23.06.2017 13:13

Autor: Maria

“Mam na to miejsce, mam siłę i ma mi kto tę siłę dawać”

Kategorie: Czytelnia, POLECAMY, Wywiady

Wykonawcy:


“Mam na to miejsce, mam siłę i ma mi kto tę siłę dawać”

Rozmowa z Mioushem.

Człowiek –  opowieść. Rzuć hasło i będzie płynął opowieścią przechodząc od jednego wątku, do kolejnego, a ja w tym czasie po prostu wykreślałam kolejne pytania, na które już mi zawczasu odpowiedział. Człowiek – pewność siebie. Zarówno na scenie, jak i poza nią. Człowiek szczęśliwy największym szczęściem, jakie można chyba otrzymać: oddanymi osobami wokół siebie, które pozwalają stać prosto i wierzyć w siebie i swoje decyzje.

Jesteśmy w tym samym wieku, ale to ty spędziłeś pół życia na scenie. Pół życia! Serio?

No. Pół życia gram i siedzę w muzyce i robię muzykę, a połowa z tego czasu… ponad połowa z tych 15 lat, to naprawdę intensywne koncertowanie. Nawet wczoraj starając się zasnąć myślałem o miastach: w których byłem i w których dopiero zagram… Mało w Polsce takich miejscowości, gdzie nie udało mi się zagrać. Jest tego sporo… Naprawdę dużo… To jest takie…przerażające… (śmiech).

Jak wspominasz początki?

Początki były takie same jak u każdego: do dupy. Było bardzo dużo nieudanych rzeczy, powstało bardzo dużo utworów, do których nigdy potem nie wróciłem, nawet myślami, bo były słabe. To jest nauka. A człowiek nie lubi sobie przypominać tego, jak się czegoś uczy. Nie lubimy sobie przypominać szkół, półkolonii, kursów językowych… Kto normalny wspomina kurs na prawo jazdy i jara się tym jak było?

Liczysz te wszystkie koncerty?

Nie, już nie liczę. Ale liczyłem kiedyś, było ich bardzo dużo. Od premiery “POP.”, dokładniej – od początku trasy – 24 marca- do dziś – jest dwudziesty-któryś koncert. W trzy miesiące zagrać 26 koncertów (bo gramy jeszcze do przyszłego weekendu), wychodzi średnio 8 koncertów na miesiąc. Po drodze była Wielkanoc, więc okazuje się, że jest to bardzo intensywne. Dużo koncertów, dużo kilometrów, w dużym składzie, przy jednocześnie bardzo dużym rozpieprzeniu życia prywatnego. Oprócz tego, przy wszystkich tych koncertach, grałem “Wujki” [spektakl "Wujek 2.0" w Teatrze Ślaskim - przyp. red.] i udzielałem się gościnnie na imprezach, wcześniej nagrywałem tę płytę… Na dobrą sprawę ostatnie osiem miesięcy było przepełnione pracą i zmęczeniem. I po prostu mam trochę dość pomału.

Macie już siebie dość?

Nie, siebie nie mamy dość! To te kilometry się czuje. Przerażające jest to, że dziewięć czy dziesięć osób zamkniętych w puchę samochodu, ze sprzętem, musi przejechać 550 km, żeby zagrać jeden koncert, posiedzieć chwilę przed hotelem, napić się piwa, położyć się spać i o 7:00 rano jechać z powrotem.

…albo na następny koncert?

Na następny koncert to spoko. Gdy koncerty są po drodze, jest dobrze, ale czasami są w horrendalnych odległościach od siebie. Albo trasa: Katowice – Poznań – Katowice, w piątek – sobotę – niedzielę. To jest zdziczenie totalne! I to się czuje. Poza tym, każdy z nas oprócz tego ma albo regularną pracę, którą stara się jakoś z tym połączyć, albo inne projekty muzyczne, w których się udziela. My mało kiedy jesteśmy w domu.

To co jest w tym takiego fajnego, że chce wam się znów wsiadać w busa?

