31.10.2010 22:14

Autor: Malwina Mus

Don’t Ask Smingus – “Landslide”

Kategorie: Albumy polskie, Recenzje

Wykonawcy:


don%e2%80%99t-ask-smingus-%e2%80%93-landslide.jpg Don’t Ask Smingus – “Landslide”
Gustaff Records / Borówka Music / 2010

22 października na półki sklepowe trafił “Landslide” – debiutancki album formacji Don’t Ask Smingus. To kolejna krakowska grupa, która udowadnia, że widok na Wawel nie obliguje do wykonywania poezji śpiewanej, a płyt CD nie toczy się tu w zakładzie zduńskim. “Landslide” nie trąci myszką realizacyjną, nie odżegnuje się od tradycji, za to w twórczy i nowatorski sposób ją reinterpretuje. A ponieważ równowaga to podstawa… od Don’t Ask Smingus ciężko oderwać ucho. Przynajmniej początkowo.

Z perspektywy kilkunastu dni od debiutu fonograficznego Smingusów, coraz trudniej jest mi wierzyć w przypadki. Historia powstania Don’t Ask Smingus to raczej kolejny argument w rękach zwolenników teorii determinizmu historycznego. A było to tak… David Molus z Anglii oraz Thymn Chase z USA, każdy z sobie tylko znanych powodów, trafili do Krakowa. Tu zostali przyjęci w gościnę przed miejscowego bluesowego wygę Tomasza Zapałę i w takim oto składzie rozpoczęli radosne muzykowanie, nucąc pod nosem szlagiery Dylana, Casha, zawodząc na nutę Yorke’a. Dobiegające zza grubych ścian krakowskich kamienic melodie nie pozwoliły przejść obojętnie Jurkowi Drobotowi i Jarkowi Wyce, którzy basem i perkusją dopełnili instrumentarium Don’t Ask Smingus.

Mozaikowy skład zespołu idzie w parze z różnorodnością stylistyk. “Landslide” to płyta eklektyczna. Otwierające album “Going Home” jest manifestacją silnie bluesowego zakotwiczenia całości. Kolejne utwory sprawiają, że muzyczna propozycja Smingusów staje się coraz bardziej chybotliwa. Płyta zaczyna dryfować między funkowymi atolami, zapuszczać się w dzikie rewiry folku, co pewien czas cumując przy portach songwritingu. Efekt? Uosobienie bluesa zostaje ociosane z typowej dla gatunku rozwlekłości i skrojone na miarę uniwersalnego słuchacza. Całą operację można porównać do obróbki szlachetnego monolitu przez zmieszanie go z innym kruszcem. Tak powstał brąz, tak powstała debiutancka płyta Don’t Ask Smingus. Trudno jednak posądzać zespół o działania skalkulowane na sukces. Smingusi z wyczuciem mieszają to, co najlepsze w różnych stylistykach, a płyty najzwyczajniej w świecie dobrze się słucha.

Przejdźmy zatem do samego albumu. Kiedy włączyłam pierwszy utwór (“Going Home”), wyobraziłam sobie grupę dorodnych samców, w kowbojskich kapeluszach, flanelowych koszulach z zakasanymi rękawami, z papierosami w ustach, cwaniackimi uśmieszkami. To mężczyźni z reklamy Marlboro, to mężczyźni z reklamy Wranglerów, to mężczyźni z reklamy Jacka Danielsa. Kolejne piosenki sprawiały, że machowskie wizje szybko ustąpiły tym nieco bardziej okrzesanym i lirycznym. Inicjalne chropowatości uległy oheblowaniu i oszlifowaniu za sprawą łagodnego “Tied Up” czy zagmatwanej i niepokojącej “Out of Mine”. Tytułowa “Landslide” to już melancholia zaklęta w dźwięki i śpiewana przez (daję głowę!) wrażliwca pokroju Vaclava Havelki. Warto zwrócić również uwagę na utrzymaną w kabaretowo-salonowej stylistyce “Kiss Goodnight”, przywołującej na myśl wybryki Mitch & Mitch, oraz “Soldier On” – kto wie, czy nie będącą najlepszą kompozycją spośród jedenastu propozycji. Czy tylko mi przywodzi ona na myśl Erica Claptona? Z resztą, to nie jedyne permanentnie powracające skojarzenie. Intrygujący głos Dave`a Molusa jest skądś już jakby znany. Wiele dni przepędziłam na skonkretyzowaniu mglistych przypuszczeń. Wreszcie z nieco innego muzycznego (za)świata dotarł do mnie wokal Caleba Followilla, którego nonszalanckie podejście do śpiewu zdaje się pobrzmiewać w poszczególnych utworach Smingusów.

“Landslide” to przyjemna wędrówka przez muzyczne stylistyki, gatunki, tradycje, wikłająca odbiorcę w sieć odwołań i nawiązań, wywołująca co pewien czas efekt deja vu. To podróż, dodajmy, jak na polskie warunki wysoce komfortowa! Debiutancki album Don’t Ask Smingus poleciłabym każdemu. Wada to czy zaleta?

Malwina Mus

wyszperaj coś więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (13 głosów, średnio: 7,62 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.