22.08.2012 08:47

Autor: Kuba

Męskie-niemęskie Granie – relacja z Wrocławia

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | | | | | | | | |


Męskie-niemęskie Granie – relacja z Wrocławia
Wrocław/11.08.2012

Jak to w Browarze Mieszczańskim Wenus łączyła się z Marsem.

Już trzeci raz Męskie Granie nawiedziło nasz kraj. Jednakże w tym roku niepostrzeżenie pojawił się pierwiastek żeński. Z jednej strony nie ma mężczyzn bez wspomagających jej kobiet – Wenus, Mars i inne ezoteryczne pierdoły z działu wiedzy międzygwiezdnej, z drugiej nowa dyrektor artystyczna w postaci Katarzyny Nosowskiej stała się przyczyną fali jadu ze strony stałych bywalców (o ile można mówić o takich przy trzech edycjach), bo przecież Wojciech Waglewski jako ikona wprowadzająca testosteron w line-upie sfeminizowała się! Jednakże zmiana formuły według organizatorów była potrzebna. Na pewno Nosowska miała trochę inny klucz, według którego dobierała sobie grupy, które w tym roku zabrzmiały m.in. we wrocławskim Browarze Mieszczańskim, przez co dobór stał się trochę bardziej eklektyczny: folk, post-rock, jazz, blues. Poszerzyło to z pewnością horyzont muzyczny, bo przecież osoba znająca tylko Hey może w przyszłości sięgnie trochę dalej, zagłębi się gatunkowo, jednak z drugiej ciężko było usadzić się w konkretnym klimacie. Szczególnie, że każdy zespół do wykorzystania miał jedynie pół godziny, podczas których musiał zaczarować całą publiczność zgromadzoną pod sceną, zaś między koncertami trwały szybkie przepinki (do 10 minut), co sprawnie zmieniało scenerię muzyczno-wizualno-odbiorczą. Niczym muzyczny kalejdoskop, z godziny na godzinę, Męskie Granie naprzemiennie stawało się mniej lub bardziej męskie, dziwne, rozochocone, potężne, spokojne, wybuchowe.

Drekoty jako pierwszy zespół nieźle rozruszały atmosferę. Oczywiście Piotr Stelmach przed samym koncertem nie omieszkał wspomnieć o tym, że dziewczyny szukają wydawcy, bo chcą zrobić rewolucję wydając swoje debiutanckie LP, na które osobiście mocno liczę. Magiczne trio potwierdziło swoją moc jako szaloną paczkę instrumentalistów pokazując się w tych mniej i bardziej przyswajalnych obliczach: “Masłem” czy “Poddania” przenikały się z ich drugą, eksperymentalną stroną. Dziewczyny wyedukowane są muzycznie, więc eksperymenty jak najbardziej kontrolowane, ale efekt – niezwykły. Z każdym kolejnym gigiem widać coraz większą pewność siebie dźwiękowo i interpersonalnie, więc jest to olbrzymi sukces. Nic, tylko czekać na dalsze.

Następną grupą, która miała okazję się zaprezentować był znany i lubiany duet Paula i Karol. Wraz z dodatkowym składem instrumentalistów przez pół godziny bujali ludzi swoim nieinwazyjnym indie-folkowym sznytem promując swoje nowe wydawnictwo, “Community”. Było przyjemnie, jak na każdym ich koncercie, ale tym razem nie czułem tej magii. Może godzina nie do końca pasowała, ale ta sielskość i lekkość uciekła gdzieś bokiem.

Zaraz po nich wyskoczył post-rockowy Tides From Nebula uderzając od razu z kopyta z jednym nowym utworem ze swojego albumu numer 3, który wciąż czeka na swoją premierę. Słychać, że zespół powraca stylistycznie do debiutu, który zdecydowanie bardziej mi podchodził. Standardowo usłyszeliśmy też hiciory: “Purr” czy “The Fall of Leviathan” – generalnie poczułem dobry klimat podczas tego krótkiego, ale intensywnego seta. Ostatnio, kiedy słyszałem grupę na koncercie w Firleju, nie było tego pazura, a sam koncert był co najwyżej dobry. Tutaj widać wyraźny wzrost formy, który tylko wzmaga moje oczekiwania na następcę “Earthshine”.

Klimat energetycznej bomby ciąg dalszy w postaci Pogodno. Ja nie wiem, jak oni to robią, ale uwielbiam ich w nowym składzie. Budyń przeprosił za swoją mordę straszącą z billboard’ów, ale widać było, że publika od razu była skłonna wybaczyć im wszystko. Zaczynając potężnym “Czerkiesem” nie zwalniali tempa. “Magnes” czy wyborny cover “Hallelujah” od razu przypadł do gustu dobrze się bawiącym. Set pozornie chaotyczny, miał w sobie sporą dozę improwizacji, która utrzymywała cały czas poziom i kleiła między sobą poszczególne kawałki. Banda Szymkiewicza pomimo stażu dalej trzyma się w kupie i robi fenomenalne koncerty za pomocą ciągle świeżego grania. Moc!

