24.06.2012 11:31

Autor: Krzysztof Kowalczyk

Japandroids – “Celebration Rock”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


Japandroids – “Celebration Rock”
Polyvinyl Records/2012

Przywracanie czci Bon Joviemu.

Debiut Japandroids był wspaniale bezpretensjonalny. Proste riffy, piosenki o poznawaniu dziewczyn, marzeniach, strachu przed śmiercią i o tym, że pada deszcz w Vancouver. “Post-Nothing” było płytą w urzekający sposób nonszalancką – Brian King i David Prowse nie potrafili za bardzo śpiewać, trochę lepiej u nich było z graniem na perkusji i gitarze, choć zdarzało im się nie trzymać rytmu. Lecz kto by się tym przejmował przy takiej dawce entuzjazmu.

Druga płyta duetu to mała stylistyczna wolta. Utwór “Fire’s Highway” ma nie tylko nazwę, której nie powstydziłby się sam Eddie Van Halen, ale także chwytające za serce i jednocześnie energetyczne riffy. No tak, to kiedyś musiało nadejść. Mieliśmy rehabilitacje ejtisowego kiczu i metalowego mroku, teraz chyba przyszedł czas na przywrócenie czci gatunkowi tak niewymownie złemu, że aż pociesznie zabawnemu. Tak, mam na myśli hair metal.

Pierwsza połowa “Celebration Rock” to rzeczywiście prawdziwa celebracja rocka. Jest patos, są wykrzykiwane z pasją chórki, tylko brakuje pełnego stadionu i wytapirowanego wokalisty latającego nad tłumem dzięki podpiętym pod dach szelkom. Jeśli ktoś ma jeszcze wątpliwości, dodam, że album otwiera “The Nights of Wine and Roses”, zamyka “Continuous Thunder”, a w obu tych kawałkach słychać, dosłownie, fajerwerki. W drugiej połowie płyty zespół wraca do bardziej garażowych klimatów i w tej części znajduje się najlepszy numer albumu – wyrażające tęsknotę za nastoletnim szaleństwem “Younger Us”.

Próba oswojenia hair metalu jest pomysłem dziwnym, ale ciekawym. Na szczęście, punkowy entuzjazm bijący od muzyki Japandroids pozostał taki sam. “Celebration Rock” cierpi jednak na brak piosenek, które momentalnie zostawałyby w głowie; po przesłuchaniu “Post-Nothing” zdarzało mi się nagminnie nucić któryś z numerów, a w przypadku tej płyty mam wrażenie, że kawałki przelatują przeze mnie, nie zostawiając po sobie większego śladu. Mimo to, nowy krążek Kanadyjczyków jest fajnym gitarowym graniem, tyle, że bez takich evergreenów jak “Crazy/Forever”.

Krzysztof Kowalczyk


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (10 głosów, średnio: 7,30 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.