21.09.2010 08:00

Autor: Zylka

Hurts – “Happiness”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


hurts_cover_0.jpg Hurts – “Happiness”
Sony/2010

Estetyczny ideał nazywa się kiczem.

Były huczne zapowiedzi, była astronomiczna promocja, wróżby NME, przepowiednie BBC, zachwyty, nagrody, promocje i dająca nadzieje epka. A wyszło… wyszło jak zawsze.

Jest jedno ale, a może nawet więcej. “Happiness”, jak i cały ten twór, jakim jest duet złożony z Theo Hutchscrafta i Adama Andersona należy w gwoli sprawiedliwości społecznej i równości opinii rozpatrywać z kilku płaszczyzn, bądź (i tu mądre słowo) paradygmatów. Ich popularność przecież z czegoś się wzięła. Jest zjawisko – są odzewy.

Debiut Hurts należy do tego gatunku płyt, przy których po pierwszym przesłuchaniu dzwonimy do kolegów, dawnych dziewczyn, obwieszczamy na fejsbuku – że o to narodził się nam zbawiciel. Po drugim, zawstydzeni niewinnym wybuchem i nieprzyzwoicie niewspółmiernymi fanfarami chcemy to wszystko zdementować i zwalić na garb silnych środków przeciwgrypowych. A po trzecim stwierdzamy – nie no, to jest w porządku. Wciskamy płytę na półkę, a ona sobie tam już dogorywa w oczekiwaniu na przeprowadzkę czy najbliższą domówkę, kiedy ktoś zacznie nam szperać między pudełkami i choć przez chwilę weźmie ją do rąk.

I tu następuje seria “ale”.

Ale przecież nie każdy (z racji wieku bądź innych upodobań) mógł być fanem Visage, Camouflage, Depeche Mode z początku lat 80. czy Pet Shop Boys. I odnajdzie (może dziewiczo) na tej płycie naprawdę solidny fragment synthpopu. Na “Happiness” co drugi utwór to przecież singiel-killer. 3:30 min, refren, chwytliwy klawisz, intrygujący (acz skalkowany) sampel. “To jest genialne w swojej prostocie” powiedzieć by można. No może by i można.

Ale przecież płytę składał sam Mark Stent, współpracownik takich nazw i nazwisk jak Bjork, Muse, Erasure, Dave Matthew, wspomniane Pet Shop Boys, Goldfrapp, ale także… Spice Girls, Craig David czy S Club 7. Co po raz wtóry upewnia nas, że jest to płyta po prostu dobrze i przyjemnie brzmiąca, a przecież muzyka to rozrywka, rozrywka ta służyć ma miłemu spędzeniu czasu, a nie od razu zmuszać nas do wysiłku analizy tego, co z głośnika leci. Czyż nie?

Ale przecież zżynają od najlepszych, a kiedy rok temu namiętnie słuchaliśmy Editors (nowych New Order), nikt nie miał do nikogo pretensji. Więc czemu by tak nie odrestaurować Human League czy Eurythmics?

Ale przecież zaśpiewała z nimi Kylie Minogue. A to przecież nie udaje się od tak.

Poza tym, choć nie wiem jakbym nie chciał obrazić się na Hurts, przyznam – są tu przebłyski czegoś solidnego. Moi faworyci “Sunday”, “Stay” czy “Unspoken” – utwory co prawda gdzieś już słyszane, mimo wszystko zaczepiają się nas.

Jeżeli Hurts chce być zespołem popowym – biję brawo i chylę czoła, jest fajnie. Jeżeli chcą jednak ciągle nagrywać czarno-białe teledyski na ziarnistej taśmie i przerosnąć w tym wszystkim Gahana. Nie kupuję. Kiedy najdzie mnie chęć na synthpop nie pomyślę o Hurts, nie pomyśle o nich nawet jak dojdę do kopii synthpopu powstałych w latach 90. jak De/Vision czy Mesh. Bo synthopou za dużo słuchać nie można. Smutno się robi.

Krzysiek Żyła

wyszperaj coś więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (19 głosów, średnio: 6,89 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.