18.09.2009 18:07

Autor: marcwandas

Dzień gorącego lata… na festiwalu

Kategorie: Czytelnia, Felietony, POLECAMY

Wykonawcy: | | | | | | | | | | | | |


Radiohead (12).jpg Dzień gorącego lata… na festiwalu

Skończył się Orange Warsaw Festival. W deszczu i dosyć przenikliwym chłodzie. To chyba najbardziej wymowny znak świadczący o tym, że letni sezon koncertowy czas zamknąć. I pomyśleć nad sensownym jego podsumowaniem.

Dla mnie był to czas najintensywniejszych przeżyć, nie tylko muzycznych, w moim krótkim, acz obfiującym w wydarzenia życiu. W ciągu jednego zaledwie tygodnia zdarzało mi się być w pięciu miastach i dziesięciu pociągach. Po drodze dostać solidnego szturchańca od ochrony, zaliczyć niemal epileptyczne drgawki w związku gwałtownymi procesami zachodzącymi w moim organizmie, a powodowanymi muzyką, paręnaście razy zgubić się krążąc w obcych mi środowiskach wielkich miast, drżeć w obawie o zdrowie i życie w śmierdzących koktajlem moczu, alkoholu i duchoty podziemnych przejściach. Wszystko to przy okazji koncertów. Szczęśliwie, moje okulary, kupione z okazji utraty poprzednich na koncercie The Subways, przetrwały, choć często o nie drżałem. A zatem… na tak i (rzadziej) na nie, o polskim złotym lecie. Maksymalnie subiektywnie, hasłami, w żadnej kolejności.

Animal Collective

Wyjątkowy koncert dla może tysiąca ludzi, w dżdżystym i błotnistym Jarocinie. Koncert dla mnie idealny, przepełniony… muzyką. A to warte docenienia w epoce ściągania uwagi widza cudami na kiju. Ponadprzeciętna gęstość dźwięków w tej twórczej materii powalała na kolana i wprowadzała w osłupienie. Odbiór zakłócony przez promile alkoholu w krwi niektórych niedobitków po Kaziku Na Żywo.

Oczekiwanie

… wreszcie zakończone. Równie, a może jeszcze bardziej euforycznie odebrany przeze mnie koncert Radiohead dał mu kres. Niektórzy czekali 15 lat, szczęśliwcy, którzy mogli wybrać się do Berlina, ledwie rok, ale każdy czekał z utęsknieniem. Bo dla Polski to oczekiwanie dłużyło się jak proces akcesyjny w Unii Europejskiej. Niby blisko, ale jeszcze zobaczymy. Niby blisko, ale jeszcze nie teraz. Aż wreszcie usłyszeliśmy “I’ve got a poison, who wants some?“. Zatruci pragnieniem następnego razu rozeszliśmy się w tempie pół kroku na minutę. I znów czekamy, tym razem z większą nadzieją.

Organizacja

Czyli ochrony, strefy gastronomiczne, toi toie, pola namiotowe i tak dalej. Jeśli wybierasz się na wydarzenie muzyczne w Polsce, możesz zostać uznany niemal za kryminalistę wcinając ukrytą uprzednio w pozawijanych rękawach kurtki przeciwdeszczowej bułkę z pasztetem. Bój się prosząc o wodę ochroniarzy, nie waż się nawet wciągać w wir doznań muzycznych, podsycanych przez artystów. Możesz zarobić obelgę – i w tym wypadku możesz się najwyżej uśmiechnąć opowiadając anegdotę gdzieś w barze, po kilku latach. Możesz zarobić solidnego łupnia – o czym z kolei wspominać będziesz raczej z kwaśną minką, i o czym z kolei w dalszej części wywodu. Jeśli nocujesz w namiocie – poznasz pewnie głębię tytułu utworu “Hot Tent Blues”. Jeśli chcesz się przy tym umyć – przygotuj sobie krzesełko składane i coś do czytania. Albo bądź nastawiony na rozmowę i otwarty – kolejki do natrysków ułatwiają zawieranie nowych znajomości. Uważaj na drogowskazy i inne znaki. Przekreślony pistolet oznacza, że nie możesz wnieść na teren koncertu broni palnej. Wiem, nie możesz się rozstać z coltem odziedziczonym po dziadku, ale czego się nie robi dla muzyki…

Laptop

Hasło kluczowe przy wszelkich elektronicznych setach, bo słowo koncert często nie do końca pasuje, Ok, fajnie, przyjdą, główkami pokiwają, poskaczą (Prodigy), zachęcą do zabawy, nawet pokażą kilka fajnych obrazków na telebimie (Moderat), ale od jabłek nie odejdą, nic twórczego z muzyką nie zrobią, główne linie wokalu czasem też w jabłko wepchną, myśląc, że nadrobią braki żelazkiem na głowie (Planingtorock). A inni wskażą im miejsce w szeregu, serwując nam cudeńka ni w pień niepodobne do tego, co dają na płycie (Jon Hopkins).

