08.06.2010 20:36

Autor: Gosia

“I can’t get no sleep”, czyli taneczne szaleństwo na Selector Festival 2010

Kategorie: Czytelnia, Relacje z festiwali, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | | | | | | | | | |


selector-2010.jpg “I can’t get no sleep”, czyli taneczne szaleństwo na Selector Festival 2010

W ubiegły weekend oficjalnie rozpoczęliśmy sezon festiwalowy i to w  iście alterartowskim duchu, czyli solidnie i z rozmachem.

W dniach 4-5 czerwca na terenie krakowskiego Muzeum Lotnictwa odbyła się druga edycja Selector Festival – młodszego brata gdyńskiego Opener Festival. Przez te dwa dni dane było nam zobaczyć wiele dobrych i poprawnych koncertów, na szczęście z przewagą tych pierwszych. Myślę, że nie ma co się rozdrabniać nad sprawami organizacyjnymi (że trochę błota, że przystanki nieoznakowane itp), bo w gruncie rzeczy Alter Art spisał się na medal, wszak wymagało od nich tego ich duże doświadczenie w organizacji festiwali. Przejdźmy zatem do sedna: muzyki.

Dla mnie Selector Festival rozpoczął się od koncertu poznańskiej formacji Hellow Dog, których występ był miłą niespodzianką. Energicznie, z pompą, charyzmatycznie i bardzo treściwie. Żałuję, że nie mogłam zostać na koncercie do końca, bo według niektórych, był to jeden z lepszych koncertów całego festiwalu. Zostaje mi zatem wypatrywać daty koncertu Hellow Dog w Łodzi. Niedługo po nich na głównej scenie festiwalu pojawiła się pierwsza zagraniczna gwiazda Selectora – brytyjskie trio Friendly Fires, które w formie koncertowej rozszerzyło skład aż do 6 osób. I mimo dołączenia do instrumentarium saksofonu i trąbki, rozbudowania setlisty o 3 nowe utwory i niezawodnego tańca Eda, koncert ten niestety można zaliczyć tylko do grupy ‘poprawne’. Zabrakło trochę energii, trochę zgubili się gdzieś pomiędzy przepraszaniem nas, że dopiero teraz odwiedzili nasz kraj a staraniem się, aby ich nowe utwory (notabene w porównaniu z singlowym “Kiss of Life” słabe) zgrały się ze znanym już materiałem. Nie zmienia to jednak faktu, że koncertu tego do złych zaliczyć nie można, jednak dali oni sobie skopać tyłki młodszym kolegom z Delphic, ale o tym za chwilę.

calvinharris.jpg Następnie na dużą scenę wkroczyła jedna z głównych gwiazd festiwalu, czyli Thievery Corporation. Imponujący skład zespołu, z co chwila zamieniającymi się wokalistkami i przebojowy repertuar mieszający ze sobą dźwięki chyba wszystkich kultur świata to zdawałoby się genialny przepis na rewelacyjny koncert. Tak jednak nie było, bo mimo że wszystko odegrane było perfekcyjnie, a panie z mikrofonami przeurocze, to wszystko wyglądało i brzmiało jakby działo się gdzieś za szybą. Do tego niesamowicie szybko mnie znudzili. Po 40 minutach tego półtoragodzinnego show powiedziałam dość i poszłam zobaczyć jak poradzą sobie na scenie połączone siły Dick4DickLoco Star… i poradzili sobie dokładnie jak połączone siły tych dwóch zespołów. Spodziewałam się, że mnie zaskoczą, że zwalą z nóg, a tu dostałam trochę Dicków i trochę Loco Star, perfekcyjnie doprawionych odrobiną disco. Początek rewelacyjny, ale z piosenki na piosenkę energia z nich uchodziła. Szkoda, bo zapowiadało się na coś fenomenalnego. Ale to, co stało się chwilę później na Magenta Stage zatarło wszystkie niedociągnięcia tego festiwalu. Panie i panowie, przedstawiam największe ‘pierdolnięcie’ roku 2010, czyli Bloody Beetroots DC 77. To nie był koncert, to była rzeźnia. Ludzie szaleli, rzucali ubraniami, wspinali się na rusztowania, a zespół w maskach dokonywał, jak to zostało pięknie opisane w książeczce festiwalowej, dźwiękowej anarchii. Ten koncert zdecydowanie nie był dla ludzi o wrażliwych uszach. Szybko jednak otrząsnęłam się z tego, co zobaczyłam i usłyszałam na scenie czerwonej, bo za chwilę odbył się mój koncert tego festiwalu – na Cyan Stage wystąpił Calvin Harris. Dobrze, dobrze, ja wiem, że występ młodego Szkota nie był największą miazgą w ten weekend w Krakowie, ale z pewnością był jednym z lepszych. Calvin wraz ze swoim zespołem i śliczną wokalistką zaprezentował mieszankę hitów z pierwszej, jak i drugiej płyty. Widać było, ze tłum zebrany pod sceną nie mógł się oprzeć urokowi muzyka i skakał i klaskał jak Calvin im zagrał. Z resztą nie tylko nam się koncert podobał, sam artysta na swoim Twitterze dzień później napisał: “Woooow Krakow was so good ! Best show of the festival season so far! I love Poland! Hooray!”. Hooray Panie Harris!

