06.08.2009 23:42

Autor: Krzysztof Kowalczyk

La Roux – “La Roux”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


la-roux-la-roux.jpg La Roux – “La Roux”

Moda na klimaty w stylu “eighties” atakuje z każdej strony za pomocą muzycznych debiutów. O ile cieszę się, że cold wave i nowa fala mają spory wpływ na to, co teraz wyrabiają młodzi, żądni co najmniej takiego sukcesu jak Arctic Monkeys, o tyle pop pewne rzeczy powinien zostawić w spokoju.

La Roux to kolejni namaszczeni i pobłogosławieni przez prasę z Wysp. Dzięki Little Boots mogliśmy się ostatnio przekonać, że ci przyszli konkwistadorzy list przebojów okazują się często zwykłą wydmuszką. Twórczość duetu  złożonego z Elly Jackson (wokal i keyboardy) i Bena Langmaida (produkcja) wydaje się być zasługą tego głównie drugiego. Langmaida swego czasu, razem z Rollo Armstrong (Faithless), był założycielem projektu Huff & Puff i od tamtego momentu utrzymuje kontakt z angielską sceną, więc posiada on pewien bagaż doświadczeń. I to słychać. Robota producencka, jaką wykonuje w La Roux, jest wysokiej próby. Wszystkie syntezatory i sample brzmią bardzo autentycznie, jakby żywcem wyjęte z tego, co działo się muzyce dwie dekady temu. Problem w tym, że właściwie tylko wspomnianym brzmieniowym wehikułem czasu grupa naprawdę imponuje na swojej debiutanckiej płycie, nazwanej zresztą wielce oryginalnie “La Roux”.

Nie można Jackson odmówić stylowej kreacji, a także charakterystycznego głosu. Połączenie wielkich, kolorowych tenisówek z wokalem przypominającym nieco Annie Lennox rzeczywiście pozostaje w pamięci. Ale nawet ja, człowiek uwielbiający śpiew Matta Bellamy’iego razem z jego kosmicznie pompatycznym falsetem, nie mogę momentami znieść histerycznej maniery, jaką prawie bez przerwy operuje damska część La Roux. Bez problemu akceptuję taką żarliwość przy akompaniamencie przesterowanych gitar w rockowych hymnach. Ale to jest synthpop na miłość boską i nie chcę przy każdej piosence musieć wysłuchiwać stuprocentowej egzaltacji na temat “zerwałam z chłopakiem i teraz jestem ucieleśnieniem emancypacji”. Za dużo śmiertelnie poważnej ekscytacji, za mało dystansu.

Na tym tle pozytywnie wyróżnią się “Colourless Colour” – najlepszy dowód, że spuszczenie momentami z tonu daje dobre efekty. Podobny charakter posiadają także “As If By Magic” oraz “Armour Love”. Gdybym już miał wyróżnić jeden z emocjonalnie rozdmuchanych kawałków, wskazałbym na “Bulletproof”, głównie ze względu na ciekawie rozwiązaną sekcję rytmiczną.

Debiutancki krążek La Roux to z pewnością rzecz porządnie wyprodukowana. Ale czy dająca się słuchać? Trudno mi powiedzieć, czemu odnieśli taki duży sukces – pewnie to zasługa świetnej stylizacji, dzięki której wyglądają i brzmią, jakby zaczynali grać w czasach The Human League. Opakowanie ładne, ale zawartość pusta. Brak też w twórczości duetu jakiegoś punktu zaczepienia, charyzmy i osobowości. Ja tymczasem wracam do Late Of The Pier, bo akurat chłopaki wiedzą jak czerpać pełnymi garściami z tego, co już było, dodając przy tym szczyptę swojego talentu.

Krzysztof Kowalczyk

wyszperaj coś więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (26 głosów, średnio: 7,62 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.