30.05.2010 13:11

Autor: marcwandas

Lublin z niestrojącym Zornem i zapasem marchwi – Festiwal Kody 2010

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | |


kody-logo.gif Lublin z niestrojącym Zornem i zapasem marchwi – Festiwal Kody 2010

John Zorn rozstrojony, Arvo Part premierowy, Philip Glass skromny, warzywa zalatujące Four Tetem. Czyli Lublin rozkodowany.

Niewiele jest festiwali tak eklektycznych. Niewiele jest festiwali tak długich (i nie dłużących się!). Niewiele festiwali tak traktuje słuchacza  – na zmianę serwując muzyczne uniesienia i dźwiękowe masakry. A w Lublinie takiego festiwalu jeszcze nie było. Zapomnijcie więc o Sacrum Profanum, odpuśćcie Warszawską Jesień. Na wschodzie urosła impreza-kolos.

Rzeczowo. Kody – “Festiwal Awangardy i Tradycji Muzycznej” jest w tej chwili największym (przez budżet, gwiazdy) i najbardziej prestiżowym (też przez budżet i gwiazdy) festiwalem za prawym brzegiem Wisły. Potwierdzające się informacje o przyjeździe kolejnych wykonawców przyjmowane były z niedowierzaniem i zdziwieniem – wspomnieć Lou Reeda z małżonką Laurie Anderson i Johnem Zornem (bo to po prostu zbyt piękne) a z drugiej strony Wiedeńską Orkiestrę Warzywną (to to takie cholerstwo istnieje?). W ten sposób druga, tygodniowa edycja Kodów wzbudziła entuzjazm nie tylko w Lublinie, a w całej Polsce.

Dość jednak zachwytów. Bywało słabo. Otwarcie festiwalu 15 lipca na lubelskim zamku zawiodło. I to nie przez frekwencję – która była naprawdę przyzwoita. Nie przez pogodę – czyli chłód i wiatr. Też nie przez nieobecność Lou Reeda – bo z nim byłoby pewnie jeszcze gorzej, a zastępujący go Bill Laswell (wygooglujcie sobie tego pana kto nie zna) był najjaśniejszym punktem występu. W projekcie Zorna, Laswella i Anderson grały jednak nazwiska, brakowało dźwięków zjawiskowych, zdarzały się partie nudzące i męczące. Bo to właśnie free improvisation – czyli wolnoć Tomku na swoim instrumencie, często wypranie z rytmu, dysonanse, niezgrywające się ze sobą partie. I to często spycha na drugi plan brak pomysłu na muzykę, bo przecież można grać cokolwiek i jakkolwiek. Mi to nie wystarczyło, dźwięki zbyt często pozostawiały słuchacza obojętnym, zbyt rzadko były zjawiskowe. Owszem, zdarzały się momenty – jak zapętlająca się w gęste repetycje altówka Laurie i solówki wspomnianego Laswella. Było ich jednak za mało.

Start był nienajlepszy, festiwal jednak potem się rozpędził, by osiągnąć zawrotną prędkość czwartego dnia. Wtedy swój pierwszy koncert zagrał w Lublinie jeden z najbardziej wziętych kompozytorów naszych czasów – minimalista Philip Glass. W ramach retrospektywy zagrał koncert z przewagą muzyki filmowej, prezentując sztukę rozwiązywania przedłużających się repetycji i zaskakiwania słuchacza. Ciągłe powtarzanie motywów w rytm dudniących w uszach basowych klawiszy przypominało wręcz stylistykę gatunków typowo elektronicznych. Następnego dnia sam Glass jednak zszedł w cień. Jego utwory zabrzmiały wyśmienicie we wprowadzającym w egzaltację wykonaniu wiolonczelistki Wendy Sutter (w wyśmienitym nastroju) i żywiołowych interpretacjach multiinstrumentalisty Micka Rossi’ego (czarującego żeńską część publiki, a i pewnie nie tylko). Sam Philip Glass czuł się chyba trochę nieswojo przy pełnej sali Filharmonii Lubelskiej, ograniczając się do zapowiadania kolejnych utworów.

Lista fanów Arvo Parta jest długa. Jest na niej między innymi Jonny Greenwood (zresztą sąsiadujący z Estończykiem na soundtracku do “Aż Poleje Się Krew”), Bjork i Thom Yorke. Nie dziwi więc, że jego twórczość przypada do gustu wielu fanom popularnej muzyki niezależnej. I mi przypadła. I jeszcze raz, czytelniku drogi, wyobraź sobie ekscytację w moim głosie. Mieliśmy bowiem w Lublinie światową premierę utworu jednego z najważniejszych kompozytorów świata. I nic to, że nie zachwycił, do tego będąc przeróbką starego hymnu kościelnego (utwór, nie kompozytor). Wydarzenie wydarzeniem. Reszta jednak wystarczyła, by przenieść słuchaczy w inny wymiar muzycznych doznań – co chyba satysfakcjonowałoby estońskiego mistyka. Rozmyte partie smyczków, rosnący niepokój kompozycji, klimat odrealnienia – to wszystko buduje wyjątkowość utworów Parta. I to wszystko było czuć.

Jednak nie byłoby takich Kodów, gdyby nie koncerty na włościach Dominikanów – na wirydarzu i w bazylice na Starym Mieście. Odrapane ściany wirydarza były idealnym tłem dla występu Vienna Vegetable Orchestra – czyli zespołu grającego, no właśnie, na warzywach. Efekciarstwo? Ależ nie! Każdy starannie wydrążony instrument brzmiał niesamowicie (były perkusyjne – z dyń i bakłażanów, przesterowane gitary – z obrywanych energicznie sałat i kapusty, dęte – głównie z marchewek), a wiedeńczycy zaprezentowali repertuar przypominający momentami, olaboga, Buriala czy Four Tet. Do tego dorzucili Strawińskiego. A w zanadrzu mieli jeszcze kowery Kraftwerk. Trzymajcie mnie. Dodać jeszcze, że potem poczęstowali nas zupą z instrumentów i samymi instrumentami. Jeszcze jakiś czas temu nie uwierzyłbym w takie cuda.

Idealnym dopełnieniem muzycznych doznań był koncert Steindóra Andersena i Hilmara Hilmarssona. Tak, ten pierwszy mignął wam podczas oglądania “Heimy” Sigur Rós. Do tego obaj mają na koncie kolaboracje z Bjork czy mum. Islandzkie pieśni tradycyjne w wykonaniu pierwszego zabrzmiały do klawiszowo-laptopowego akompaniamentu drugiego, by w końcu zabrzmieć okraszone smyczkami. Piękne, szczególnie w oświetlonym odcieniami niebieskiego kościele.

Dobrej muzyki było o wiele więcej – wspomnieć Gorzkie Żale z grupą CelloNet i lubelskim chórem, generujące niemal drone’owy hałas magnetofony Markusa van Alabeeka czy projekt Małych Instrumentów z chórem dziecięcym, prezentujący w intrygującym akompaniamencie najpopularniejsze polskie wyliczanki.

Jednak tutaj skończę relację, mówiąc – to był niezwykły tydzień. W tym szaleństwie jest metoda – czekajmy więc na jeszcze lepsze Kody 2011.

Marcel Wandas




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.