delphic.png Dzień drugi rozpieścił nas pogodą, jak i muzycznym składem. Na dzień dobry przywitali nas debiutanci z Delphic. Jeśli ktoś przed festiwalem zapytałby mnie, który z młodych objawień sceny brytyjskiej poradzi sobie lepiej na scenie – Friendly Fires czy Delphic, postawiłabym z całą pewnością na tych pierwszych. I przez pierwsze trzy utwory koncertu Delphic nadal tak myślałam. Ale nagle stało się coś co sprawiło, że szybko zmieniłam zdanie i nawet przez moment głupio mi było, że w nich zwątpiłam. Po perfekcyjnie odegranych pierwszych 3 utworach panowie zaszaleli. Do swojego setu włączyli długie instrumentalne przejścia sprawiając, że koncert nabrał tempa. I mimo że popełnili podstawowy błąd grając wszystkie swoje hity na początek, to i tak ze sceny zeszli z podniesionym czołem z gromkimi brawami za plecami. Tak dobrze rozpoczętą passę na scenie Cyan wykorzystali również Metronomy, po których koncercie szczerze mówiąc wiele nie oczekiwałam. Lubie takie miłe zaskoczenia. Pełen humoru i przyjemnego brzmienia koncert w wykonaniu czwórki muzyków z lampkami przypominającymi mi trochę ‘Iron Mana’ na klatkach piersiowych skończył się zdecydowanie za szybko. Niesamowitą przyjemność sprawiło mi rozkoszne podskakiwanie i podśpiewywanie tekstu “Radio Ladio”.  Plusem krótkiego koncertu Brytyjczyków było to, że byłam w stanie zobaczyć prawie cały koncert projektu Niwea, chyba najbardziej kontrowersyjnej kapeli na całym festiwalu (no może poza Bloodyeetroots DC 77). Osoby, które do tej pory nie miały styczności z twórczością duetu były nieco zszokowane i szybko opuszczały namiot Burn’a. Jednak grupa zagorzałych entuzjastów zespołu była dość spora, co można było zauważyć, gdy pojawił się największy ‘hit’ Niwei, czyli “Miły Młody Człowiek” wyśpiewany chóralnie z większością sali. Z ręką na sercu, jeden z lepszych występów Selectora.

faithless.jpg Last but not least, o godzinie 12 na scenę wyszli Faithless, czyli niekwestionowana gwiazda festiwalu. No i nie wiem. Poważnie, mam problem z tym koncertem. Ja wiem, że to legenda i chociażby dlatego nie powinno się narzekać, ale wymęczyli mnie strasznie. W sumie koncert był naprawdę dobry i nie można im zarzucić braku profesjonalizmu, ale w życiu żaden koncert mnie tak nie wykończył (no może poza Pete’m Doherty’m). Może już jestem za stara, a może tylko wydawało mi się, że lubię Faithless. W każdym razie ludzie bawili się świetnie, więc koncert był chyba udany. Dodatkowo mam mieszane uczucia, kiedy podczas koncertu widzę wyświetlone na telebimach napisy typu “5,7 miliona ludzi w Afryce żyje z HIV lub AIDS” jak to miało miejsce podczas “Mass Destruction”. Rozumiem przesłanie, ale jakoś forma do mnie nie przemawia.

All in all, Selector Festival rozwija się w bardzo dobrym kierunku i tylko patrzeć jak stanie się poważnym konkurentem Open’era. Ale za nim to nastąpi zakładamy wygodne buty i za rok stawiamy się na tanecznym maratonie.

Gosia Lewandowska




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.