[cisza] Satysfakcja. Mam 30 lat i od ośmiu lat żyję tylko i wyłącznie z muzyki. Mam szczęście, bo robię to, co kocham. Tworzę coś, a to “coś” tworzy mnie i definiuje może życie, a ja próbuję jakoś definiować “to”. Co prawda im dalej w to idę, tym bardziej jestem skłonny zostawić to wszystko dla drugiej części mojego życia, bo coraz częściej na tej drugiej części mi zależy. Im mniej jest mnie w domu, tym bardziej chcę ten dom trzymać w ryzach. Całe szczęście mam żonę, która potrafi to wszystko ogarniać i nawet te moje parę godzin w domu jest sensowne i szczęśliwe. Może gdyby nie było szczęśliwe, to bym bardziej lubił wyjazdy.

Ale to satysfakcja trzyma. I fajne jest to, że ci spośród nas, którzy mają drugą połówkę, ci, którzy mają życie rodzinne, mają dzieci, niektórzy trójkę dzieci, niektórzy będą mieli dzieci – że mamy fajne osoby wokół siebie, które potrafią to zrozumieć i odnaleźć się z tym w życiu. Czasami te osoby, które zostają w domu mają gorzej niż my. Czekają aż chłop po trzech dniach przyjedzie skacowany i przez najbliższe dwa dni będzie spać, żeby potem znowu na trzy dni wyjechać i znowu być skacowanym. Nasza cierpliwość może być złagodzona rożnymi przyjemnościami życia muzycznego, ale ta druga połowa nigdy tego nie doznaje. [pauza] Całe szczęście (śmiech).

Śledzisz sprzedaż płyty, listy, recenzje?

Gdy wpadają do mnie takie informacje, OLiS, wiadomości od ludzi, jasne! To jest super, ale sam z siebie zauważyłem, że przestałem jakieś 2-3 lata temu. Przeszła mi chęć chełpienia się liczbami. Zauważyłem, że to są tylko liczby i to w ogóle nie ma przełożenia na twoją realną wartość jeśli chodzi o muzykę, którą grasz i sposób, w jaki ją grasz. Najlepszym przykładem na rozbieżności między sprzedażą płyty a sukcesem koncertowym, jest album “Ulice Bogów”, który jako jedyny w ciągu roku od premiery nie pokrył się złotem czy platyną, a mieliśmy okazję po tym albumie stworzyć zespół, który jest wymagający, jeśli chodzi o stawki koncertowe, o sceny – nie możemy zagrać z nim wszędzie – a jednak zagraliśmy multum koncertów! Razem gramy już ponad rok i gramy na świetnych imprezach! Są ludzie, którzy potrafią w tym kraju sprzedać 2 000 płyt, a na ich koncerty przychodzi 20 000 ludzi. I tak jest chyba na całym świecie.

A jako producent i właściciel firmy, która zajmuje się muzyką, nie musisz śledzić rynku?

To staram się śledzić. Widzę tendencję do rozparcelowania rynku muzycznego i jedyne, co staram się śledzić i co mnie interesuje to to, co dzieje się z muzyką w postaci cyfrowej. A z tym dzieje się u nas bardzo dobrze. I jako koleś, który prowadzi firmę, która tę muzykę sprzedaje i widzi, jak ten procent udziału w dochodach sprzedaży cyfrowej wzrasta z miesiąca na miesiąc, to się tak trochę uśmiecham i trochę się z tego cieszę. Mimo wszystko płyty fizyczne dalej się sprzedają, niektóre lepiej, niektóre gorzej. Śledzę to z czystych względów statystycznych. Generalnie, jako rynek. Bo lubię takie rzeczy analizować.

Na podstawie tego, co już powiedziałeś, czy dobrze rozumiem: definicją sukcesu jest według ciebie nie sprzedaż, ale to, że powstał zespół i ludzie przychodzą na koncerty?

Nie! Sukces… To jest po prostu takie słowo, jakieś takie…

Czym więc dla ciebie jest sukces?

