19.01.2009 19:18

Autor: Krzysztof Kowalczyk

Franz Ferdinand – “Tonight: Franz Ferdinand”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


tonight-ff.jpg Franz Ferdinand – “Tonight: Franz Ferdinand”

To właśnie Franz Ferdiand byli jednymi z tych, którzy napędzili całą tą indie-rockową maszynę. Sukces ten można przypisywać ich zabójczo chwytliwym przebojom lub świetnym, przesyconym ironią tekstom, ale tak naprawdę chodzi tu o coś innego. Charyzmą Alexa Kapranosa można by obdarować 10 wokalistów początkujących, garażowych zespołów i zapewne każdy z nich podbiłby muzyczne notowania.

Ich pierwszy koncert w Polsce na Open’er Festival w 2006 roku zapamiętam jako ten, który swoją energią urywał głowę na wysokości łydek. Przez cały czas trwania gigu miałem wrażenie, że oni po prostu urodzili się po to, aby występować na scenie i porywać tłumy w szalonym tańcu. Mało tego, mimo wejścia do kompletnego mainstreamu, Franze zostali zaakceptowani również przez miłośników wysublimowanych brzmień. A teraz, po dwóch niewiarygodnie równych albumach, przyszedł czas na trzeci. Pojawiły się wiadomości o używaniu w nagraniach dużej ilości syntezatorów, były nawet plotki o wprowadzeniu elementów afrobeatu. Obawiałem się, zwłaszcza po przesłuchaniu ostatniego krążka Bloc Party, że takie eksperymenty mogą spowodować efekt “przedobrzenia”.

Otwierającego płytę “Ulysses” (posłuchaj) pewnie już dobrze znacie. Z cichego początku, trochę podobnego do “40 ft”, utwór nagle przeradza się w elektroniczny wymiatacz parkietowy. A to dopiero początek niespodzianek, jakie nam sprezentowali Szkoci. Fakt, to przede wszystkim wszędobylskie syntezatory nakreślają charakter “Tonight: Franz Ferdinand”, ale nie da się ukryć, że w aranżacjach położono jeszcze większy niż do tej pory nacisk na sekcję rytmiczną. Podkręcona została głośność i czytelność basu, który raz to bywa przesterowany (“Turn It On”), a kiedy indziej wprowadza funkujący puls (“Can’t Stop Feeling”). To samo się tyczy perkusji, na co dowodem jest choćby ostatnie kilkadziesiąt sekund “Send Him Away”. Z kolei plotki o inspirowaniu się afrobeatem znajdują swoje potwierdzenie we wspomnianym już “Can’t Stop Feeling”.

Zabawa stylistykami znów świetnie im wyszła. Słuchając intro w “Bite Hard” sądziłem, że będę miał do czynienia z czymś podobnym do fortepianowego “Eleanor Put Your Boots On” z “You Could Have It…”. Tymczasem dalej czekał na mnie taneczny feeling, zmuszający stopy do mimowolnego wybijania rytmu. Kompletnym odjazdem jest niespełna 8-minutowe “Lucid Dreams” z połamaną rytmiką, którego outro prędzej bym przypisał rave’owym obłędom Prodigy. Rzeczywiście, tak jak sami muzycy deklarowali w licznych wywiadach, nie gnają już na złamanie karku. Postawili bardziej na kokieteryjność i, nie bójmy się tego słowa, zmysłowość. Oczywiście nadal potrafią pokazać wszystkim, że wiedzą do czego służą gitary – końcówka “What She Came For” to czysty, wydestylowany rock’n'roll. Z drugiej strony zmykające album “Katherine Kiss Me” pokazuje, że z akustyczną delikatnością radzą sobie równie dobrze.

Głos Alexa Kapranosa nadal brzmi jak uosobienie hedonizmu. “Tonight: Franz Ferdiand” jest jak starszy, modny brat, którego zawsze chcieliście mieć. Taki, którego zna całe miasto, który zawsze dobrze wygląda i jest zapraszany na wszystkie imprezy. A więc wiadomo już, jaki zespół można nazwać jednym z najbardziej “cool” przemijającej dekady.

Krzysztof Kowalczyk

wyszperaj coś więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (43 głosów, średnio: 7,56 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.