06.04.2011 09:25

Autor: Malwina Mus

Eveline – “Alpha – Omega”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


evelinealfaomega.jpg Eveline – “Alpha – Omega”
Borówka Music / 2011

Alfa i Omega to pierwsza i ostatnia litera alfabetu greckiego; oznacza tajemniczą całość, doskonałość. Symbole te pojawiające się w  Apokalipsie, przedstawiają zasadę trwania i sensu wszechrzeczy. Potrzeba nie lada zuchwałości, by nadać albumowi muzycznemu tytuł o tak bogatych i  doniosłych konotacjach.

Długo zastanawiałam się, co taka płyta musi w sobie zawierać, jak powinna brzmieć, by odpowiedzialny za nią artysta mógł z podniesioną głową wymawiać jej nazwę. Odpowiedź na powyższe pytanie udzielił mi 8 marca zespół Eveline, wydając nakładem Borówka Music/Locomotiv Records/Sonic Vista album “Alpha – Omega”. Zrozumiałam. Ale i nie do końca.

Tytuł “Alpha – Omega” nie świadczy o narcystycznym samozachwycie włoskich muzyków, ale narzuca pewien sposób odbioru płyty. Sposób – dodajmy – najwłaściwszy. Własnym przykładem mogę zaświadczyć, że z muzyką Eveline na uszach nie sposób bezkolizyjnie przejść przez miasto – arytmiczny krok, niespodziewane zrywy i przystanięcia wprawiają w zakłopotanie pozostałych uczestników ruchu drogowego. Błędem jest również odsłuchiwanie materiału w losowej kolejności, podczas gdy należy go słuchać od początku (Alpha) do końca (Omega). Trzecia płyta w dorobku Eveline przywraca muzyce jej doniosły, elitarny status, a obcowanie z nią ma charakter ceremonii. Poszczególne kompozycje nie są przyjemne w sposób oczywisty, nie wpadają w ucho, nie nadają się na podkład do codziennych zajęć. “Alpha – Omega” wymaga koncentracji, skupienia, uwagi. Dopiero, kiedy wyprosisz z pokoju postronne osoby, wyłączysz telefon i komputer, spuścisz rolety, rozsiądziesz się wygodnie w fotelu, by na te 45 minut oddać się w ręce Włochów, docenisz wartość ich muzyki i przenikniesz w świat wykreowany gitarą i wokalem.

Najpierw trzeba przeprawić się przez rzekę, która początkowo spokojna, w okolicach czwartej minuty utworu “To Kaluza’s White Quasar” (gdy przez monotonny, transowy, gitarowy motyw połączony z magicznym zaśpiewem wreszcie przebija się perkusja) zacznie z impetem uderzać w kamienie i poniesie Cię swoim wartkim nurtem. W kolejnych utworach z muzycznej mgławicy wynurza się mocny i wyrazisty wokal, zachęcający do głębszego eksplorowania dźwiękowej przestrzeni (“Come on, Sister!”). Podążając za głosem, przy wtórze psychodelicznej muzyki, zagłębiasz się tym chętniej, że nie doświadczasz tu nudy. Czasem wydaje Ci się, że słyszysz zawodzącego Thoma Yorke`a, czasem starego rockowego wilka o głosie przeżartym tytoniem i Whiskey. Utwór “Omega” otwiera zawadiackie, łobuzerskie smęcenie (mógłby posłużyć za soundtrack do filmu Lyncha!), by w trzeciej minucie rozchybotać się i dogalopować do końca. Zmanierowane “She`s from Mars” wznosi strzeliste konstrukcje dźwiękowe wokół powtarzanej z maniackim uporem, intrygującej, tytułowej frazy. I właśnie tych kilka utworów – bezpretensjonalnych, nieokrzesanych, nieco upiornych – zyskuje moje największe uznanie. Majstersztykiem w tym zakresie jest  “Terrible n. 1″ – utwór utrzymany w stylistyce podkładów muzycznych do filmów grozy sprzed dobrych paru dekad. Właśnie tu sytuowałabym punkt kulminacyjny płyty (i docelowy podróży), po którym emocje opadają, a muzyka Eveline przywraca nas rzeczywistości, przypominając o codziennym gwarze (“Little Comet”). Na koniec pozostaje jeszcze minimalistyczna perełka. Leniwe “Lunar”, w którym cisza traktowana jest jak równoprawny instrument, brzmi, jakby wyszła spod ręki rodowitych Islandczyków. Z jej ostatnim “plumknięciem” rodzi się w słuchaczu pokusa, by podróż przebyć jeszcze raz, by nacisnąć magiczne “replay”.

Czego zatem może dotyczyć moje zapowiadane “ale”? “Alpha – Omega” słuchane z pietyzmem, od początku do końca stanowi świetny materiał na koncept album. Czegoś tu jednak zabrakło? Zabrakło nadrzędnej idei, sensu, do którego przybliżałaby słuchacza każda kolejna kompozycja. Różnorodność, tak przecież ceniona, w tym przypadku staje się utajoną wadą tej płyty. Osiem utworów kryje w sobie potencjał na dłuższy (może i nie jeden!) album. Poszczególne kompozycje są zlepkami wielu pomysłów, z których każdy mógłby z powodzeniem zyskać osobną realizację. W rezultacie płyta “Alpha – Omega” nasuwa skojarzenie z rudą złota: wymaga ociosania, odrzucenia pierwiastków zbędnych i wytopienia z niej cennego kruszca. W obecnej formie – bynajmniej – nie traci na wartości! Trudno jej jednak rozbłysnąć pełnym blaskiem.

Malwina Mus

wyszperaj coś więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (6 głosów, średnio: 6,67 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.