20.10.2010 21:30

Autor: Maria

Lek na miłość od pierwszego wejrzenia

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów

Wykonawcy:


kimnowak_wro10.jpg Lek na miłość od pierwszego wejrzenia

Po Męskim Graniu i zmasowanym ataku różnorodności stylów i gatunków, Kim Nowak był jedynym zespołem, który zapamiętałam, który wstrząsnął, zachwycił i na którego pełnometrażowy koncert czekałam przebierając nogami.

Niestety prawdę mówi przysłowie wypisane na murze mojej podstawówki: “Jak wyleczyć się z miłości od pierwszego wejrzenia? Spojrzeć drugi raz!. Nadzieje na epicki koncert były wielkie: relacje z kilku innych koncertów, próbka na Męskim Graniu, wielość i wielkość  nagłośnienia w Bezsenności, które zajmowało duży kawałek lokalu. Obawa przed bólem uszu okazała się jednak płonna.

Koncert rozpoczął się piękną solówką Michała Sobolewskiego, według  profilu na myspace, znawcy muzyki lat 60, zafascynowanego brudnym, mocnym brzmieniem gitar z płyt Jimiego Hendriksa, Black Sabbath, czy Ten Years After. Fascynacje głównego gitarzysty dało się odczuć zarówno na płycie, jak i podczas grania na żywo. Każdy z utworów gitarzysta okrasił potężną dawką solówek. Rozumiem,  że koncert jest po to, żeby muzycy zaprezentowali swoje zdolności na żywo, że odrobina fristajlu upewnia, że koncert nie jest z playbacku, a wykonawca naprawdę lubi to, co robi. Pan Sobolewski rzeczywiście lubi to, co robi, ja chyba nie do końca. Rozciąganie pięciominutowych  utworów do piętnastominutowych przez wstawianie solówek czasem porywa, ale czasami nie. Czasem widz jest zachwycony pokazem jakie dźwięki można wydobyć z gitary, czasem to po prostu nudzi. W tym przypadku ekscytacja szybko ustąpiła miejsca znudzeniu. Po pierwszej, rozpoczynającej koncert solówce, kolejne gdzieś nikły, topiły się w podobieństwie dźwięków, nie świdrowały w głowie. Ciekawsze było przyglądanie się jak te dźwięki powstają. Sobolewski podrzucał gitarę, opukiwał ją w różnych miejscach, o klasycznym szarpaniu strun nie wspomnę.

W tych brudnych dźwiękach, organicznych gitarach, klasycznych riffach, ginął całkowicie wokal Fisza. Nagłośnienie wokalu było do tego stopnia słabe, że wykrzyczane “King Kong”, to jedyne słowa, jakie zrozumiałam w ciągu całego koncertu. Oczywiście poza “Dziękujemy ślicznie”, ale to się nie liczy: było pomiędzy utworami i były to jedyne słowa Fisza do publiczności. Konferansjerka więc raczej w stylu Kasi Nosowskiej, tylko poprawna językowo. A podobno na żywo śpiew Fisza nabiera ekspresji, która przekonuje bardziej, niż na płycie.

Właściwie trudno określić co było główną przyczyną tego, że nie zaiskrzyło: słabe nagłośnienie, które miało poobijać wnętrzności, urwać głowę z uszami, a tym czasem było zaledwie dość dobrym nagłośnieniem? (Na koncercie Much tydzień wcześniej było głośniej) Czy solidna praca gitarzysty która niestety nie skompilowała się z moją estetyką, co byłoby dziwne bo na płycie kompilowała się bardzo. Czy może szmery zamiast tekstów, które moim osobistym zdaniem są wisienką na torcie płyty i warto się w nie wsłuchać, a nie szukać słów gdzieś miedzy nutami.

Mimo uwielbienia dla większości projektów rodziny Waglewskich i zachwytu nad płytą “Kim Nowak”, po tym koncercie nie było nieprzespanej nocy, szumów w uszach, nie popłynął wrzątek, nie pękło serce, nie wysiadł prąd w całym mieście…

Maria Grudowska




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.