10.12.2009 12:27

Autor: fl23

Gębofon po raz szósty

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów, festiwale

Wykonawcy: | | | | |


gebo 035.jpg Gębofon po raz szósty

W Warszawie trwa właśnie szósta edycja festiwalu – a właściwie spotkań wokalnych – Gębofon.

Poprzednie edycje Gębofonu, rozgrywające się w Warszawie i w Łodzi zostały bardzo ciepło przyjęte przez publiczność. Występowali między innymi tuwańska śpiewaczka Sainkho Namtchylak, Frank Worner, David Toop czy Dror Felier. Każda edycja Gębofonu to nowe projekty i warsztaty otwarte dla wszystkich. W tym roku warsztatami uraczyli nas: Zbigniew Karkowski (prawdziwa okazja dla wielbicieli tego mistrza muzyki elektronicznej!), Suse Wachter (o głosie w teatrze lalkowym) i bitboksowcy Defa i Zgas. To tyle o warsztatach, a teraz przejdźmy do tego, co nas najbardziej interesuje, czyli do muzyki.

Koncert rozpoczął się (z poślizgiem) występem Chóru Gębofonowego pod batutą überkuratora festiwalu Antoniego Beksiaka. Zaczęła Agata Hartz rozśpiewując na scenie swój piękny sopran, a Antoni Beksiak akompaniował jej na elektronice (generatorze tonów?). Później swój program zaprezentował Mieczysław Litwiński – bardzo ważna, a zapomniana postać dla polskiej i litewskiej muzyki współczesnej. Był jednym ze współzałożycieli Niezależnego Studia Muzyki Elektroakustycznej, współpracował z muzykami całego świata (od USA po Tybet). W latach 90. mieszkał, tworzył i rozwijał życie kulturalne Litwy, od 2000 roku znowu w Warszawie. Dzisiaj można go spotkać na licznych koncertach, warsztatach i na Uniwersytecie Warszawskim. Po szamanizującym występie z pogranicza litewsko-polskiego wystąpił cały Zespół Wokalny Gębofonu (A.Beksiak, TikTak, A. Harz, N. Kawałek, M. Litwiński) w utworze opartym na trampowaniu – rytualnym kobiecym tańcu z kurpiowszczyzny. Był to najciekawszy utwór prezentowany tego wieczoru przez Chór Gębofonu. Spotykające się obok siebie: beatbox, sopran, głos biały i gębofoniczne odgłosy spotykające się w utworze rytualno-tanecznym to arcyciekawe połączenie. Niestety wszystkie występy pozostawiały niedosyt tym bardziej, że dwa tygodnie wcześniej ci sami ludzie zaprezentowali o wiele ciekawszy program na festiwalu The Song is You. Miałem wrażenie, że te występy były tylko wstępem, “rozśpiewaniem się”, przed główną atrakcją wieczoru, czyli utworem wokalnym Zbigniewa Karkowskiego.

Następnym projektem, który wystąpił tamtego wieczoru była grupa TAKTAK, powstała podczas tegorocznego festiwalu Ad Libitum z inicjatywy Valerija Scherstjanoia. Maniuszka Bikont, Marta Górnicka i Nika Zamięcka zaprezentowały nam wiersze polskich futurystów jako poezję dźwiękową (sound poetry) w Polsce nieobecną, a na zachodzie rozwijaną od czasów Dada i futurystów przez fluxus do dziś. Mogliśmy wysłuchać wierszy (dźwięków poezji?) takich twórców jak Tytus Czyżewski (“Hymn do maszyny mojego ciała”), Anatol Stern (“Romans Peru”), Aleksandra Wata czy Kurta Schwitters. Występ grupy TAKTAK był bardzo przyjemnym i ciekawym przerywnikiem muzyczno-poetyckim. Szkoda, że tak rzadko w Polsce sięga się po poezję dźwiękową, a przecież wierszy, z których mogą korzystać artyści mamy od groma. Szczególnie cieszy, że członkiniom TAKTAK występ sprawiał wiele radości.

gebo 052.jpg Teraz pora na atrakcję wieczoru – premierę pierwszego wokalnego utworu Zbigniewa Karkowskiego. Wielbicielom muzyki noise Karkowskiego nie trzeba przedstawiać – nagrywał z największymi wykonawcami noise’u i pobierał nauki od najsławniejszych kompozytorów (a mimo to utrzymuje, że nauczył się czegoś jedynie od Iannisa Xenakisa). “Nowy utwór/WORK IN PROGRESS” Karkowskiego to “partytura graficzno-aproksymatywna na zespół wokalny. Zawiera ona zestaw  wzorów-formuł, stosunkowo otwartych reguł, będących partyturami dla wykonawców, których głosy będą następnie poddawane modulowaniu, przekształcaniu, deformowaniu i pulsowaniu za pomocą najróżniejszych technik wariacyjnych (na przykład przesunięć fazowych pomiędzy poszczególnymi śpiewakami) oraz przetwarzaniu elektronicznie przy użyciu generatorów tonów sinusowych i komputera (specjalnie napisany patch w środowisku PureData)“.

