14.12.2009 22:38

Autor: sendar

Laibach i Juno Reactor; Wytwórnia Filmów Fabularnych; Wrocław 11.12.2009

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów

Wykonawcy: |


laibach-promo.jpg Laibach i Juno Reactor; Wytwórnia Filmów Fabularnych; Wrocław 11.12.2009

Niniejszej relacji nie powinni czytać fani którejś z występujących formacji. Autor jest ignorantem i mogą poczuć sie urażeni nadmierną subiektywizacją odbioru opisywanego widowiska. Zarazem autor zaznacza, że koncertu nie zapomni prędko.

Jedenastego grudnia o godzinie 19 zaczął sie jeden z lepszych koncertów jakie w życiu widziałem. To znaczy miał się zacząć – ale była około półgodzinna obsuwa (co przynajmniej pozwoliło zapełnić się sali, bo o tej 19 po płycie pałętało się jakieś 60 osób, co było niezrozumiałe jak i żałosne zarazem). Jeden z lepszych – to znaczy najbardziej zaskakujący. I rozczarowujący zarazem.

Jak się już rzekło (a w zasadzie napisało), wszystko zaczęło się około 19:30, kiedy to na scenę wkroczyła słoweńska grupa Laibach. Ku mojej uciesze, bo to na nich czekałem ostatnie trzy miesiące, i dla nich przejechałem te 200 kilometrów. Formację wspomagała Mina Spiler (w części partii wokalnych, i w zabawie szczekaczką). No i zaczęło się. Laibach przeniósł publikę do fabryki (jak na ikonę industrialu przystało), i rozpoczął (jak to zresztą przed trasą było zapowiadane) od wykonania monumentalnych kompozycji z początków swej egzystencji. W sumie monumentalne to one były kiedyś, teraz podrasowane elektroniką brzmią miejscami tanecznie, a o ich rodowodzie świadczy rytm nadawany przez fabryczne tłoki (pracujące na wizualizacjach). “Smrt za smrt”, “Drzava”, “Brat moj” – szok; niby te same, a jednak inne. Zaskoczenie. W drugiej części występu zespół zapezentował dużo lepiej już znane utwory z płyty “Volk” (“America”, “Anglia”, “Francia”, “Turkiye”), oraz “WAT” (“Alle gegen Alle”, “Tanz mit Laibach”, “Das Spiel ist aus”). Na bis usłyszeliśmy “Slovanię” (ku radości ogółu) oraz “God is god” (które miało chyba łagodnie przypomnieć o drugiej gwieździe wieczoru). Ogólnie – Laibach, nie licząc nowych wersji starych utworów, nie zaskoczył niczym. Ze sceny wiało totalitarnym chłodem, wspomaganym dodatkowo przez wizualizacje, a publika, mimo zachęt ze strony Milana Frasa i wspomnianej Miny, nie była skora do zabawy. Nie mam pojęcia, czego się spodziewałem, ale poczułem lekki niedosyt i rozczarowanie.

Nastąpiła przerwa na wymianę sprzętu na scenie, i przy okazji na przetasowanie publiki (cóż, w końcu wykonawcy to różne światy, to i fani różni…). Sam na sam ze swoim niedosytem oczekiwałem na Wielką Niewiadomą, czyli Juno Reactor. Znałem tylko ich nazwę. Na scenie zjawia się siedem osób. Niezły melanż – Japończyk Sugizo z gitarą, perkusiści z Afryki, dżamajka “peace and love” wokalista Ghetto Priest, wokalistka Taz Alexander, noi oczywiście mózg formacji Ben Watkins (charakteryzacja niczym The Cure). Przed występem jeszcze ich nie znałem. Jednak to, co zaprezentowali, zmusiło mnie do nadrobienia zaległości. Od początku ich koncertu ze sceny biła niezwykła energia. Transujące rytmy, genialna gitara Sugizo (swoją drogą, jeszcze nigdy nie widziałem gitarzysty, który przez dwie minuty zbierał się do szarpnięcia trzy razy za struny w tak efektowny sposób), hasła pokroju “lose your mind” czy “this is new entertainment” krzyczane ze sceny i feeria kolorów na niej. Po ascetycznym wręcz występie Laibacha, całokształt Juno Reactor zadziałał na publiczność niczym narkotyk – zabawa rozpoczęła się na całego. Usłyszeliśmy m.in. “Pistolero” czy “Inca Steppa”, oraz ponownie “God Is God”, tym razem w wykonaniu oryginalnym. Spodobało się nawet zespołowi, który wydłużył bis, a Sugizo, jak na prawdziwego Japończyka przystało, wyciągnął aparat i zrobił sobie zdjęcie publiczności i siebie na tle publiczności. Generalnie: obłęd, szaleństwo, muzyczny orgazm. Juno Reactor jednym występem zyskało sobie nowych fanów (pod czym ja podpisuję się, czym tylko mogę).

W ten oto sposób można było przenieść się w dwa muzyczne, maksymalnie kotrastujące ze sobą światy, i to w jeden wieczór. Z totalitarnego przytłoczenia do kipiącej energią ekstazy. I żaden ze światów nie może być lepszy. Choć Laibach mnie odrobinę rozczarował, to muszę powiedzieć, że zagrał bardzo solidnie, i dokładnie to czego się spodziewałem i czego oczekiwałem. Pora się pogodzić z faktem, że taki ten zespół już jest, i nagle nie zrobi widowiska niczym Rammstein. Z drugiej strony, kompletne mi wcześniej nieznane Juno Reactor, serwuje mi kompletną rozrywkę, i otwiera oczy na świetnego gitarzystę. Na koniec słowa mojej towarzyszki (nie)doli podróżniczo-koncertowej (przy okazji pozdawiam Que): “Pojechaliśmy na Laibacha, a wracamy z Juno Reactor”.

If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it's missing. Get Flash Player from Adobe.

Marcin Szczepanek

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.