13.10.2010 10:37

Autor: Krzysztof Kowalczyk

Manic Street Preachers – “Postcards from a Young Man”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


postcardsfromayoungman.jpg Manic Street Preachers – “Postcards from a Young Man”
Columbia/2010

Po 20 latach na scenie wciąż chce się im tworzyć przeboje.

Nie ukrywam, że Manic Street Preachers to dla mnie zespół wyjątkowy. To jedyni zadeklarowani komuniści, których naprawdę lubię. To także jedyna grupa posiadający wyraźny, glam-rockowy rodowód, w której twórczości przedrostek “glam” w ogóle mi nie przeszkadza. No i, last but not least, pomimo ponad dwóch dekad na scenie nadal potrafią rok po roku nagrywać znakomite albumy. Po tym jak ich zeszłoroczne, dziewiąte w dorobku “Journal for Plague Lovers” okazało się jedną z najlepszych rzeczy, jakie nagrali w swojej karierze, Walijczycy idą za ciosem i wracają z dziesiątym krążkiem ponad 12 miesięcy później.

Chcieli nagrać przyjazną radiu płytę i w zupełności im to wyszło. Cały album ma w sobie lekkość i przebojowość britpopowych hymnów, tak jak “Some Kind of Nothingness” z gościnnym udziałem z Iana McCullocha, lidera Echo & the Bunnymen. Z kolei w “Hazelton Avenue” ujawniają się wspomniane glam-rockowe korzenie – Manic Street Preachers jak zwykle olewają wszelkie panujące trendy. Deklaracje, jakoby niektóre piosenki miały brzmieć jak “heavy metalowy Motown”, zawierają w sobie ziarenko prawdy: rzeczywiście, melodie są w pewien sposób staromodne, np. autoironiczne “All We Make Is Entertainment”.

Po “Journal for Plague Lovers”, na którym znalazły się teksty z notatnika zaginionego Richey Edwards (drugi gitarzysta zespołu, który zaginął w 1995 i do dziś nie został odnaleziony), ponownie basista Nicky Wire mógł się lirycznie wyszaleć. Tym razem mniej jest w piosenkach polityki, więcej wskrzeszania młodzieńczego ducha w kapeli, w której wszyscy członkowie przekroczyli już czterdziestkę. “(It’s Not War) Just the End of Love” i “Postcards from a Young Man” dowodzą, że trio jeszcze nie stetryczało. Wire jest głównym wokalistą w “The Future Has Been Here 4 Ever”, Bradfield nadal w praktycznie każdym numerze wycina jakże niemodne, ale jakże świetne, klasyczne gitarowe solówki, pełne melodyjnego skowytu. Moore z kolei swoimi partiami perkusji jak zawsze powoduje, że przy każdym utworze “nóżka chodzi”.

Gospelowy chór, orkiestra dęta, zacni goście – Manic Street Preachers zrobili to, przed czym ostrzegali: nagrali płytę pełną stadionowych przebojów. Nie wiem, po co to jeszcze robią, przecież i tak mają podobnych albumów na pęczki. Chwała, że nie trwonią własnej legendy, a wręcz przeciwnie, dorzucają do niej odrobinę blasku.

Krzysiek Kowalczyk

wyszperaj coś więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (11 głosów, średnio: 7,00 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.