12.06.2010 11:19

Autor: marcin

Gorillaz – “Plastic Beach”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


gorillaz-plastic-beach.jpg Gorillaz – “Plastic Beach”
Parlophone / 2010

Najbardziej zjawiskowy zespół XXI wieku powrócił z trzecią płytą. Pomimo szumnych zapowiedzi, na tle dwóch poprzednich albumów, krążek wypada blado.

Gorillaz to zespół jednej płyty. Jednej znakomitej płyty, który przez przypadek nagrał równie dobry drugi album. Jednak sama koncepcja grupy – działającej na zasadzie tajemniczego kolektywu, który na początku ubiegłej dekady, wprowadził na muzycznej scenie sporo zamieszania, bez wątpienia wyczerpała się przy okazji albumu “Gorillaz”. Skąd takie radykalne sądy? Przecież “Demon Days”nie przyniósł zespołowi wstydu, utwierdził za to jego pozycję na rynku muzycznym. To wszystko prawda, jednak dzięki drugiej płycie zespół uwierzył, że stać ich na nagranie kolejnego wydawnictwa. Tym sposobem, po pięciu latach zespół, z którego w międzyczasie fani oraz krytyka zdążyła zedrzeć wszystkie zasłony mitu, wydał zestaw najbardziej przeźroczystych utworów w swojej karierze – zestaw zatytułowany “Plastic Beach”.

Zatrzymajmy się jednak na moment w okolicach roku 2001, kiedy potężne goryle dopiero co wyskoczyły ze swoich animowanych grobów. Ciężko porównać atmosferę towarzyszącą wydaniu debiutanckiej płyty Gorillaz z czymkolwiek innym. Projekt na czele którego stanął Damon Albarn, skupił za zasłoną animowanych grafik resztę tajemniczego składu, który stworzył jeden z najbardziej kreatywnych albumów ostatniego ćwierćwiecza. Słuchając po latach tej płyty ciągle nie mogę się nadziwić, skąd w głowach Murdoca, D2, Russela i Noodle. wzięły się pomysły na tak zawiłe utwory, w których wysmakowany pop współgra na jednym poziomie z punkiem, hip-hopem czy muzyką latynoską. To jak kosmiczny galop na kreatywnym haju. Do tego członkom grupy udało się stworzyć kompletny obraz wyimaginowanego zespołu, który na stałe zagościł w popkulturze, dając jej tym samym pstryczka w nos.

“Demon Days”, album obwarowany porządnymi singlami, powtórzył artystyczny oraz komercyjny sukces “jedynki”, jednak sama idea zespołu funkcjonującego w wyimaginowanej przestrzeni rysowanej kreską, przestała właściwie funkcjonować. Damon Albarn, który bez wątpienia dostał się na szczyt swojej popularności, szybko sprowadził Gorillaz na ziemię, która niestety okazała się być nieprzyjazna przybyszom z odległej planety. Cała misternie budowana konstrukcja tajemniczości rozsypała się i od tamtej pory Gorillaz weszło w rolę zespołu złożonego z żywych muzyków, dającego żywe koncerty. Oczywiście to nie przesądza o jakości muzyki, jednak image w przypadku tego zespołu odgrywał niezwykle istotną rolę. Wraz z tym przejściem grupa utraciła magię, która odbijała się w ich kompozycjach, czyniąc je unikatowymi.

Nagle, w połowie ubiegłego roku, muzycy wygrzebali kilka starych demówek i wpadli na pomysł, aby zaprosić kilku znanych gości, wyciągnąć od wytwórni trochę pieniędzy na produkcję i wydać kolejny album. Hej! Przecież jesteśmy Gorillaz – musi się udać! W rzeczywistości nie pomógł nawet Bruce Willis, który ściga się z zespołem w teledysku do promującego płytę utworu “Stylo”. Piosenka rzeczywiście ma w sobie garść potencjału obecnego w poprzednich singlach zespołu. Nie da się jednak ukryć, że “Clint Eastwood” oraz “Feel Good Inc.” to były bardzo solidne strzały, które po kilku latach pamięta się bardzo dobrze.

Pierwsze informacje dotyczące nowej płyty, zapowiadały udział wielu poważnych gości. Poza wokalnym udziałem Lou Reeda, Snoop Doga oraz będącego u Gorillaz na etacie De La Soul, swój wkład w płytę wniosły takie osoby jak Paul Simonon, Mick Jones, Little Dragon oraz wielu innych. Zapowiedź niezwykle ekscytująca, jednak nawet udział tak znaczących gości nie zdołał ożywić zwyczajnie słabych kompozycji wypełniających album. Nie ukrywajmy, że jeszcze 10 lat temu takie “Rhinestone Eses” czy “On Melancholy Hill” (singiel!) mogłoby co najwyżej pojawić się na składance “G-Sides”. Prawda jest taka, że gdyby odrzeć tę płytę z gości, niewiele by pozostało dla ucha.

Oczywiście płyta ma kilka dobrych momentów, jak wykonany wspólnie z arabskimi muzykami “White Flag”, singlowy “Superfast Jellyfish” oraz najbardziej albarnowy w zestawie “Plastic Beach”. To jednak zbyt mało, by płyta mogła zadowolić fanów dwóch poprzednich albumów. Krążek można potraktować jako muzyczną podróż przez nieograniczoną wyobraźnię tworzących go muzyków. Niestety po całkiem obiecującym początku, szybko zaczniemy się nudzić i stwierdzimy, że poprzednim razem przewodnik postarał się o więcej atrakcji.

Marcin Bieniek

wyszperaj coś więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (15 głosów, średnio: 7,13 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.