18.10.2010 21:45

Autor: Malwina Mus

Janek Samołyk – “Wrocław”

Kategorie: Albumy polskie, Recenzje

Wykonawcy:


samolyk.jpeg Janek Samołyk – “Wrocław”
Polskie Radio / 2010

Materiał z albumu “Wrocław” fragmentarycznie docierał do uszu fanów od kilku lat, moszcząc Jankowi miejsce gdzieś pomiędzy sceną rockową a poezją śpiewaną. Zastanawiałam się, w którą stronę pchnie artystę jego kompletne wydawnictwo. W dalszym ciągu się nad tym zastanawiam.

Proces rozpakowywania nabytej w sklepie muzycznym płyty – mistyczna wariacja zapachu folii, błysku hologramu, szorstkości lub uległości książeczki. Każdy raz jest dziewiczy, każdy raz jest pierwszy i niepowtarzalny. Doświadczeni rozpruwacze mogą się jednak pokusić o pewne zestawienia. W ten oto sposób porównałabym niedawne inicjalne przesłuchanie “Wrocławia” – debiutu fonograficznego Janka Samołyka, do przeżycia sprzed lat pięciu, kiedy młodym pacholęciem będąc dobierałam się do “Wersji z napisami” Delonsów. W jednym i drugim przypadku obcowałam z płytą oczekiwaną i dopracowywaną przez długie lata. Obie propozycje zdołały mnie uwieść.

Album Samołyka zawiera kilka piosenek inspirowanych brytyjskim rockiem i brzmiących jak dokonania Marka Jałowieckiego czy wczesnego Myslovitz (proponuję odkurzyć sędziwą już “Krótką piosenkę o miłości” i zestawić ją z “Updating Family Trees”). Zapewne i Janek nie zżymałby się na takie porównanie – sam chętnie wylicza wśród swoich muzycznych idoli “papieża mysłowickiej alternatywy”. Nie odkryłam tym samym niczego nowego, podobne porównania towarzyszą bowiem artyście od chwili, gdy jego muzyka zaczęła pałętać się między kowadełkiem i strzemiączkiem krytyków. Tak zwani znawcy, poszukując podobnych Jankowi indywiduów, chętnie zestawiają Wrocławianina również z przedstawicielami polskiej poezji śpiewanej. Jest zbyt wcześnie, by wyrokować, czy w osobie Janka Samołyka odrodziła się postać Marka Grechuty, jak chcieliby niektórzy. Osobiście podpiszę się pod tą tezą zachowawczo – jedną ręką, palcem drugiej dłoni wskazując na “Piosenkę o pointach” oraz utwór “Zdjęcia”. Natręctwem krytyka jest wciskanie muzycznej nowalijki w równo wygrabione grządki, by tam – na dogodnej ściółce, osłoniona gąszczem odniesień – jak najlepiej się przyjęła. O prawdziwej wartości każdego debiutu przekonamy się jednak dopiero smakując go pojedynczo i na surowo. Co też niniejszym czynię.

Zapuszczając się w głębokie rewiry “Wrocławia” najpierw napotykamy “Wszy”. Singiel promujący cały album grzeszy infantylnym tekstem (“w dresy różne przyodziani, wszy parszywe, ale dziani;(…)sprzęcior kupią sobie nowy, stanie dla nich się zaszczytem uraczyć mnie nowym bitem”), lecz odpokutowuje go chwytliwą, wpadającą w ucho muzyką. Nieco dalej pojawia się “Piosenka o pointach”. To właśnie ona padła ofiarą zapętlenia w moim odtwarzaczu. Ja tymczasem, długo pozostając pod przemożnym wpływem jej melodii, bujałam się zamaszyście na boki i w przód, irytując postronnych obserwatorów. I tak się wzajemnie nad sobą znęcałyśmy, a przemoc ta miała posmak perwersyjnej przyjemności. Przy “I ain`t gonna give up (yet)” w bezruchu nie ostała się żadna kończyna, a charakterystyczne “turururu” dośpiewywałam gromko, nie krygując się przed nikim. Utwór, który świetnie sprawdza się na koncertach, jest moim typem na kolejnego singla. Na rogatkach pozostał jeszcze tytułowy “Wrocław” – piosenka-impresja, piosenka-emocja, znana fanom Janka od dłuższego czasu, lecz nie tracąca nic ze swego pierwotnego uroku.

Tak zarysowany szkielet płyty wypełniony jest jeszcze kilkoma równymi, dobrymi, porządnymi piosenkami. No właśnie – porządnymi! “Wrocław” to istny konstrukcyjny majstersztyk, cacko dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. Pobrzmiewające w poszczególnych utworach dźwięki waltornii, skrzypiec, kontrabasu i klarnetu, na które Samołyk zwraca uwagę w wielu swoich wypowiedziach, są tego dobitnym przykładem. Janek dysponuje również głosem, którego możliwości pozazdrościć by mu mogło niejedno indie bożyszcze. Swoim aparatem mowy potrafi przeszusować przez wokalizy Thom`ego Yorke`a, Stinga, a w wolnym czasie spokojnie mógłby dubbingować prof. Jana Miodka. Zapisem zdumiewających harców po szczeblach gamy jest chociażby wspomniana już “Piosenka o pointach”.

Całości dopełnia klip przywołujący na myśl kafkowskie majaki oraz okładka albumu utrzymana w podobnej stylistyce. Sukces? Hola, hola, nie tak szybko! Była mowa o muzycznych wpływach i zależnościach, było o kontynuowaniu starych, dobrych wzorców, tymczasem samo zjawisko Janka Samołyka jest dla polskiego odbiorcy nowością. Ni to melancholijny śpiewający poeta, ni to wymuskany piewca libido; zapraszać go na juwenalia, święto miasta czy na wieczorki literackie? Janek Samołyk z debiutanckim “Wrocławiem” pod pachą nie wstrzeli się w żadną obowiązującą współcześnie modę, ale zmuszony jest przekonywać słuchaczy do własnej koncepcji muzyki i walczyć o swoje. Pomożecie? Ja pomogę!

Malwina Mus

If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it's missing. Get Flash Player from Adobe.

wyszperaj coś więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (34 głosów, średnio: 7,68 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.