Publiczność

Możemy dumnie wypiąć pierś i powiedzieć, że polska publika potęgą, że kraj nasz słynąć z niej może. Bo przez artystów doceniana, bo żywiołowo reagująca, bo tu flagę zrobi, tam sto lat zaśpiewa. Tak, możemy tak powedzieć. Czasem. Bywa bowiem, że etos polskiego słuchaczo-oglądacza zalicza bolesną glebę. Szczególnie, gdy Lenny Kravitz szaleje w amoku improwizacji, a ci stoją, piją piwo, śpiewają “Hej Sokoły”. Niedopuszczalne nawet na z założenia dennej imprezie, jaką niestety są Wianki.

Nieznane

Zespołów może i w pewnych kręgach modnych, ale szerzej nieznanych można było zobaczyć w Polsce tego lata wiele. Ale nie tylko to włączam do tego hasła. Tych znanych rzeszom oddanych fanów, a nieszczególnie bliskich Tobie, drogi czytelniku, pewnie też było parę. A podobało się niezmiernie, czyż nie? Ja ze swojej strony w tą listę wpisuję Faith No More. W kategorii “mniej znane, polskie”- spory ruch. Przede wszystkim w związku z OFF Festivalem, gdzie zobaczyłem BiFF, White Rabbit’s Trip i, chyba przede wszystkim, Tres B. A w kategorii “mniej znane, mózg masakrujące, narodowość mniej istotna” rzucam główną nagrodę Monotonix. I tutaj wspomnienie z gatunku tych niezbyt miłych – ochrona na ich koncercie, w zamyśle mającym odbyć się wśród publiczności, a faktycznie zdominowanym przez większość czasu przez przerażoną służbę porządkową, wyjątkowo niemiło mnie potraktowała, wyciągając za włosy, serwując solidnego szturcha w żebra i kilka słów, wśród których “idiota” to najlżejsze. Co takiego strasznego zrobiłem – spytajcie się drogiej FOSY.

MGMT (1).jpg Darmowe

I tutaj o minionym Warsaw Orange Festival. Umiarkowany niestety, ale jednak sukces artystyczny. Organizacja – czegóż się spodziewać, ktoś powie… Jednak moim zdaniem przekrój polskiego społeczeństwa, który pojawił się na tej imprezie, tworząc wielkie ciągi komunikacyjne powodujące ruch jak na bazarze, nie był wynikiem wyjątkowo familijnego formatu imprezy. Raczej po prostu dziadkowi z wnusią pod opieką trochę się nudziło, a tam tak kolorowo i wszyscy skaczą – chodźmy! A w innego gatunku przypadkach – “Impreza zajebicho, piwo drogie w cholerę tylko, hehe. Dobrze, że monopolowy za rogiem, hehe. Kto tam grał? Nert? Ale gupia nazwa, hehe”. To samo w odniesieniu do wspomnianych wyżej Wianków. Bezpłatne wejściówki byłyby mile widziane. I sensowne rozmieszczenie koncertów – maleńki placyk pod pałacem kultury, gdzie wchodziło się na wyrastające z nikąd barierki i stłoczonych niesamowicie ludzi nie był najlepszym pomysłem, szczególnie przy zespole sławy sporej – MGMT. Podobnie nie rozumiem, za co krakowianie tak kochają sceny po drugiej stronie Wisły.

Niszowe…

się opłaca. Pokazali to organizatorzy Audioriver – przez frekwencyjny sukces, oraz OFF Festiwalu – mniej przez frekwencję, bardziej przez zbudowanie niepowtarzalnej marki festiwalu. Zresztą nawet na Open’erze takie Late Of The Pier zmiażdżyło większość koncertów na głównej scenie. Czasem warto sprowadzić coś, co przyciągnie 500 z kilkudziesięciu tysięcy festiwalowiczów – bo przekona do siebie kolejne kilka-, kilkanaście tysięcy.  A zachęcony tym zespół powróci.

Marcel Wandas

nasze relacje z wydarzeń muzycznych
minionego lata w Polsce

KLIKAJ

* zdjęcie z koncertu MGMT ze strony http://seethemusic.info/mgmt/ [Krzysztof Bukowski / SeeTheMusic.info]
* zdjęcie Radiohead z koncertu w Poznaniu autorstwa Roberta Spasiuka




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.