23.04.2017 13:58

Autor: Michał Stępniak

Father John Misty – “Pure Comedy”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


Father John Misty – “Pure Comedy”
Sub Pop/2017

Nieco męcząca publicystyka.

Kariera artystyczna Josha Tillmana nie była łatwa. Wczesne solowe płyty, mimo pewnego uroku, były z gatunku tych, o których zapomina się w kilka godzin po przesłuchaniu. Zdecydowanie więcej sukcesów muzyk odnosił jako perkusista Fleet Foxes, ale późniejsze zdarzenia wskazują jednoznacznie na to, że w pozycji siedzącej nie był do końca spełniony. Zwłaszcza, że zadatki na showmana posiadał niewątpliwe, a charyzma i inteligencja aż prosiły się o objawienie. Do tego dochodziła pewnego rodzaju ekstrawagancja czy może nawet kabotynizm, które mogły artystycznie tylko się przysłużyć. Po kilku latach i kilku płytach w końcu wyszło na jego. Kluczowy okazał się 2015 rok, kiedy Tillman jako Father John Misty wypuścił swój drugi album, “I Love You, Honeybear” (recenzja) (wcześniej funkcjonował jako J. Tillman). Liczba fanów wzrosła o kilkadziesiąt tysięcy, nakład płyt sięgnął rozmiarów zaskakujących, a zaproszenia na festiwale zaczęły spływać hurtowo. Przyszłość zapowiadała się jeszcze bardziej obiecująco.

Father John Misty przy okazji trzeciego albumu “Pure Comedy” postanowił być jeszcze bardziej ambitny niż wcześniej. Zaproponował materiał trwający 75 minut i postawił na publicystkę. Efekt jest taki, że można bić brawa, ale równocześnie walczyć ze znużeniem. Father John Misty oferuje bowiem materiał, który sprawdza się tylko w wybranych okolicznościach i to na dość krótko.

Muzycznie to w dalszym ciągu wycieczki w rejony lat 70., które mogą przywodzić na myśl dokonania Eltona Johna. Mamy więc ballady z bogatym instrumentarium (fortepian, instrumenty smyczkowe, gitara akustyczna). Do tego dochodzi pewnego rodzaju teatralność oraz refreny w stylu: Ohhh-ho-o-oh oh-ho-ho-ho-oh. Co pewien czas oczekiwać można jakiegoś wybuchu, mocniejszego uderzenia, wpadających w ucho melodii. Te jednak pozostają nieobecne. Wokal Tillmana wychodzi tutaj na pierwszy plan, a uwagę mają przykuwać przede wszystkim liryki.

Cechą wyróżniającą tekstów, jak i samego Tillmana, jest ironia. Ale nie w nudnej i wkurzającej odmianie. Autor “Pure Comedy” jest w tym aspekcie zdecydowanie bardziej inteligentny i błyskotliwy, choć należy też zauważyć, że niejednokrotnie banalny czy na siłę kontrowersyjny (wers o wirtualnym seksie z Taylor Swift przeanalizowano już na tysiące sposobów, ale tłumaczenia artysty o niemożliwości odnalezienia innego rymu pozostają słabe). Na najnowszy album składają się przede wszystkim obserwacje społeczne. Tillman zwraca uwagę na upadek kultury, ludzi zniewolonych przez media społecznościowe i technologie, nastawionych na konsumpcjonizm. Dostaje się też politykom i religii. Prócz pochylania się nad kondycją współczesnego świata, Tillman śpiewa również o sobie. Na albumie zdecydowanie najlepszym utworem jest “Leaving L.A.”, co niejako potwierdza, że artyście lepiej wychodzi melancholia niż publicystyka.

“Pure Comedy” to płyta, której można zarzucić monotonię, być może jest ona też nieco za długa. Brakuje tu piosenek, które chciałoby się zapętlić i słuchać cały dzień. Father John Misty stworzył album, który jest w stanie urzekać, ale przy dłuższym dawkowaniu nieco męczy i rodzi tęsknotę za “I Love You, Honeybear”.

Michał Stepniak


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (5 głosów, średnio: 7,00 / 10)



Dodaj komentarz

Piotr Rogucki- ogldaj minikoncert




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.