03.12.2009 01:12

Autor: marcin

Girls – “Album”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


album-art-girls-album-1024x1024.jpg Girls – “Album”
True Panther / 2009

Zawzięci obrońcy muzycznego nowatorstwa znów mają pole do popisu. “Album” brzmi bowiem, jakby przeleżał co najmniej 40 lat w archiwach wytwórni Capitol. Nagrany na czarnych taśmach czekał na swój moment, kiedy Beach Boys przejdą do legendy i ktoś na nowo będzie musiał wskrzesić ducha lat 60.

Poza licznymi kontekstami brzmieniowymi, które odsyłają do wspomnianego okresu, tegoroczni debiutanci dodatkowo wspierają się na legendzie, zbudowanej wokół życiorysu frontmana grupy Christophera Owensa. Faktycznie, o ile wierzyć we wszystko, co się pisze na jego temat, nie miał lekko. Jako członek sekty Dzieci Boga, z której winy stracił w dzieciństwie brata, został wraz z matką zmuszony do tułania się po różnych nieprzyjemnych zakątkach Stanów Zjednoczonych. U kresu licznych przykrych przejść, włączając w to wszystko prostytucję matki, nieznany kalifornijski milioner bierze przyszłego muzyka pod swoje skrzydła. Historia na ile prawdziwa, na tyle tragiczna. Sprzedając ją bez ogródek dziennikarzom muzyk, świadomie czy nie, oferuje coś coraz rzadziej spotykanego w dzisiejszym świecie muzycznym. Mało który z debiutantów potrafi zaprezentować podobną filmową historię, która sprawiłaby, że dyskusja wokół zespołu nie skończy się na muzyce.

Krążek w sposób całkowicie swobodny odsyła do amerykańskiej muzyki przełomu lat 50/60. Gdzieś na styku tego jak śpiewał Buddy Holly, z melodycznymi aranżacjami wczesnych Beach Boys. Niektórych momentów nie powstydziliby się nawet Jesus and Mary Chain. Można biadolić, że materiał nie proponuje żadnych nowych sposobów ujęcia tematu i miejscami brzmi do bólu wtórnie, ale w rzeczywistości melodie bronią się same. I nic nie można poradzić na fantastyczną lekkość i chwytliwość tego krążka. Piękne power-surf-rockowe hymny (“Lust For Life”, “Big Bad Mean Mother Fucker”) wypełniają się z równie uroczymi balladami, które dominują na krążku. W utworach spokojniejszych rola Owensa jako frontmana jest dużo wyraźniejsza. Nie wiem jak całość wypada na scenie, jednak muzyk w dość zmyślny sposób panuje nad głosem. Utwory przetaczają się jeden po drugim serwując kolejne plątaniny melodii. Najpierw łagodna “Laura”, później przybrudzony “God Damned” i nieco dalej spokojny, “wieczorny” “Headache”. Te muzyczne wakacje spędzone z Owensem i jego przyjaciółmi trwają tak długo, dopóki płyta się nie zatrzyma. Album nie powala, ale ma jedną ważną zaletę – tworzy przemyślaną, klimatyczną całość. Trzeba dodać, że pomimo wyraźnej piosenkowości, nie brakuje tutaj elementów lekko psychodelicznych. Miejscami chciałoby się powiedzieć, z dużym przymrużeniem oka: “Tak grałby Deerhunter, gdyby tylko byli nieco mniej spięci”.

Osobiście żałuję, że podobne trendy nie pojawiają się w naszej krajowej muzyce. Rzeczywiście, żaden z zespołów, poza sporadycznymi wyjątkami, nie dostrzegł w latach ‘60 wielkiego potencjału piosenkowego, z którego można by było czerpać i wydać na świat w odświeżonej formie. Skrycie wierzę, że podobne zjawisko, penetrujące rejony około-bigbitowe, byłoby czymś zaskakującym i z miejsca skazanym na powodzenie. Oczywiście, musiałby być to materiał dobrze opakowany. Wystarczy wziąć, na przykład, niedawną kolaborację Mitch & Mitch Big Band ze Zbigim Łodekim (znanym szerzej jako Zbigniew Wodecki). Poszerzony skład Mitchów połączył siły z Wodeckim podczas koncertu w Trójce, gdzie wykonano wspólną improwizację oraz dwa utwory pochodzące z czasów, kiedy artysta debiutował na scenie (do zobaczenia tutu). Wypadło to na tyle przekonująco, że do dzisiaj dziwię się, dlaczego muzycy nie zdecydowali się na zarejestrowanie wspólnego materiału. Byłby to strzał w dziesiątkę. Warto w tej kwestii wsłuchać się również w nowy album Tymona “Bigos Heart”, bliższego brytyjskiemu graniu tamtego okresu.

O tym, że w muzyce zagrano już wszystko, wiadomo nie od dziś. Co roku pojawiają się jednak albumy, które udowadniają zawziętym obrońcom nowatorstwa, że można czerpać z tradycji i tworzyć przy tym rzeczy interesujące. Girls nagrali album, którego słucha się ze zwykłą przyjemnością. Myślałem, że w tym roku już nikt nie zaserwuje bardziej słonecznego albumu od debiutu Pains of Being Pure at Heart. Widać czasem dobrze jest się mylić.

Marcin Bieniek

If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it's missing. Get Flash Player from Adobe.


wyszperaj coś więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (11 głosów, średnio: 6,55 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.