13.01.2010 10:31

Autor: marcwandas

Hey – Klub Studio, Kraków

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów

Wykonawcy:


hey-promo.jpg Hey – Klub Studio, Kraków

Piąta minuta koncertu. Gitarowo- elektroniczny trans z wwiercającym się w trzewia basem zagłusza wszelkie myśli. Hey właśnie gra “Vanitas”. Przy okazji gdzieś śmigają lasery, stroboskopy walą po oczach, a w umyśle cisza, cisza, cisza.

W uszy przedostaje się tylko ten kontrolowany zgiełk, poprzedzony kilkoma błyskotliwymi lirycznymi wynurzeniami Kasi Nosowskiej. To niby marność, a ja czuję się jak w niebie. Istnieje tylko muzyka. Stan właściwy w moim przypadku najznakomitszym koncertom zagranicznych gwiazd. Pierwszy raz natomiast uzyskany przy okazji artysty krajowego. Nie wierzę własnym uszom. Czemu tak?

Hey to 17 lat scenicznego obycia, po drodze znaczące zmiany w składzie, niezliczone koncerty. Zawsze pełen profesjonalizm, ale do tego jeszcze wrócę. Ludzie, dajcież spokój, w końcu to bite siedemnaście lat, wyuczone schematy, rutyna, to się musi pojawić, ja bym się zaziewał na tej scenie. A oni grają, nie zdradzając ćwierć oznaki zmęczenia materiału, patrząc świeżo na swoją przeszłość, grając z pasją swoje najnowsze kawałki.

“Umieraj stąd! Bierz co twoje i won!”- śpiewa Nosowska, racząc nas kolejny raz przewrotnością swej myśli lirycznej. Ubrana na czarno, z kontrastującym blondem włosów, ani myśli się ruszyć. W tle jednak wizualizacje robią swoje. I tutaj ogromne brawa dla zespołu. Tak dopracowanej oprawy mogą pozazdrościć Heyowi największe tuzy alternatywnego świata.

A no właśnie, czy do tego należą członkowie zepsołu? W końcu Heya kojarzy w Polsce każdy. Dzieciaki w szóstej gimnazjum śpiewają “Teksańskiego”. Każde szanujące się miasto chce ich na plenerówce z okazji swojego święta. Jednak w warstwie muzycznej oni nic sobie z tego nie robią. I dlatego przy “Kto tam? Kto jest w środku?” zaliczyłem momencik największej elektronicznej frajdy od czasu koncertu Jona Hopkinsa.

Wspomniany “Teksański” też był. I “sic”. Każdy z dyżurnych hitów Heya przyjęty przez publiczność równie ciepło, jak całkowicie nowe kompozycje. Też swego rodzaju fenomen? Możemy przyjąć, że tak.

A świeżość w spojrzeniu na przeszłość? “Wczesna jesień” w wykonaniu wokalnym Krzyśka Zalewskiego. Tak, bójmy się, tego samego Krzyśka Zalewskiego, który dawniej wygrywał “Idola”. Wyrobił się jednak chłopak, trzeba przyznać. Jego występ, poprzedzony anegdotką Kasi o tym, jak to Krzysztof wspominał o dziecięcych “zabawach w Heya”, niesamowicie kontrastował z resztą koncertu. Co by nie powiedzieć, Katarzyna Nosowska scenicznym ADHD jest nieskalana. A Zalewski, wychodząc zza klawiszy, poczuł się nagle jak ryba w wodzie. Mikrofon w dłoń jedną, papieros w drugą, głos pełną parą. I tutaj widać postęp od “Idola”.

Mam nadzieję, że takie występy zamkną usta malkontentom rozprawiającym, że koncert polskiego artysty to koncert-półprodukt. Dla mnie najlepsze “krajowe” doświadczenie koncertowe w życiu. Kropka.

Marcel Wandas

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.