Jestem szczęśliwy w życiu, to jest najważniejsze. To jest mój największy sukces. Nie czułbym się dobrze – choć pewnie bym się odnalazł – w sytuacji, kiedy musiałbym się pojawiać codziennie w jednym miejscu i pracować na etat. Choć wydaje mi się, że jestem człowiekiem inteligentnym (w miarę) i czegoś byłbym się w stanie sensownego nauczyć, co mogłoby spełniać oczekiwania pracodawców. Albo prowadzić własną działalność w ogóle nie związaną z muzyką. Ale sukcesem jest to, że nie muszę tego robić! I mogę zamiast chodzić do pracy – chodzić do studia. Które też jest czasami traktowane jako praca. Fajnie, że mam na to miejsce, mam siłę i że ma mi kto tę siłę dawać. I że potrafię się jakoś odnaleźć w tym wszystkim.

Takim stricte muzycznym sukcesem dla mnie, czymś wartym zapamiętania przeze mnie i podkreśleniem jest to, że wyciągnąłem rap z takiej polskiej “typówki”. Nie robię rapu, tak jak robiłem to w 2011 i 2012 roku, ale udało mi się z tego wygenerować muzykę, której organizatorzy nie wstydzą się  pokazywać między Darią Zawiałową a Smolikiem. Między zespołami, którymi się jaram i których szanuję. To jest mój największy sukces!

No właśnie, czym się jarasz muzycznie?

Jaram się Darią Zawiałową, jaram się Smolikiem i Kevem Foksem, zespołem Hey, jaram się Dawidem Podsiadło, szczególnie ostatnim kawałkiem Sokoła i Dawida Podsiadło, bardzo lubię Organka… Jaram się wszystkimi, z którymi miałem okazję zrobić ostatnią płytę. Jaram się Natalią Nykiel, jaram się Tworzywem Sztucznym…

Czytasz z mojej playlisty?

Jaram się też starymi rzeczami! Najfajniejsza rzecz, jaką zrobiłem w tym roku – niektórzy się łapią za głowę i nie mogą tego zrozumieć – byłem w środę na koncercie Philla Collinsa w Kolonii. To było najlepsze muzyczne przeżycie mojego życia! Grałem z NOSPRem i ktoś może powiedzieć: “Kur*, grałeś z NOSPRem i jarasz się, że byłeś na koncercie Philla Collinsa? –  ja pierd*! To jest as!” To jest pierwsza trójka muzyczna i człowiek, który napisał soundtrack do mojego życia! Uświadomił mi, że można widzieć wszystko, być na samym szczycie, wygrać wszystko i być na scenie normalnym gościem, który gada takie same głupoty na koncercie, jakie ja gadam na koncercie. Tyle, że w innym wymiarze, bo on to mówi do 20 000 ludzi dzień po dniu przez 5 dni w tygodniu.

Będąc na takim wydarzeniu muzycznym dociera do ciebie, że ludzie są ludźmi. I chyba właśnie ten ich sukces polega na tym, że są ludźmi i że też umieli wokół siebie tę ludzkość utrzymać, a nie byli jakimiś odklejonymi typami. Dylan na przykład jest doklejonym typem. Jest aspołeczny i nie potrafi do ludzi nic normalnego powiedzieć. Jest przerażający w tym, co robi. A to, co ja widziałem w środę, to jest wielka fajna rzecz! Fajnie, że mogłem to zobaczyć. To było moje muzyczne osiągnięcie nr 1 w tym roku. W ogóle w życiu! Zaczęło grać nagle to wszystko, co słyszałem od dziecka w domu. Widzisz to, jesteś 9 metrów od niego i mówisz: “O kuuur*! Co tu się stało?!”

Fajne jest to, że oglądając to, nie czuję się od tego daleki, przez to, że do podobnych rzeczy dążę muzycznie – nie mówię, że chcę śpiewać – chodzi mi o energię, o to, co się generuje ze sceny. Sukcesem jest to, że mogę tak to robić. Mogę mieć możliwości. Bardzo często ludzie zapominają o tym, o co chodzi w pracy muzycznej, łapią się jednego zarobkowego grania, które wygeneruje jak najwięcej zysków i jest w najprostszym wykonaniu. A ja zawsze od tego uciekałem. Komplikowałem sobie przez to mocno życie. Przez to się wszyscy łapali za głowę: “po cholerę ci ten zespół, weź DJ-a, będziesz płacił dwóm osobom, a nie ośmiu!”. Ale ja się uparłem. I się cieszę.

I działa.

