01.01.2011 01:13

Autor: Zylka

Kings Of Leon – “Come Around Sundown”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


kol_sun.jpg Kings Of Leon – “Come Around Sundown”
Sony / 2010

Podejrzewam, że najbardziej przykrą recenzją może być po prostu jej brak. Nic tak nie boli jak ignorancja.

I choć nie podejrzewam, żeby ten tekst doszedł do kogokolwiek za wielką wodą nie odczuwam z tego powodu żalu, bo piąta płyta KOL zmieniła w moim życiu tyle, ile zmasowane opady śniegu w Nowym Jorku widziane z perspektywy domowej kanapy.

Braci Followill pokochałem za “Because Of The Times” i “Only By The Night”, czyli dwa poprzedzające ostatni album wydawnictwa. Na fali indie-popowych zespołów z rodowodem w latach 2000 Amerykanie sprawiali wrażenie prawdziwie zaangażowanych, co więcej – utalentowanych! I zdania nie zmienię, choćby dlatego, że dokładnie pamiętam tekst do “On Call”, a na domówkach często z własnej woli uruchamiam “Sex On Fire” i “Use Somebody”. Za to ich polubiliśmy, za typowe singlowe strzały przywołujące jedynie miłe wspomnienia mimo setek odtworzeń w stacjach radiowych podczas czasu największej słuchalności.

Na “Come Around Sundown” strzał takich niestety brakuje. Kings chyba za bardzo wzięli sobie do serca niekoniecznie dobre rady o konieczności stania się zespołem dojrzałym. Takim prawdziwym, który wyznacza kierunki, cele i niesie na dodatek wyższe przesłanie. Spoważnieli nam panowie, zmarkotnieli. Zamiast odciąć się na dobre od teksańskich korzeni przodków i osiąść na dobre (także mentalnie) na Wyspach, postanowili nagrać ballady i romanse w atmosferze nienajlepszego rdzennego country.

Materiał nagromadzony na “Sundown” równie dobrze mógłby być nagrany w formie jednego utworu trwającego 47 minut i 24 sekundy. Nikt by się zauważył różnicy, bo jeden utwór od drugiego różni się prawie że niczym. W “Mary” riffy przyciągają do nas wspomnienia o znanym na przełomie lat 80. i 90. zespole Aerosmith, a nie jest to chyba skojarzenie nobilitujące. I niestety jest to jeden z niewielu momentów tej płyty rzucających się na uszy, a że akurat taki…

Przyznaję, przemawia przeze mnie rozczarowanie. Gdyż ceniłem sobie ich twórczość i jest mi najzwyczajniej żal tej płyty. Płyty, nad którą zespół pracował najdłużej w swojej dotychczasowej karierze.

Trzy utwory przypominające nam o tym, że ciągle jeszcze mamy do czynienia z zespołem, który zapełnia największe stadiony świata, nie wystarczą. Mam na myśli “The End”, “Pyro” oraz “Radioactive”. Trzy na trzynaście? Przyznacie, że wynik nie powala, jeżeli przypomnimy sobie, że jest to już piąta płyta bandu. Single na listach sobie poradzą, ale o płycie zapomnimy zanim nowojorscy drogowcy zdąża wysypać sól na Piątą Aleję.

Krzysiek Żyła

wyszperaj coś więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (23 głosów, średnio: 7,26 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.