Zwolnienie tempa w postaci UL/KR (i nadchodzącego na chwilę deszczu) uspokoiło po gorączkowym galopie kwartetu z Pogodno. Materiał zaprezentowany w Browarze Mieszczańskim na pewno brzmi bardziej interesująco na żywo niż ma to miejsce na płycie, ale wielką burzą oklasków duet został przywitany w momencie pojawienia się Kasi Nosowskiej, która wraz z chłopakami wykonała “Brodzę”. Zdecydowany highlight ich występu, a szkoda, bo w ten sposób zostali trochę przysłonięci.

Następnie dumnie wkroczyła Natalia Przybysz ze swym Natu Kozmic Blues, by cofnąć się z publicznością w czasie wykonując repertuar Janis Joplin. Ten koncert akurat nie mógł się nie udać! Młodzi i starzy, wszyscy zgodnie śpiewali hiciory tragicznie zmarłej wokalistki. Ale jak wdzięczny materiał, to wykonującym ciut łatwiej rozruszać ludzi. Oczywiście nie mówię, że twórczość Joplin nie była czymś łatwym do zinterpretowania. Akurat grupie towarzyszącej Przybysz udało się ciekawie przerobić brzmienie na mocno bluesowo-funkujące granie, które zawsze pobudzi. A i wokalistka Sistars śpiewała tak, że słuchać się chciało. Za energię i repertuar duży plus!

Następne dwa koncerty: Raz Dwa Trzy i Spitfire oraz popisówę OSTRego Tabasko słuchałem już trochę z dystansu siadając w festiwalowych ławeczkach. Oba występy brzmiały naprawdę wyśmienicie. Dość delikatny set Raz Dwa Trzy ochłodził ponownie zgromadzonych na chwilę lekko bluesowym, okraszonym klimatem dawnej poezji śpiewanej. Oczywiście nie brakło chociażby “Trudno nie wierzyć w nic” – klasa. Natomiast OSTR Tabasko to szał młodych ciał i genialny flow. Ogień przez cały koncert, ciężko było wysiedzieć na miejscu, tak to powinno wyglądać.

Wrocławskie Męskie Granie zbliżało się do końca, gdy na deski sceny w Browarze pojawił się znany wszem i wobec kolektyw Hey. Tutaj niespodzianek było kilka: oprócz oczywistego promowania ostatniego albumu grupy, “Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!” zostaliśmy uraczeni przedsmakiem nowego wydawnictwa, które już wkroczyło w proces masteringu, jak podała nam ze sceny Nosowska. Do tego goście: niespodziewany Lech Janerka, który nie dość, że wykonał wspólnie z Hey “Klus Mitroh” z repertuaru legendarnego Klausa Mittfocha, to jeszcze został na moment sam i w pełnym skupieniu wykonał przejmujący utwór “La”, którego ponoć nie grał od dwudziestu lat. Legenda zabrzmiała wspaniale i był to niesamowity akcent tegorocznego Męskiego Grania. Oczywiście na końcu nie mogło zabraknąć tegorocznego festiwalowego singla, “Ognia!”, który Hey wspólnie wykonali z Budyniem gibającym się na wszystkie strony i armią ludzi z tamburynami do efektu. Wyszło bardzo energetycznie, choć troszkę banalnie. Ale song spełnił podstawowe warunki – bujał i hulał,  wysokie podśpiewki publika łapała łapczywie, a Budyń muzycznym słowotokiem po raz kolejny spowodował ogromnego banana na twarzy.

Finałowym akcentem w postaci świetnego seta Grabka (“Matters Not” <3) żegnałem się z wrocławskim segmentem Męskiego Grania. Może i formuła się zmieniła, może strefa mediów niczym droga Odyseusza najeżona była wielkimi przeszkodami, może koncertowy spontan trochę zniknął na rzecz sprawnego działania wielkiej maszyny, ale jedno jest pewne – warto było wybrać się, by choć na chwilkę złapać dobrą muzykę prosto z naszego kraju. Męskie-niemęskie Granie zawitało na stałe na mapy koncertowych wydarzeń w Polsce, przez co tylko wzmaga się mój apetyt na zawitanie do Browaru Mieszczańskiego jeszcze raz, w przyszłym roku. See you around, folks!

Kuba Serafin
foto: L. Nazdraczew, D. Kramski




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.