I działa. Chyba działa. Ja się jaram.

Środowisko hip-hopowe, na którym od razu mówię, nie znam się…

…ja chyba już też się nie znam.

Czy środowisko hip-hopowe nie ma do ciebie żalu o tak popowy album i te popowe, mainstreamowe kolaboracje?

Jeśli chodzi o odbiorców – nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Nigdy nie pytałem, o czym mam nagrać i nie będę pytać czy to się komuś podoba. Po prostu nagrywam to, co chcę. I jakoś to trafia. Autocenzura w głowie działa, dzięki czemu trafia to do ludzi. Ta autocenzura u autorów tekstów jest najważniejsza: czy ona jest dobrze skalibrowana względem społeczeństwa czy po prostu piszą bzdury i nikogo to nie dotyczy.

Jeśli chodzi o wykonawców ze środowiska hip-hopowego – trafiają do mnie same pozytywne informacje, jeżeli spotykam się z ludźmi, a mam okazję spotykać się z tymi najmądrzejszymi – całe szczęście. Po prostu gramy tak rzadko już na rapowych imprezach, że tych spotkań w roku jest zaledwie kilka. Kiedyś było kilkadziesiąt.

Jak udało ci się zaprosić wszystkich tych artystów, z którymi śpiewasz na płycie?

W skrócie: ze wszystkimi poznaliśmy się na koncertach. Przy okazji Męskiego Grania, przy okazji Obywatela GC 2.0. i z producentami i z producentem wykonawczym, z wokalistami, tekściarzami, muzykami… Myslovitz na przykład zaprosili mnie na swoje koncerty z okazji 20-lecia, nie znając mnie w ogóle, tak po prostu. Muzyka nas poznała. A poza tym, wychowałem się na ich muzyce i musiałem się kiedyś zapytać: “a może zagramy?” – no i się udało.

Jak się współpracowało?

Okazało się, że to są świetni ludzie, którzy rozmawiają ze mną jakby wychowali się razem ze mną w Katowicach na tym samym osiedlu, mają w dupie konwenanse i nie obnoszą się z tym kim są, gdzie dotarli, a mogliby każdego dnia to robić. To mnie urzekło.

Moje osobiste odczucie, to że “Pop.” jest płytą mega smutną.

Każda moja płyta jest smutna.

Ale ta wyjątkowo. W porównaniu np. z “Ulicami Bogów”. Podczas przesłuchiwania twojej płyty w samochodzie, pasażer stwierdził, że on już tego nie zniesie, “Czemu ten gość tak smutno pisze?! Jakie on musi mieć smutne życie?!”. Jest tak?

Przez to, że piszę smutne rzeczy, mam bardzo wesołe życie. Bo oczyszczam schemat. Na dobrą sprawę te numery nie są smutne. Dziś grając “Tramwaje…” nawet o tym pomyślałem: to jest kawałek, w którym koleś mówi o tym, że ma ochotę wyjść z domu i nie wie czy kiedykolwiek jeszcze jego dziewczyna go dotknie i czy kiedykolwiek wróci.

I to jest wesołe?

A kto tak nie ma?! Każdy tak ma. Co czwartek. Każda kłótnia polega na tym, że ma się ochotę drugą osobę zabić, a miłość polega na tym, że ma się ochotę tę drugą osobę zabić, tylko cały czas przekłada się to na jutro. To nie jest smutne, to jest życiowe. Życie nie jest kolorowe na co dzień. Ludzie, którzy biorą za dużo narkotyków mają kolorowe życie. Ludzie, którzy są normalni i rzetelnie podchodzą do tego, co ich dotyka, wiedzą o tym, że życie jest złożone z mniejszych lub większych problemów, poprzeplatanych tylko tymi wyjątkowymi. I trzeba sobie z tym radzić. A ta płyta to opisuje. Opisuje życie moje i wielu osób dookoła, w ogóle nie związanych z muzyką, u których coś zaobserwowałem. “Traffic”, “Nisko” – to historie nie moje, ale na pewno napisane przeze mnie. To jest zwyczajne, to nie jest smutne. Jeżeli ktoś mówi, że to jest smutne, jak tego słucha, to znaczy, że go to dotyka, że ma podobnie i że odnosi się do czegoś, co go boli i dlatego go to smuci. To znaczy, że jest trafione. Bo pisać do ludzi trzeba o osobie, ale przez ludzi.

