13.03.2009 23:08

Autor: Gosia

White Diamonds in the snow, czyli Friendly Fires w Brukseli

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów

Wykonawcy: |


ff21.jpg White Diamonds in the snow, czyli Friendly Fires w Brukseli (11.03.2009)

Friendly Fires zaczęłam słuchać 2 tygodnie temu (słownie dwa) zaraz po tym jak kupiłam bilet na koncert. Co mnie podkusiło? Nie wiem. Czy żałuję? Tak.

Ale nie kupna biletu, a tego, że tak długo zwlekałam z zapoznaniem się z tym zespołem. No dobrze, może ich muzyka nie jest zjawiskowa. Jest przyjemna dla ucha, lecz też nieco wtórna. Niestety taki urok twórczości większości poklaxonowych kapel. Obronić się one tylko mogą koncertowo. Klaxons to nie wyszło, Friendly Fires wręcz przeciwnie – pokazali, że scena to ich żywioł.

Na czym polega ich fenomen? Chyba na tym, że wkładają całe serce w to, co robią. Dawno nie widziałam tak spoconego zespołu i dawno nie sprawiło mi tyle przyjemności szalenie w równie spoconym tłumie w sali, w której nie ma czym oddychać. Sauna. Ale trudno się dziwić skoro cała sala szalała razem z zespołem.

Friendly Fires to 3 osoby, które na potrzeby koncertowe stają się czteroma osobami. Wokalista Ed Macfarlane – nieduży pan w wysokich spodniach i szmacianych butach z motylkiem na scenie staje się demonem. Przez pierwszy utwór stałam jak wryta, patrząc to na wokalistę, to na publikę sprawdzając czy to moje urojenie, czy oni też to widzą. Szczerze mówiąc spodziewałam się dość statycznego występu, w zamian dostałam bujanie bioderkiem, machanie rękami oraz tupanie w tanecznym szale. To były pląsy niczym król parkietu z domu spokojnej starości skrzyżowany z blond barbie z dyskoteki w Lućmierzu. Ciekawe połączenie. Skojarzenie z tańcem Napoleona Dynamite też nie jest mylne. To wszystko zaprawione było czystym, silnym wokalem. Jak to się robi panie Mac, zdradzi nam pan tajemnicę takiej kondycji? Ale to nie jedyny wulkan energii w zespole. Gitarzysta Edd Gibson przez cały koncert szalał do tego stopnia, że momentami obawiałam się czy nie znokautuje osób w pierwszym rzędzie gitarą. No i perkusista Jack Savidge, który nawet na chwilę nie pozwolił sobie odetchnąć. Do tego uśmiechy często gościły na ich twarzach. Z naszych chyba ani na chwilę nie zniknęły. Tyle wizualnie, a muzycznie.

ff26.jpg Całość trwała nieco ponad godzinę. Zagrali całą płytę, zmienili tylko kolejność. I tak jak w wersji albumowej te utwory tętnią życiem, tak w wersji live ich moc jest jeszcze spotęgowana. Czuje się niemal każde uderzenie bębna, każdą wibrację. No i panowie kupili mnie tym, że używają mojego ulubionego instrumentu tj. cowbell. Powaliło mnie na kolana wyśpiewane prawie z całą salą “Paris” oraz zagrane w dłuższej niż albumowa wersji “Ex Lover”, które było niesamowitym zakończeniem koncertu.

Muzyka Friendly Fires ma w sobie tyle energii, że w pewnym momencie opuściłam swoje wygodne i bezpieczne miejsce z boku sceny i rzuciłam się w wir zabawy. Przetańczyłam resztę koncertu, tańczyłam w drodze do domu i szczerze mówiąc tańczę jeszcze pisząc te słowa. I to chyba najlepszy dowód na to, że koncerty panom Fires’om wychodzą. Mam nadzieję, że organizatorzy jednego z polskich festiwali postarają się i Friendly Fires zagrają też u nas.

PS1. Na koniec dodać chciałam, że mile zaskoczył mnie fakt, iż średnia wieku publiki oscylowała bliżej dwudziestuparu niż kilkunastu, jak się obawiałam.

PS2 Jako support wystąpił Wax Stag, czyli samotny perkusista z podkładem z taśmy. Pozycja godna polecenia wszystkim, którzy lubują się w brzmieniu perkusji. Zapewniam, że nie będziecie żałować.

Małgorzata Lewandowska

Zdjęcia z koncertu w Brukseli:

  ff3.jpg




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.