Zbigniewa Karkowskiego znam tylko jako muzyka posługującego się komputerami – z nimi może zrobić wszystko, zawsze na nich polegać i być pewnym efektów swojej pracy. Wielkie brawa dla kompozytora i dla wszystkich wykonawców, którzy starali się sprostać żądaniom Karkowskiego. Po twarzach członku poszerzonego Chóru Gębofonicznego było widać jak z wielkim trudem przychodzi im spełniać (często nie do końca) wymogi Zbigniewa Karkowskiego. Załamywanie się głosów wykonawców utworu tylko zwiększało jego atrakcyjność. Mam nadzieję, że będę mógł kiedyś posłuchać jak rozwija się przygoda Karkowskiego z utworami wokalnymi i jego fascynującymi algorytmami.

gebo 082.jpg Po przerwie wystąpiła Suse Wachter, a właściwie Karol Marks, Zygmunt Freud, Henry Ford i Elfride Jelinek. Zobaczyć na jednej scenie Freuda i Marksa to było dla mnie ogromne wzruszenie, nigdy nie spodziewałem się, że zobaczę tych panów, tym bardziej na żywo i w jednym miejscu. Suse Wachter, niemiecka aktorka i reżyserka, od wielu lat konstruuje lalki przedstawiające najważniejsze persony ubiegłego stulecia. Zaprojektowała ich ponad siedemdziesiąt, ale do Polski przyleciała tylko z wymienioną wyżej czwórką.
Występ Wachter miał charakter… karaoke. Na ekranie były wymienione nazwy utworów, publiczność wybierała, które chce usłyszeć, a Wachter razem ze swoimi lalkami śpiewała, tańczyła i opowiadała… Konferansjerem był dr Freud, który narzekał, że “po tej strasznej muzyce boli go głowa” (chodzi oczywiście o hałasy Karkowskiego). Pierwsza wystąpiła Elfride Jelinek w przeboju Radiohead “I’m Creepy”, a na ekranie tańczyła Betty Poop. Pani Jelinek widocznie nie przepada za śpiewem, raczej recytowała treść piosenki. Kiedy przyszła pora na refren złapała się za głowę i lamentowała “no, no, I hate singin’ “. Jej kolega z Austrii był bardziej rozśpiewany, brawurowo wykonał “I Just Don’t Know What To Do With Myself”, a na ekranie tańczyła… sama Elfride Jelinek. Tańczyła czy raczej wiła się na rurze. Muszę przyznać, że występ Freuda powalił mnie na kolana, ale prawdziwa euforia przyszła razem z wyjściem Karola Marksa na scenę. Marks sięgnął do klasyki rocka i wykonał “Childrens of The (r)evolution” przechadzając się po muzeum Historii Naturalnej w Londynie. Jego wykonanie było tak samo podburzające, jak “Manifest Komunistyczny”. Pod koniec wystąpił dogorywający Henry Ford z amerykańskim szlagierem “My Way”. Pierwszy raz widziałem, żeby cała publiczność płakała ze śmiechu patrząc na umierającego człowieka (kukłę). Gdyby ktoś to zinterpretował używając schematów psychoanalitycznej i marksistowskiej analizy…

Nie było mi dane zobaczyć reszty występów, późna pora zmusiła mnie, żebym wrócił na swoją prowincję. Tutaj chciałbym zawrzeć apel do wszystkich organizatorów koncertów w Warszawie: pamiętajcie o nas, publiczności, która nie mieszka w Warszawie. Mamy trudny powrót do domu, po pierwszej w nocy często niemożliwy. Kiedy organizujecie koncerty w dzień inny niż piątek, bądź sobota starajcie zaczynać się punktualnie i bez poślizgów.

Z relacji znajomych wiem, że największe wrażenie na publiczności zrobił występ węgierskiego beatboxera Defa, który wykorzystał ponoć całą gamę gębowych efektów. Koncert Zgasa był ponoć o wiele mniej ciekawy, a wręcz nudny. Wspólny występ wszystkich beatboxerów był jeszcze bardziej męczący. Rzeczywiście wyobrażam sobie, że taka obfitość beatboxu może być dla odbiorcy nie fascynującego się tematem trochę męcząca.

W piątek w Powiększeniu na Nowym Świecie wystąpi Michael Schiefel i zakończy festiwal Gębofon. Zapraszam!

Filip Lech

gebo 017.jpg




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.