15.02.2010 01:32

Autor: Radek

Eels – “End Times”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


eels-end-times.jpg Eels – “End Times”
Vagrant/2010

Mister E, to jeden z najbardziej depresyjnych twórców amerykańskiej alternatywy. Właśnie wydał swój 7 album. Ta płyta nie obudzi w słuchaczu nadziei, lecz mimo tego, słucha się jej zadziwiająco przyjemnie.

W całej twórczości Eels, osoba Marka Olivera Everetta – w skrócie zwanego E – wysuwa się na pierwszy plan. Mister E, wokalista, gitarzysta, aranżer, to człek wyjątkowo przez życie doświadczony. Ten bagaż doświadczeń doskonale słychać w jego piosenkach.

Artysta zaczynał od solowego grania, by w połowie lat 90., będąc już dobrze po trzydziestce, wystartować z projektem Eels (ang. “węgorze”). Zespół szybko zyskał sporą popularność, szczególnie w Europie i Ameryce Południowej. Muzycy zasłużyli na renomę markotnych outsiderów, przy czym na tyle dojrzałych (wiekowo, muzycznie, lirycznie), aby nie przeistoczyć się w pop-ikonę zbuntowanej młodzieży. Aby muzyce Eels przyglądać się zupełnie poważnie.

Po debiutanckim, ciepło przyjętym “Beautiful Freak” (1996r.) krytycy pisali o pop-rocku w alternatywnych ciuchach. Zwracano uwagę na liryczne teksty i ciekawy głos Everetta. Okazało się, że ten okres to jedynie epizod, rzecz przejściowa, prenatalna, wstępniak do spraw poważniejszych. Poczynając od “Electro-Shock Blues” (1998r.), przesłanie Eels przechodzi zdecydowaną ewolucję, w kierunku niemal pogrzebowej melancholii (choć niepozbawionej i lekkości, i swoistego humoru). Niebawem, numery o tak złowieszczych tytułach jak “Going to Your Funeral”, “Cancer for the Cure” czy “Hospital Food” staną się znakiem rozpoznawczym zespołu. Jego emblematem. Uwierzcie czy nie, ale blues’owe lejtmotywy, czyli whisky, kobiety, śmierci i samotności w barze, brzmią przy Eels jak słodkie bajki dla gimnazjalistów. Teksty głoszone przez Everetta pozbawione są cienia machismo, męskiego prężenia muskułów. To bardzo osobista zabawa z frazą. Powiedziałbym, taka męska odmiana PJ Harvey.

Wydany w styczniu “End Times” podąża wydeptanym szlakiem. Słodko-gorzkie liryki pomieszano tutaj z delikatnymi, akustycznymi melodiami. Połowa piosenek to nagarnia solowej gitary, czasami tylko przeplatane dźwiękiem skrzypiec, harmonijki (“Nowadays”), panina (“A Line in the Dirt”) niemal folkowego tamburynka (“Unhinged”). Po pierwszym przesłuchaniu, mamy wrażenie obcowania z płytą idealną na koncert unplugged. Nawet żywsze numery, jak “Gone Man”, oczyma wyobraźni widzimy wykonywane akustycznie – na śpiew przy ognisku i kiełbaskach. Ten minimalizm świetnie współgra z zawodzeniem Everetta. Wbrew pozornej monotonności, dziwie wciąga – dlaczego? Większość numerów to po prostu bardzo dobre melodie. Zaś akordowy “Mansions of Los Feliz”, brzmi niemal jak wesoła piosenka.

Stylistycznie konsekwentne “End Times” nie podbije zapewne rynków i rozgłośni radiowych. Warto jednak dać Eels szansę. Krótki, przyjemny album, dobrze współgra z zimową aurą za oknem. Zresztą, zacna muzyka obroni się w każdym okolicznościach. Ta niezbyt tajemna wiedzy dotarła i do Hollywood. Licznie utwory grupy wykorzystano dotąd w kilkudziesięciu produkcjach, w tym tak znaczących jak trzy części “Shreka” czy “American Beauty”. Melodie z “End Times” póki co, czekają w kolejce, na kinowe odkrycie.

Radosław Orzeł

If you can see this, then you might need a Flash Player upgrade or you need to install Flash Player if it's missing. Get Flash Player from Adobe.

wyszperaj coś więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (3 głosów, średnio: 7,33 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.