06.02.2010 14:49

Autor: Zurus

Lady GaGa – “The Fame Monster”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


ladygaga_thefamemonster_1.jpg Lady GaGa – “The Fame Monster”
Universal Music/2009

Królowa Popu, Nowa Madonna, Ta Która Odnowiła Muzykę Pop, Królowa List Przebojów – takie tytuły towarzyszą pani Stefani Joanne Angelinie Germanott od chwili wydania jej debiutanckiego krążka “The Fame”.

Jako że blond łepetyna pani Stefani wyglądała z każdego zakątku radia i telewizji, mimowolnie musiałem zapoznać się z jej twórczością. “Mamamamaa Poker” grane nieomal 24h/d przez komercyjne radia i stacje telewizyjne jest dobrym przykładem na to, jaką muzykę tworzy Lady GaGa. Mało ciekawy, irytujący, przeprodukowany pop. Gwiazdka jakich było wiele, spadnie i nikt o niej nie będzie pamiętał, blablabla… Gdybym zatrzymał się na tym jednym (beznadziejnym) singlu, pewnie takimi słowami kończyłby się ten artykuł. Ale jako że wredna i dociekliwa ze mnie kreatura, postanowiłem przesłuchać jej drugi/pierwszy album, “The Fame Monster”, w myśl zasady trzeba poznać wroga coby z nim walczyć.

Czemu “drugi/pierwszy”? Jest to bowiem wydawnictwo dwupłytowe: na pierwszy krążek składają się nowe piosenki, drugi to reedycja “The Fame” plus remixy, bi-sajdy singli. Musicie przyznać, że nie jest to zbyt popularne wśród artystów pop. Zazwyczaj rzuca się fanom jedną płytę, bo dwa krążki to może być za dużo dla pokolenia poznającego okładki płyt z Google Grafika. Czysty od jakichkolwiek uprzedzeń wobec rozdmuchanej kariery GaGi, przystąpiłem do przesłuchania płyt w kolejności chronologicznej (czyli na pierwszy ogień – “The Fame”).

Jest źle. A nawet bardzo. Bo powinienem lubić tego typu muzykę! Tzn. pełną nawiązań do synth-popu, tak ukochanego przeze mnie kiczu elektronicznego. Ale nic z tego, te lata 80. w wykonaniu Stefani Joanne Angeliny Germanott są zbyt powypychane wszystkimi paskudztwami popu ostatnich lat. Czyli syntetyczny bas, wokal podciągany przez elektronikę, pojękiwania a la TimbaTimbaland, produkcja miażdżąca swoją hałaśliwością uszy słuchacza, a wszystko to skrojone do potrzeb Normalnego Słuchacza Masowej Papki. Prawie cała płyta to zestaw tego, czego nienawidzę we współczesnej muzyce. To, co irytuje najbardziej, to kretyńskie, kiczowato-hedonistyczne teksty (mój faworyt: “Lovegame”, z pełną piękna linijką: “Chce się przejechać na twojej dyskotekowej pałce“). Na “The Fame” są dwie piosenki, które (cholera jasna, powiedz to!) mi się spodobały. “Paparazzi”, za naprawdę ładnie i zgrabnie złożoną melodię i piosenka dodatkowa, czyli “Again, Again” (ta ostatnia przypomina mi wręcz niektóre ballady Harrisona, te po fascynacji sitarem i hindusami). I to tyle, jeśli chodzi o “The Fame”. Może komuś spodoba się to sypanie pudrem i brokatem między oczy – mnie nie.

Po zderzeniu się z plastikowym do n-tej potęgi krążkiem II, przyszła pora na “Monster”. Ufff, tylko osiem tracków, czyli mniej miejsca do spieprzenia płyty! Pierwszy utwór (“Bad Romance)” daje pewną nadzieję na lepszy album, ale w momencie, gdy Lady GaGa powtarza swoją chwytliwą ksywkę (“O LaLaLaLa, GaGa, ULaLa”) mam ochotę zniszczyć ludzkość za to, że takie coś się ludziom podoba. To pop, czepiasz się, to jest muzyka do zabawy, baby, nie jakiś stary rusek tworzący utwory o wiośnie.

Tak, Lady GaGa niewątpliwie jest artystką pop, ale do cholery, przecież ten gatunek też miał jakiś poziom, też coś sobą reprezentował! To pewnie ja mam ze sobą problemy, ale nie potrafię dobrze bawić się przy “O LaLaLaLa, GaGa, ULaLA“. Nawet po pijaku. Moja siostra mówi, że “nie czaję takiej muzy”. I jeszcze długo bym tak mógł pluć jadem, ale akurat włączyła się piosenka “Speechless”. “Cholera, przecież to “Something” Beatlesów!”. Początek utworu do złudzenia przypomina tą piękną kompozycje (podobne brzmienie gitar). Pełen sukces pani Stefani Joanne Angelino Germanott! Fan Zappy nuci sobie nocą refren tego utworu. Potem mamy, niestety, kolejne utwory skrojone dla N.S.M.P (“Dance in the Dark”, “Telephone” z gościnnym występem pani Beyonce, praktycznie niesłyszalnej, bo zagłuszonej przez basiorową masakrę). Koniec Monster na szczęście jest udany: zgrabne “So Happy I Could Die” (ach, przypomniał mi się utwór DM, “Sometimes I Wish I Was Dead”, nieważne) i “Teeth”. Tej ostatniej kompozycji poświęcę trochę więcej miejsca. Widać, że Pani GaGa nie kryje swoich pociągów do eksperymentowania. “Teeth” to z lekka psychodeliczny (dziwne sample w tle), marszowy utwór. Coś świeżego, innego! Wreszcie! Z przyjemnością słucha się tego lekko pokręconego popu, mając nadzieję, iż na następnym albumie Stefani Joanne Angelina Germanotta odważy się na więcej niespodzianek.

A więc:
Królowa Popu?
Druga Madonna?

Na odpowiedź na te pytania potrzeba trochę więcej czasu. Jak dotąd, GaGa radzi sobie bardzo dobrze we wszelkich zestawieniach Najlepiej Sprzedających Się (bo raczej tak przelicza się status gwiazdy pop). Ale czy ma taką siłę jak Madonna, tyle samozaparcia? Na pewno ma pomysł na własny wizerunek, wzbudzanie kontrowersji wychodzi jej bardzo dobrze (wystarczy zajrzeć na Pudelka albo innego Labradora). Teledyski artystki to cudeńka współczesnego popowego wideoklipienia, a jej występy swoim blichtrem powoli przeganiają pomysłowością Królową Lotniska Bemowo. Rozumiem to, iż popularna ostatnio polityka szukania Zbawiciela Muzyki wymaga nadawania jak najdłuższych tytułów nowym gwiazdom, ale przesadą jest przyklejanie do kolejny artystów tak dużej ilości łatek, że nie widać właściwie samego artysty. Niech Stefani Joanne Angelina Germanotta wyrobi sobie pozycję na rynku, może nas czymś zaskoczy? Może jest na tyle odważna, że wykręci całemu światu niezły numer i pokaże się z zupełnie innej strony? Może, może, może…

Pewne są dwie rzeczy:
a) wreszcie mamy artystkę wyrazistą (co z tego, że wyglądającą na każdym zdjęciu inaczej?)
b) pani GaGa umie śpiewać. Wystarczy przesłuchać nagrania na żywo.

A ja tam czekam na powrót Amy Winehouse…

Łukasz Żurek 

wyszperaj coś więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (25 głosów, średnio: 6,00 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.