Gdybym miał nie pisać smutnych rzeczy, musiałbym napisać 12 numerów o tym, jak jadę z chłopakami na koncert i pijemy piwo. To jest fajne, ale też wkur*, bo napisałbym o tym, że ma się kur* tego wszystkiego dosyć po trzech godzinach w busie, gdzie cię wszystko boli, nie ma tlenu, głośniki charczą, gubisz zasięg, jest ci za ciepło i wszystko zaczyna cię wkur*. Chłopaków kochasz, ale masz ochotę ich pozabijać. Świetny wyjazd, ale złożony z problemów. To samo z każdym dniem: są dni, które są świetne, ale jak to sobie przeanalizujesz, to każdy świetny dzień miał też chuj* moment. Gdyby życie nie miało chuj* momentów, nie byłoby świetnych. Norma. (śmiech)

Bardzo fajnie, że smutne. Jak cię coś na smutno łapie, to to trafia jakoś tak lepiej? Wesołych rzeczy już nie gramy: nie gramy “Dowodu”, bo był za wesoły, “Piątej strony świata” staram się nie grać, bo jakoś za mocno obgrałem ten numer, nie gramy kawałków o rapie. Nawet jak bierzemy jakieś stare numery, to te smutne (śmiech). Żeby było o czymś. Jak rozmawiałem z Piotrkiem Roguckim, powiedział, że Anja Orthodox powiedziała mu, że bardzo dobrze, że te jego numery są takie smutne, bo w historii sztuki nigdy nie przyjęło się żadne dzieło, które było wesołe. Smutne rzeczy są genialne, bo są prawdziwe. Nie ufam ludziom, którzy się uśmiechają za często, a bardzo fajnie móc powiedzieć sobie złe, smutne rzeczy. Potem tylko jest lepiej. A na dobrą sprawę, wszyscy jesteśmy w cholerę wesołymi gośćmi. U nas nie ma smutków na co dzień. Nie dołujemy się. Smutek przeżywa się w środku. Jak się o nich pisze, to ludzie czują się lepiej – bo ktoś mówi o tym, co oni muszą w sobie nosić.

Stawiasz sobie cele w życiu?

Jasne, że tak.

Jaki jest twój kolejny cel? Taki zawodowy?

Zaczynamy budować koncerty akustyczne. Grając to w zeszłym roku, okazało się, że to jest najlepsze co gramy i grałem kiedykolwiek i jedna z rzeczy, jaka mi się najbardziej podoba ze wszystkich koncertów, włącznie z NOSPRem. Postanowiłem, że w tym roku zagramy nowe kawałki akustycznie, z nowego albumu. To jest mój cel: żeby rozpier*! A rozpier* na pewno. Jestem tego pewny w 100%! [koncerty ogłoszone 22 czerwca - przyp. red.]

Zagracie jeszcze z NOSPRem?

Tak, zagramy na pewno, w przyszłym roku będzie nowy projekt, z kimś innym. Miuosh – ktoś – NOSPR. Nie mogę powiedzieć jeszcze kto, ale będzie wpier*!

Czekamy! Ostatnie pytanie – jakiego artystę i instrument zabrałbyś na bezludną wyspę?

[pauza] Kur*, nie chciałbym żadnego ze sobą zabierać! [pauza] Bukowski! Możemy go zakwalifikować jako artystę? Tak, Bukowskiego! Jakbym mógł spotkać się z dwiema osobami ze świata sztuki, to byłby to Bukowski i Maleńczuk. Jednocześnie. Z Maleńczukiem moglibyśmy się szybko pokłócić, a z Bukowskim bardzo chętnie bym posiedział i pogadał. Nawet parę lat. Mielibyśmy podobne hobby na tej wyspie.

A kim chciałeś zostać, jak byłeś mały?

Muzykiem. Jak byłem mały nie było rapu, więc wokalistą. Chciałem być Michaelem Jacksonem.

Dziękuję pięknie za cały wywiad!

Wywiadywała: Maria Grudowska




Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.