14.02.2009 22:35

Autor: Krzysztof Kowalczyk

Everything is made in China w Sopocie

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów

Wykonawcy: |


eimic2.jpg Everything is made in China w Sopocie

Wciąż niewiele wiemy w Polsce o scenach muzycznych krajów na wschód od nas. Muzyka ze wschodu naszej publiczności nadal kojarzy się albo z folkiem, albo z tamtejszymi punkowymi kapelami, które od czasu do czasu do nas trafiają. Everything is made in China łamie ten stereotyp.

Ich występ z cała pewnością był jedną największych niespodzianek zeszłorocznego Open’era. Nikt się nie spodziewał, że mało znany moskiewski zespół zdoła o 2 w nocy dać rewelacyjny występ dla kilku tysięcy osób, które szczelnie wypełniły festiwalowy namiot. Po godzinnym koncercie i dwóch bisach, próba namówienia muzyków aplauzem do zagrania trzeciego zakończyła się niestety fiaskiem. Tej nocy stało się jasne, że Rosjanie jeszcze zawitają do naszego kraju.

I rzeczywiście. Grupa powróciła do Polski, aby dać serię 6 koncertów i zagrać w zupełnie innych warunkach niż poprzednio, czyli w klubach. Trio zawitało m.in. do Warszawy i Wrocławia, a także do Trójmiasta. Sopockiej Papryce należy się duży szacunek za to, że mimo swoich niewielkich gabarytów organizuje ostatnio występy takich artystów jak Caspian czy właśnie Everything is made in China. Ten wysiłek opłacił się w 100%, bo sprzedano wszystkie bilety.

Zespół wyszedł na klaustrofobicznie małą scenę kilkanaście minut po godzinie 20 przy samplach utworu “Make Trade Fears”. Od samego początku dawali z siebie wszystko. Wokalista Maksim Fiedorow śpiewał piosenki w pełnym skupieniu, żeby za chwilę zatracić się w gitarowej solówce. Wtórował mu grający na basie i keyboardach Filipp Premiak, wpadając w swoisty trans. Ale to właśnie partie perkusyjne Aleksieja Zotowa, według niektórych, robiły największe wrażenie. Niestety, nie wszystko było idealne tego wieczoru. Najbardziej odczuwalną bolączką był za słabo nagłośniony wokal, który w oddalonych od sceny częściach sali był praktycznie niesłyszalny. Na szczęście atmosfera, jaką stworzyła grupa, rekompensowała ten mankament.

eimic9.jpg Znakomite wizualizacje oraz nowe, efektowne oświetlenie umieszczone w ścianach klubu nie były tylko dodatkiem, lecz integralną częścią gigu. Setlista składała się rzecz jasna z piosenek pochodzących z ich debiutanckiego “4″, ale znalazło się na niej też miejsce dla jednej nowej kompozycji. Mi najbardziej podobało się porywające wykonanie “Buy 4 Take One Free” i nastrojowe “After Rock”.

Po gwiazdach wieczoru przyszedł czas na afterparty, na którym zagrało trójmiejskie Monkey Funks, tribute band Red Hot Chili Peppers. Wokalistą grupy jest Glennskii, który najbardziej zasłyną jako lider Blenders. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się tak świetnie rozbujanego funkiem koncertu. Takie szlagiery Czerwonych Papryczek jak “Suck My Kiss”, “Under The Bridge” czy “Californication” zabrzmiały naprawdę wyśmienicie.

Jeszcze kilka słów o członkach Everything is made in China. Wbrew wielu niesnaskom między naszymi narodami, zarówno nasza publiczność, jak i zespół stworzyli bardzo pozytywny i przyjemny klimat. Miałem okazję zamienić kilka słów z basistą Filipem, który okazał się nad wyraz sympatycznym człowiekiem. Zresztą, kiedy mój znajomy poprosił go o podpisanie płyty, ten odparł, że zgodzi się pod warunkiem, że sam też dostanie od niego autograf. Muzycy najwyraźniej nadal czują się trochę onieśmieleni rozwojem swojej kariery. Przyjemnie jest popatrzeć jak osoby z zupełnie niedocenianego muzycznie kraju, odnoszą taki sukces.

Krzysztof Kowalczyk

Zdjęcia z koncertu autorstwa Dominiki Wężowskiej:

Everything is made in China

Monkey Funks

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.