03.12.2009 01:07

Autor: Michał Wieczorek

Fucked Up w Loch Ness

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów

Wykonawcy: | |


Fucked Up off2009-050 (6).jpg Fucked Up w Loch Ness

Widziałem już Kanadyjczyków na OFF Festiwalu, więc myślałem, że wiedziałem, czego można się spodziewać. Z jednej strony nie rozczarowałem się, z drugiej, bardzo się myliłem.

Wybór miejsca był dość niefortunny. W Loch Ness byłem pierwszy raz. Klub wygląda jak typowa metalowo-punkowa speluna (coś jak warszawskie No Mercy), którą w gruncie rzeczy jest. Cierpi on na syndrom Proximy, czyli lepiej słychać na zewnątrz niż w środku. Niewątpliwą zaletą jest położenie klubu (znajduje się w samym centrum miasta, jakieś 300 m od Dworca Głównego) i układ w środku, który pozwolił Damianowi Abrahamowi na kilka ciekawych wyczynów. Zanim uchylę więcej tajemnicy, zacznijmy od samego początku.

Pierwszy support – krakowiaków z CF98 – widziałem od połowy. Niestety, ich wersja kalifornijskiego pop punku nie do końca mnie przekonała. Starali się, jak mogli, ale czasem wiało nudą, choć widać było trochę więcej niż iskierkę potencjału. Grający po nich moi ulubieńcy z Black Tapes tym razem zawiedli. Oczywiście, jak na ich standardy. Brakowało iskry szaleństwa i trochę mocy, przez co warszawiacy wypadli po prostu poprawnie. Największym zaskoczeniem ich koncertu był cover “Ever Fallen in Love (with Someone You Shouldn’t've)” Buzzcocks, który jakiś czas temu wypadł z ich setlist.

Główni bohaterowie wieczoru wyszli na scenę kilka chwil po 22. Przywitali się krótkim “Hey, we’re Fucked Up from Toronto, Canada” i zaczęło się szaleństwo. Po pierwszej piosence Damian wkroczył tam, gdzie czuje się najlepiej, czyli w publiczność. Poklepywał widzów, przytulał ich, trochę pogował, obwiązywał się kablem do mikrofonu, okręcał też nim innych. W trakcie trzeciego kawałka podszedł do jednego z widzów, uśmiechnął się i… zarzucił go sobie na barki. Przeszedł z tymże fanem przez pół Sali, ciągle śpiewając, posadził go na barierkach i dokończył piosenkę patrząc owemu osobnikowi w oczy. Podejrzewam, że wyglądało to jak karykatura sceny balkonowej z Romea i Julii. Podejrzewam, gdyż tym osobnikiem byłem ja.

Damian wchodził na bar, przybił piątkę z trochę przestraszoną panią szatniarką, groził, że zacznie uprawiać stage diving, rozgniatał na głowie puste butelki albo plastikowe kubki po piwie. Jednak najbardziej wszystkich zaskoczył wybiegając z klubu! Oczywiście cały czas z mikrofonem.

W przerwach między piosenkami opowiadał rozmaite historyjki. Na przykład o jedzeniu. Damian przyznał się, że kocha polską kuchnię, a najbardziej ogórki kiszone. A jak był w Chorwacji, to jeden Chorwat powiedział, że nawet Włosi uważają, że w Chorwacji jest najlepsze włoskie jedzenie, ale to nieprawda, bo w Chinach mają lepsze, a w ogóle to najgorsze włoskie jedzenie jadł w Hiszpanii. Albo o tym, że boi się swojej żony, bo przyszedł właśnie rachunek za kartę kredytową, a on wydał ogromną ilość kasy na winyle. Albo, że ma nadzieję, że jego syn nie nauczy się obsługiwać Google, bo jak zobaczy ojca w za małej koszulce (Damian wtedy założył podarowaną koszulkę Black Tapes) i bokserkach, ojcowski autorytet szlag trafi.

Pod koniec sięgnęli do coverów. Tak jak w Mysłowicach zagrali “Blitzkrieg Bop” Ramonesów, a do tego “Nervous Breakdown” Black Flag (z dedykacją dla Black Tapes). Na sam koniec, właściwie był to już bis, zagrali “Generation”

Koncert ten, podobnie, jak Monotonix, będę wspominał do końca życia. Było przynajmniej pięć razy energetyczniej i bardziej czadowo niż w Mysłowicach. Szkoda tylko, że na koncercie takiego zespołu klub świecił pustkami. Trochę obciach.

Michał Wieczorek

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.