20.04.2011 08:25

Autor: Michał Stępniak

Lykke Li – “Wounded Rhymes”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


lykke-li-wounded-rhymes.jpg Lykke Li – “Wounded Rhymes”
Atlantic/LL/2011

Test drugiej płyty zdany celująco.

Są takie płyty, wobec których jestem bezbronny. Niby łatwo jest odnaleźć wady, ale robię wszystko, by o takowych zapomnieć lub nie zwracać na nie uwagi. Pozostaje zachwyt. Rozbieranie i analiza elementów składowych wydaje się wówczas okropną zbrodnią. Taki właśnie problem mam z Lykke Li. W tej chwili czuję dodatkowy ból, bo język polski wydaje się strasznie ubogi. Trudno odnaleźć słowa, które by idealnie charakteryzowały “Wounded Rhymes”, bo płyta “piękna”, “wzruszająca”, “urzekająca” to ciągle za mało.

Lykke Li rzuciła na mnie czar. Gdybym był Odyseuszem, a ona jedną z Syren, żywot mój skończyłby się szybko. Nie dałbym się przywiązać do masztu i nie pomógłby też pszczeli miód w uszach. Nie wahając się ani chwili, czym prędzej pobiegłbym za nią. Takiemu głosowi nie sposób nie ulec, w takim głosie nie sposób się nie zakochać.

Kiedy wraz ze znajomym byliśmy na koncercie Lykke Li, ten w pewnym momencie zwrócił się do mnie: “ale z niej kociak”. To prawda, choć to określenie nieszczególnie mi się podoba. Nie można jednak nie zauważyć, że Szwedka zmieniła nieco swoje oblicze, a drapieżność to jedna z jej najbardziej widocznych cech. Trzy lata temu zwracała uwagę i nie pozwalała na to, by przejść obok niej obojętnie. Teraz otrzymujemy znacznie więcej. Coś, co sprawia, że Lykke Li gra w innej lidze niż pozostałe młode wokalistki. Pożegnaliśmy dziewczynkę, a powitaliśmy kobietę – odważną i seksowną. Na debiutanckim “Youth Novels” nie sposób było oczekiwać wyznań typu: I’m a prostitute, you gon’ get some. Dziś jest inaczej. Nieśmiałość została pokonana.

“Wounded Rhymes” to dowód artystycznego i życiowego dojrzewania. Kawał dobrej roboty odwalił producent, Bjorn Ytling (Peter, Bjorn and John). Brak zbędnych dodatków, umiejętne używanie głosu Li, prostota melodii sprawiają, że ta płyta jest w stanie zahipnotyzować i sprawić, że oczy zawilgotnieją. Smutek obecny jest niemal w każdym momencie, nawet w tych bardziej żywiołowych utworach. “Sadness Is A Blessing” dołącza do najpiękniejszych, depresyjnych piosenek. Chwil, kiedy usta z zachwytu otwierają się szerzej jest tu znacznie więcej. “I Follow Rivers”, “Jerome”, “I Know Places” to utwory, które nigdy się nie nudzą, a zamykający album “Silent My Song” to już dogłębnie przemyślany majstersztyk. Kiedy Lykke Li śpiewa: I can’t tell if I am living or just holding on serce mięknie.

Gdy słucham płyt innych młodych wokalistek, mam poczucie małego oszustwa. Tutaj autentyzm jest walorem niezaprzeczalnym. Nie zauważam żadnego podążania za modą czy nadmiernej kreacji. Lykke Li jest świadomą artystką i chce nam opowiedzieć o tym, co ją boli, smuci i wkurza.

“Wounded Rhymes” sprawiło, że nawet moje zdanie na temat urody wokalistki uległo całkowitej metamorfozie. Ona jest doskonała! Test drugiej płyty zdany celująco. Li, podążaj tą drogą!

Michał Stępniak

wyszperaj coś więcej ▼



Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (25 głosów, średnio: 8,00 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.