27.08.2009 21:04

Autor: marcin

I lost myself, czyli o koncercie Radiohead w Poznaniu

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów

Wykonawcy:


Radiohead (12).jpg I lost myself, czyli o koncercie Radiohead w Poznaniu

“Koncertowe wydarzenie roku” na szczęście okazało się być mniej medialne niż występy U2 czy Madonny. Dzięki temu zarówno atmosfera wokół koncertu, jak i sam występ, zyskały na intymności. Tutaj naprawdę chodziło o muzykę.

To nie był koncert nieznanego bliżej zespołu, który odwrócił britpop do góry nogami, odbywający się w jednym z polskich klubów koncertowych, jaki z pewnością byłby po wydaniu płyty “The Bends”. Nie był to także koncert autorów najważniejszej płyty trwającego dziesięciolecia, na punkcie których zwariował cały muzyczny świat, jaki bez wątpienia byłby w okolicach roku 1997. Nie zetknęliśmy się także z zespołem, który w całkowicie nowy sposób pokazał, jak na nowo połączyć tradycyjne brzmiące instrumenty z awangardową elektroniką, a tak prezentował się obraz Radiohead po wydaniu “Kid A”, “Amnesiac” i wieńczącego okres szeroko zakrojonego eksperymentu brzmieniowego albumu “Hail To The Thief”. Radiohead, którzy wystąpili wtorkowego wieczoru w poznańskim Parku Cytadela, to zespół który wyczerpał idee nagrywania płyt kompaktowych i będąc obecnie w dziwnym zawieszeniu pomiędzy aktywnością koncertowo-wydawniczą, a działalnością na rzecz ekologii zdecydował się poodwiedzać te miejsca, które do tej pory omijał na swojej trasie koncertowej.

W marcu tego roku pojawili się w Meksyku, Brazylii, Chile i Argentynie. Występ w Polsce, który przekładano z roku na rok, wydawał się faktem. Kiedy (jak się wtedy zdawało) jedyny możliwy organizator zdolny ściągnąć Radiohead na koncert, czyli Alter Art, oznajmił, że w tym roku nic z tego, ponieważ grupa nie zagra już nigdzie do końca roku, nadzieje opadły. Tym większe było zdziwienie, kiedy Poznań ogłosił, że w ramach festiwalu “Poznań dla Ziemi” wystąpi nie kto inny jak właśnie grupa z Oksfordu. Chociaż muzycy pojawili się w Polsce 15 lat temu, grając na molo w Sopocie i biorąc pod uwagę to, że ominęli nas w czasach swej największej aktywności, to dopiero ten koncert można uznać za w pełni świadomy. Po 16 latach od debiutu Radiohead przyjechali do Polski, żeby zagrać koncert dla fanów, których zdążyli zgromadzić przez ten okres. Dzięki temu średnia wieku fanów w Cytadeli wahała się w okolicach lat 25.

Radiohead.jpg Chociaż biletowe szaleństwo trwające w początkowym okresie sprzedaży biletów na koncert przybierało formę gorączki, w późniejszych tygodniach zaowocowało wariacką sprzedażą wejściówek na forach internetowych, często za połowę ceny. Mimo tego, 25. sierpnia w Parku Cytadela zgromadziło się około 40 000 osób. Wynik całkiem niezły, biorąc pod uwagę, że Radiohead w naszym kraju nie ma tak wyrobionej pozycji jak U2, Madonna czy chociażby Pearl Jam, który w 2007 wypełnił szczelnie Stadion Śląski. Koncert zaplanowany na godzinę 21.00 poprzedził występ niemieckiej formacji Moderat, która (jeśli wierzyć doniesieniom prasowym) rozruszał nawet piasek na Płockiej plaży. Mowa oczywiście o festiwalu Audioriver, gdzie muzycy wystąpili 7. sierpnia tego roku. I rzeczywiście. Tych troje muzyków, wspomaganych ascetycznymi wizualizacjami, zaprezentowało interesującą mieszankę elektroniki, bliską dokonaniom Chemical Brothers. Po godzinie zeszli ze sceny, którą stopniowo zamieniano w scenografię odpowiednią dla występu Radiohead. Obyło się bez szaleństw – sporo łagodnego oświetlenia plus 2 (3?) telebimy posyłające sygnał wizualny w świat.

Koncert wystartował o czasie. Nawiązując do pierwszego akapitu, dostaliśmy zespół będący wypadkową wszystkich doświadczeń zebranych podczas nagrywania swoich kolejnych płyt. Ciężko w takim wypadku było nastawić się na konkretny set, konkretny obraz Radiohead. Dzięki temu obok siebie mogliśmy usłyszeć tak kontrastowe utwory jak “2+2=5″, “Street Spirit (Fade Out)” oraz “The Gloaming”. No ale po kolei.

