazdę?!”. Na szczęście prędko dosiadła się do mnie wesoła grupka, złożona ze studentów (tak tak, pamiętam że kongwistyka to najlepszy kierunek studiów). Polski zespół troszkę zdeprymowany dwójką ludzi pod sceną (“eeej, robimy pogo!”), postanowił rozbawić publikę średnio zabawnym żartem: “Za chwilę wystąpi legenda grunge’u… czyli Nirvana!”. Mnie ten dżołk nie uraził, ale znając kapliczkowy kult Mesjasza Lat 90., część zgromadzonych poczuła się dotknięta.

Minuty do koncertu, ja stoję może dwa rzędy od sceny, wokół mnie zaczyna robić się tłoczno i duszno. Do okrzyków “Mud-ho-ney!” dołączają znajome “Slayer, kurrr*aa!”. Parę razy oklaski zbiera techniczny od perkusji, który ze względu na podobną posturę, przypominał perkusistę Mudhoney. Wreszcie są! I wszyscy, którzy spodziewali się pojawienia na scenie wyniosłych gwiazd rocka, pozujących na bogów, mylili się. Zespół to grupa facetów w średnim wieku, którzy dla niezaznajomionych z sytuacją mogli wydawać się kolejnymi technicznymi. Steve Turner (gitarzysta) wygląda jak profesor, szukający indeksu do wpisania oceny swojemu studentowi, Mark Arm (wokalista, gitarzysta) mógłby równie dobrze sprzedawać w kiosku. I co z tego? Od pierwszych sprzęgów zapowiadających cover Fang, “The Money Will Roll Right In”, wszyscy na sali oszaleli! To chciałem usłyszeć – ostrego, niechlujnego i brudnego rocka, na to czekałem. Dalsza relacja z koncertu mija się z celem, ponieważ pamiętam tylko poszczególne obrazki, dźwięki.

Szał po rozpoczęciu “Suck You Dry” i “Touch Me, I’m Sick”.

Chłopak wrzucony na falę, który zawędrował nieomal do baru stojącego pod koniec sali głównej Proximy.

Zerwana struna Turnera i jego “znęcanie się” nad publicznością jej przykładaniem do wzmacniacza.

Od pasa w górę nagi chłopak, który stojąc obok mnie patrzył się w scenę i po prostu uśmiechał.

Koncert był genialny, brutalny. Cały w siniakach i zadrapaniach, z nieznośnym szumem i piskiem w uszach, ruszyłem do domu. Zadanie spełnione, zobaczyłem na żywo zapomnianą legendę…

No właśnie, czemu zapomnianą? Piosenki Mudhoney mają w sobie dużo melodii, struktura “zwrotka-refren-zwrotka” jest zachowana. Dlaczego więc jakoś MTV nie umieszcza ich w swoich “Best from the ’90s”, a zbuntowane gimnazjalistki nie noszą koszulek z reprodukcją “Superfuzz”? Powodów jest kilka:

1. Zespół nigdy nie sprzedał takiej ilości płyt jak Nirvana, Soundgarden, Pearl Jam czy Alice in Chains.
2. W zespole nie ma żadnego przystojniaka, który idealnie pasowałby do fantazji sennych dziewcząt w wieku od 14 do 17 lat. Serio, porównajcie sobie Mesjasza Lat 90. z Armem!
3. Mudhoney nie nagrali koncertu unplugged, dzięki czemu nie trafili do masowej świadomości nierockowej tak jak Pearl Jam czy Nirvana.
4. Nigdy nie przenieśli się do dużej wytwórni, gwarantującej większą ilość reklam oraz koncertów (przeszli z Sub Pop do Reprise, ale to wciąż nie Geffen czy inny moloch. Okej, są dużą wytwórnią, ale mają większe gwiazdeczki do opieki niż “zespół starych dziadów, którzy nie mają stadionowych hymnów”).
5. Piąty powód miał być, ale go nie będzie.

Nie mam tu zamiaru zarzucać innym zespołom (do których przypina się łatkę “grunge”) komercjalizację, bo uważam, że celem każdego zespołu jest dojście do jak największej liczy odbiorców, a inaczej się tego zrobić nie da jak pojawiając się w telewizji, podpisując kontrakty z większymi wytwórniami itp. Mudhoney po prostu w jakiś cudowny sposób ominął syndrom Nirvany, czyli promowanie przez wytwórnie pod koniec lat 90. wszystkiego, co miało cokolwiek wspólnego z zespołem Kurta Cobaina. Pechowcy? Ależ wręcz przeciwnie! Dzięki temu nie doszło do poważnych napięć w zespole, Turner i reszta mogli nagrywać dla swoich fanów, nie przejmując się specjalnie klipami wideo i całą medialną otoczką. A więc ja, człowiek urodzony dwa lata po debiucie Mudhoney, mogłem zobaczyć ten zespół na żywo w praktycznie niezmienionym składzie. Ech, długi artykuł, a tu przecież chodzi o rock i hałas! To co Wy jeszcze, do cholery, robicie przed monitorami? Jazda przesłuchać “Superfuzz”, jeśli nie znacie! Cytując klasyka:

Koniec, bomba
a kto czytał ten trąba!

Głos W Twojej Głowie, Który Słyszysz Kiedy Coś Czytasz vel Żuruś

Łukasz Żurek

If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it's missing. Get Flash Player from Adobe.

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.