29.07.2009 08:52

Autor: Krzysztof Kowalczyk

Globaltica 2009 World Culture Festival – dzień pierwszy

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów, festiwale

Wykonawcy: | | | | | |


Globaltica 2009 World Culture Festival – dzień pierwszy

Takie wydarzenia stanowią bardzo dobrą przeciwwagę dla wielkich, komercyjnych festiwali jak Open’er. Po drugiej stronie Gdyni, z daleka od lotniska, bez kilku wielkich scen i udziału światowych gwiazd, a także bez zaplecza logistycznego wielkości małego miasta odbył się festiwal Globaltica.

Z muzyką z całego świata można było się zaznajomić w klimacie iście piknikowym. Wśród publiczności, której ilość zaczynała się każdego dnia od liczby kilkudziesięciu osób, a kończyła nocą na kilkuset. Scena była jedna, dość niewielka, usytuowana pod otwartym niebem. Kto chciał mógł ułożyć się wygodnie na trawie albo usiąść na drewnianej ławce. Postawienie na Park Kolibki, jako miejsce imprezy, było pomysłem, który znakomicie zdał egzamin. Zielony, otoczony drzewami obszar, leżący dodatkowo nad morzem, pięknie wpasowywał się w kameralny charakter Globaltiki.

blisko-pola.jpg Jako pierwsi na tegorocznej Globaltice wystąpili łodzianie z Blisko Pola, którzy zaprezentowali ciekawą mieszankę folku z psychodelicznymi brzmieniami. Jak sami mówią, inspiruje ich przede wszystkim morze, więc nie było chyba lepszego miejsca na koncert niż park nad samym Bałtykiem. Koncert był trochę nierówny, z kilkoma dłużyznami, ale pozostawił pozytywne wrażenie. Był to mój pierwszy kontakt z muzyką tego zespołu, ale na pewno nie ostatni.

Zupełnie inne wrażenie wywarł na mnie Kyst, który widziałem już drugi raz. I tak, jak za pierwszym razem, przez cały koncert zastanawiałem się, co ludzie widzą w tym chaosie. Zdarzyły się może ze dwa momenty, gdy pojawiła się ciekawa melodia i jedna naprawdę dobra piosenka, a reszta to tylko hałas przerywany momentami ciszy. Zupełnie do mnie nie trafili. Polską część tego dnia kończył Jacek Kulesza, którego występu byłem bardzo ciekaw. Na szczęście nie zostałem zawiedziony, koncert Jacka był pełen pozytywnej energii, a on sam był niczym szaman dzielący się swoją energią z publicznością, której niestety nie było zbyt wiele. Czekam na płytę z ogromną niecierpliwością, bo materiał jest naprawdę wyborny.

howlin-rain1.jpg Po Jacku nadszedł czas na moich faworytów pierwszego dnia festiwalu, czyli Howlin Rain. Mieli zagrać pokręcony, psychodeliczny, hippisowski koncert i wywiązali się ze swojego zadania w 120 procentach. Przenieśli Globalticę do Kalifornii z przełomu lat 60. i 70., gdy wszystko kręciło się wokół dzieci kwiatów. Wyglądem również nawiązywali do tamtych czasów, ubrani w kolorowe koszule, brodaci, długowłosi. Kontakt z publicznością ograniczyli do minimum, najważniejsza była muzyka. Zagrali dużo nowych kawałków, które pojawią się na przygotowywanej płycie, mającej pojawić się w ciągu kilku następnych miesięcy. Nie zabrakło też starych piosenek, odświeżone, mocniejsze wersje “Dancers At the End of Time” i “Calling a Lightning Pt.2″ wprawiły mnie w prawdziwy zachwyt. Jedyną wadą tego koncertu była dość wczesna pora i nieduża frekwencja, poza tym był świetnie.

Mimo że Kalifornia leży daleko od naszego kraju, to muzyka chłopaków Howlin Rain należy jednak do naszego kręgu kulturowego. Zupełnie inaczej ma się sprawa z Bassekou Kouyate, pochodzącym z Mali muzykiem i jego zespołem Ngoni Ba. Nazwa zespołu wzięła się od nazwy instrumentu, na którym gra Kouyate – ngoni to lira, tradycyjna lutnia pochodząca z Zachodniej Afryki, której początki sięgają XIII wieku. Przedstawiciele Czarnego Lądu dali najbardziej egzotyczny występ festiwalu, prezentując niesamowite brzmienia za pomocą swoich ludowych instrumentów. Energia, jaką podzielili się z festiwalowiczami, spowodowała, że szybko znalazła się spora grupka ludzi, gotowa tańczyć w rytm afrykańskich melodii.

jason-webley.jpg Po kontynencie afrykańskim musieliśmy powrócić do Ameryki Północnej, bowiem następnym wykonawcą goszczącym na scenie był pochodzący z Seattle Jason Webley. Niech was nie zmyli jego narodowość, ponieważ to co gra ten artysta jest dalekie od skojarzeń, jakie nasuwają się nam na myśl, kiedy słyszymy słowo “U.S.A”. Elementy muzyki bałkańskiej, klezmerskiej, punku, a nawet szantów – to właśnie można znaleźć w twórczości tego zaczynającego wiele lat temu jako grajek uliczny, człowieka. Wspomagali go muzycy z Rosji, a mianowicie skrzypaczka, kontrabasista i perkusista. Napisać, że Webley dyrygował publicznością to za mało. On ją po prostu sterował. W pewnym momencie Amerykanin podzielił ludzi stojących przed barierkami na dwie grupy: skrzypiec i trąbek. Postanowił wywołać między nimi wojnę o to, kto głośniej wykona swoją partię. Trzeba było widzieć zaangażowanie obu stron. Wspomnę jeszcze o rewelacyjnym, folkowym wykonaniu  “Billy Jean” i już macie jako taki obraz najlepszego, moim zdaniem, koncertu tegorocznej Globaltiki.

Zamknięcie pierwszego dnia festiwalu odbyło się dla odmiany w znacznie mroczniejszej atmosferze. Lydia Lunch, znana ze swoich licznych, solowych awangardowych projektów czy też współpracy z m.in. Thurstonem Moore’m (Sonic Youth) i Omarem Rodriguez-Lopezem (At The Drive-In, The Mars Volta), wraz ze swoim zespołem Big Sexy Noise dała przepełnione grobowym sarkazmem show. Połączenie brudnych, punkowych gitar z saksofonem i niskim wokalem Lunch dawało momentami piorunujący efekt. Jedyne do czego można było mieć zastrzeżenia to czas trwania gigu, który trwał niecałą godzina. Tym surowym i odrobinę ponurym, ale nade wszystko satysfakcjonującym akcentem, zakończył się pierwszy dzień Globaltiki.

Krzysztof Kowalczyk i Michał Wieczorek

Poczytaj o drugim dniu festiwalu.

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.