W momencie gdy z głośników popłynęło intro, scenę zalało niebieskie światło. Muzycy wyszli zza kulis i z początkowego dźwiękowego chaosu, powoli wydobył się wyraźny beat z otwierającego ostatni album utworu “15 Step”. Podobnie rozpoczynali większość ostatnich koncertów. Na publice nieustanne owacje, a na scenie Thom wykonujący swój dziwny taniec z mikrofonem. Jeśli chodzi o kontakt z publiką, to ograniczała się on do kilku “dziękuję” wspartych zaczepnymi spojrzeniami. Znając specyfikę wokalisty Radiohead nikt raczej nie liczył na więcej. W miarę trwania koncertu kontakt wyraźnie się zacieśniał, co widać było zwłaszcza w zaskakującym “You and Whose Army” (ktoś się spodziewał, że to zagrają?). Thom co jakiś czas w demoniczny sposób odwracał głowę od pianina i ogarniał wzrokiem (okiem!) publikę.

If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it's missing. Get Flash Player from Adobe.

Przed finałowym “Creep” padło kilka bardziej złożonych zdań, z których wynikało, że zespół nienajlepiej czuł się z faktem, że przez tyle lat nie udało im się dojechać do Polski oraz, że w związku z tym nie dadzą rady zagrać wszystkiego. No to zagrali – “Creep”. Widząc Jonny’ego w swoim żywiole, poczułem się zupełnie jak w pochodzącym sprzed kilkunastu lat klipie do tego utworu. Trzeba też dodać, że najbardziej ucieszonym członkiem kapeli był bezapelacyjnie Colin Greenwood, dyrygujący od czasu do czasu oklaskami publiczności.

Dalsza część koncertu, od utworu do utworu, zahaczała o różne okresy radioheadowej działalności. Jako drugie usłyszeliśmy dynamiczne “There There”, z mocną energetyczną końcówką. Grupa prawie całkowicie pominęła album “The Bends” skupiając się głównie na promowaniu najnowszego materiału. Zabrakło “Planet Telex”, “Fake Plastic Trees” czy zagranego dwie noce wcześniej “The Bends” (kto przez przypadek znalazł się pod bramami Cytadeli, w okolicach godziny 14 mógł go usłyszeć na próbie – podobnie jak “Pyramid Song” i “Nice Dream”, których nie wykonano na koncercie). Całym wieczorem rządziło “In Rainbows”, z którego zagrano aż 9 utworów (łącznie ze zbędnym “Bangers’n'Mash”, który wypadł słabo, w przeciwieństwie do równie energetycznego “Myxamatosis”). Należy tutaj wyróżnić wykonane po sobie “Nude” oraz “Videotape”. Chociaż na płycie brzmią bardzo delikatnie i intymnie, ich wykonania koncertowe w żadnej mierze nie ustępowały wersjom studyjnym. Zaraz po nich Yorke zapowiedział kolejny utwór: “możecie go znać … chociaż może i nie“, którym okazała się być “Karma Police”. Końcówkę utworu można zaliczyć do najpiękniejszych momentów koncertu. Thom grając tylko na gitarze odśpiewał z publicznością wers “And for a minute there, I lost myself, I lost myself“. Nie do zapomnienia.

If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it's missing. Get Flash Player from Adobe.

Bisy przyniosły kilka zaskoczeń. O ile w Pradze postawiono na delikatność wykonując chociażby ultraunikalne “True Love Waits”, w Poznaniu otrzymaliśmy w prezencie “I Might Be Wrong” oraz “Lucky”, które ubarwiły końcówkę koncertu. Zagrany podczas pierwszego bisu nowy utwór – “These Are My Twisted Words”, który od kilku dni krąży w internecie, chociaż do pewnego momentu przyciąga uwagę jednostajną melodią, jest zbyt rozmyty i niewyrazisty jak na poziom Radiohead. Czyżby nagrywali go bez Godricha? Nie wierzę, że pozwolił im zarejestrować tak słabo zaaranżowany utwór. W “The National Anthem” pojawiły się fragmenty audycji radiowej którejś z polskich rozgłośni (Toruń?). Na sam finał, jak już wspomniałem, wybuchło “Creep”. Chyba nikt nie wyobrażał sobie innego zakończenia tego koncertu. Po przeszło dwugodzinnym koncercie muzycy zeszli ze sceny.

To, co działo się w drodze wyjściowej przypominało lekki koszmar. O ile 40 000 w miarę sprawnie zdołało się zgromadzić na miejscu koncertu, o tyle wyjście tej masy przez jedną bramkę owocowało w godzinne przemierzanie 50 metrowego kawałka dzielącego publikę od wyjścia. Samo przekraczanie sektorów wiązało się z przepychaniem się przez liczny tłum. Dodając do tego ceny oficjalnych koszulek, kurtek etc., zacytuję znajomą, która wracając nocnym pociągiem do Krakowa stwierdziła: “Poznań może i dla Ziemi, ale na pewno nie dla ludzi”.  Słowa pełne prawdy.

Podsumowując, koncert Radiohead nie zasługuje na medialne miano “koncertowego wydarzenia roku”. Z pewnością był nim dla wielu osób, które w końcu, po raz pierwszy miały okazję zobaczyć zespół na żywo – łącznie ze mną. Technicznie zabrzmieli  zarówno potężnie, jak i łagodnie, setlista pozostawiła wiele życzeń, które miejmy nadzieję spełnią się w niedalekiej przyszłości. Na kolejnym koncercie oczywiście.

Marcin Bieniek

Zdjęcia z koncertu w Poznaniu autorstwa Roberta Spasiuka:

Radiohead (10).jpg

 

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.