24.11.2009 22:19

Autor: marcin

Indigo Tree – “Lullabies of Love And Death”

Kategorie: Albumy polskie, Recenzje

Wykonawcy:


Binder1.pdf Indigo Tree – “Lullabies of Love And Death”
Ampersand Records/2009

Filip Zawada, były basista Pustek, po ucieczce w poezję oraz fotografię, powraca z nowym projektem muzycznym. Razem z Peve Letym, w myśl freak-folkowego minimalizmu, nagrali album pełen dwuznacznych odniesień oraz emocji.

Powoli staje się tradycją, że jesień przynosi w krajowej muzyce wysyp dobrze brzmiących, zaskakujących albumów. W ubiegłym roku otrzymaliśmy m.in. wydawnictwa projektów Klimt oraz Materac. Tym razem podobną niespodziankę zgotował, powstały na peryferiach Wrocławia, zespół Indigo Tree. W jego skład wchodzą wspomniani Filip Zawada oraz tajemniczy bard Peve Lety. Filip Zawada, odchodząc z Pustek, pewnie nie przypuszczał, że w kilka lat później zostanie wysłany na orbitę całkiem innej muzycznej planety. Początki Indigo Tree to bowiem muzyka eksperymentalna, plasująca się na styku songwritingu oraz muzyki filmowej. Co prawda za czasów swojej poprzedniej formacji, muzyk napisał z zespołem kilka ścieżek dźwiękowych dla teatru i filmu, jednak Pustki zawsze pozostawały zespołem bardziej skupionym na wydawaniu kolejnych singli oraz albumów. W Indigo Tree granica pomiędzy eksperymentem a tym, co słyszymy na płycie, jest płynniejsza. Już po pierwszym wysłuchaniu najbardziej rzuca się, poniekąd wynikające z eksperymentalnej formy utworów, wciągające operowanie nastrojem.

Muzycznie płyta w dosyć sprytny sposób przenosi pewne rytmiczno-melodyczne patenty, które zawładnęły falą neo-folkowego songwritingu. Słychać to zwłaszcza w utworach uciekających od klasycznego, folkowo-bluesowego brzmienia, do którego można porównać niektóre z propozycji Indigo Tree. Najlepiej na tym tle wypada singlowy “iamthecar” (pobierz) oraz liryczny “kitchenoflove”. Motoryka “iamthecar” miło łechce uszy znajomymi odniesieniami do Animal Collective czy The Dodos. Wydawać by się mogło, że w dzisiejszych czasach nie trudno o podobne brzmienie, jednak na naszej krajowej scenie podchodzi się do tej stylistyki z dystansem. Czy można sądzić, że ten pierwszy krok coś zmieni? Nie byłbym aż takim optymistą. Zwłaszcza, że “Lullabies of Love And Death” w większości utworów rezygnują z próby uwiedzenia słuchacza nowatorską techniką gry (na co mogłyby naprowadzać dwa pierwsze utwory).

Sporym walorem krążka okazują się za to linie wokalne. Słychać, że muzycy przyłożyli się do aranżacji. W swobodny i bezkompleksowy sposób oplatają głosami kilkuakordowe melodie. Dzięki temu nie trzymają się jednej linii, urozmaicając ascetyczne brzmienie poszczególnych utworów. Od wyciszonych melodii w stylu Phila Elvruma w “carwheel”, po niepokojące, niewyraźne głosy, jak w “swell”. Strach pomyśleć co by było, gdyby zespół było stać na wynajęcie chóru. I znów patrząc pod tym kątem, pomyślałem, że całkiem nieźle, iż ktoś w końcu pomyślał o tym, aby swoje akustyczne wypociny podkolorować ciekawym zagraniem wokalnym. Wiadomo, że nasi bracia zza Oceanu rodzą się z tą zdolnością, nic jednak nie stoi na przeszkodzie, żeby podobną swobodę zastosować na rodzimym gruncie.

No i w końcu przechodzę do sprawy wspomnianej warstwy uczuciowej krążka. Byłoby oczywistością stwierdzić, że górskie okolice, w których powstała część materiału, wpłynęły znacząco na klimat płyty. Rzeczywiście nastrój, klimat czy jakkolwiek by tego nie nazwać, zmienia się jak krajobrazy za oknem podczas podróży dalekobieżnym pociągiem. Przedział pustoszeje, a Wy zastanawiacie się, dokąd tak naprawdę ten pociąg was zawiezie. Atmosfera “Lullabies of Love And Death” balansując pomiędzy jasnymi i mrocznymi tonacjami, krąży wokół czegoś wyraźnie niepokojącego.

Ciężko mówić w wypadku “Lullabies of Love And Death” o braku pomysłowości. Chociaż album nie wprowadza żadnej rewolucji, to na tle tego co słychać ostatnio w naszym kraju (a słychać coraz lepiej), płyta pobudza pewne punkty, które nie wiedzieć czemu nie miały jeszcze odbicia w rodzimych projektach. I to może stanowić pewien punkt wyjścia. Jak będzie? Zobaczymy.

Marcin Bieniek

If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it's missing. Get Flash Player from Adobe.

wyszperaj coś więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (20 głosów, średnio: 7,60 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.