23.03.2009 15:06

Autor: Gosia

Danger! Danger! High Voltage!, czyli koncertowe wydanie Electric Six

Kategorie: Czytelnia, Relacje z koncertów

Wykonawcy: |


Electric Six (15).jpg Danger! Danger! High Voltage!, czyli koncertowe wydanie Electric Six 

Electric Six to zespół, który zaistniał w świadomości ogółu w roku 2003 swoimi absurdalnymi hitami “Danger! High Voltage”, “Gay Bar” oraz “Dance Commander”. Bawili nas z ekranów telewizorów, jak i z głośników odbiorników radiowych. Nie ma chyba osoby, która choć raz nie widziałaby teledysku z półnagimi Lincolnami ocierającymi się o siebie i śpiewającymi o tym, że chcą nas zabrać do Gej Baru. Jednak od tego momentu o zespole stało się cicho.

I w sumie cicho jest nadal. A tymczasem, zespół nagrywa jedną płytę za drugą (w tym jedną o najdłuższym tytule świata, czyli “I Shall Exterminate Everything Around Me That Restricts Me From Being the Master”) oraz grywa koncerty. Naprawdę niezłe koncerty. Mi udało się ich zobaczyć w brukselskim klubie VK 18 marca, gdzie przypomnieli mi o tym, dlaczego kiedyś tak ich lubiłam i pokazali jak zrobić show bez drogich efektów specjalnych i wyszukanych strojów. Ale zanim o tym, parę słów o supporcie.

Romano Nervoso to włoska kapela, której członkowie na co dzień mieszkają w belgijskiej stolicy. Jak na porządny rock’n'rollowy zespół przystało, każdy z panów ma na nazwisko Nervoso. Wyszli na scenę, zagrali, pogadali po włosku, zadedykowali jeden z utworów włoskiej drużynie footballowej i zeszli. No dobrze, trzeba przyznać, że swoje zadanie spełnili i publikę rozgrzali. Ich występ był bardzo energetyczny i żywiołowy (wokalista nawet raz rzucił się w tłum), a muzyka porywała przynajmniej do tupania nogą, ale nie zatrzymywałabym się dłużej przy nich. Zobaczyłam, przyswoiłam, więcej razy mi nie potrzeba. A poza tym nie oszukujmy się, tego wieczoru chodziło o Electric Six.

O Electric Six, które weszło na scenę punktualnie o 21.30. Przyznam szczerze, że tak, jak muzyczne dokonania grupy śledziłam na bieżąco, tak w głowie nadal miałam obraz Dicka Valentina z teledysku “Danger! High Voltage” – przylizanego pana z wąsem, w szykownym garniturze, ale może bez świecących genitaliów. Jakie zatem musiałobyć moje zdziwienie, kiedy zobaczyłam go na scenie. Przez moment rozglądałam się jeszcze czy na pewno zza kulis nie wychodzi jeszcze ktoś. Przecież ten potargany, lekko pulchny mężczyzna w niedbałym, bylejakim garniturze (na początku przykrytym dwiema pelerynami) to nie może być TEN Dick Valentine. A jednak, może. Stanął plecami do sceny, tak, żeby wszyscy zobaczyli wypisany na jego plecach tytuł pierwszej piosenki tj.”Flashy (Man)”, po czym odwrócił się i zaczął śpiewać. Zupełnie bez życia i bez tego lekkiego szaleństwa, które słychać w jego głosie. Kiedy piosenka dobiegła do końca, podszedł do gitarzysty, który rozwiązał mu pierwszą pelerynę, pozwalając nam zobaczyć napis na plecach drugiej, czyli “Showtime”.  “Don’t tell me what time it is now/I know what time it is now/It’s show time!/Show time!” śpiewał Dick, a ja miałam ochotę zapytać czy aby na pewno. Spodziewałam się bomby, która wybuchnie wraz z pierwszym utworem.

Electric Six (29).jpg Na szczęście okazało się, że moja bomba wybuchła, tylko zapłon był opóźniony. A wybuchła przy trzecim utworze, czyli przy “Dance Commander”. Dick pozbył się swoich peleryn, które lekko krępowały jego ruchy i zaczął tańczyć. Może nie był to szleńczy taniec, a raczej nieśmiałe podrygiwanie z paroma dość kiczowatymi aczkolwiek ekstrawaganckimi figurami, a jednak wystarczyły, aby rozruszać całą publikę. Tego wieczoru nie zabrakło największych hitów grupy tj. “Gay Bar”, “Danger! High Voltage”, “Down in Macdonnelzzz”, “Germans in Mexico” czy “Dance Pattern”(przy którym Dick dołączył do tańczącej na głośniku dziewczyny). Bardzo ucieszył mnie fakt, że setlista była w dużej części wypełniona utworami z pierwszej płyty. Sam Dick, poza tańczeniem, pokazał nam też ile Euro nosi w portfelu, robił pompki oraz prężył się przed nami na wszystkie możliwe sposoby. Ale jego kontakt z publicznością nie ograniczał się tylko do tego. W pewnym momencie, kiedy reszta zespołu grała cicho podkład, on zaczął swój monolog na temat różnych narodowości (głównie Rosjan, Belgów i Szwajcarów) oraz języków, jakimi się posługują. Zapytał skąd wiedzą w jakim języku mają zagadać do dziewczyny, którą spotkają na koncercie, po czym wykrzyczał w stronę publiki “learn English!“. Swoją drogą, ile trzeba mieć odwagi, żeby nabijać się z francuskich Belgów, że nie uczą się języków, przed ponad 1,5-tysięcznym belgijskim tłumem. Choć z drugiej strony, przecież oni nawet go nie zrozumieli. Co też raczył parę razy zauważyć. Jednak najcześciej padającym zdaniem z jego ust było: “Nasz perkusista jest Belgiem, pochodzi z Antwerpii. Nie rozumiem ani słowa z tego, co mówi, ale i tak go kocham“. I szczerze mówiąc, ja też go kocham, bo bębnił rewelacyjnie! Koncert nie tylko podobał się publice, ale i samemu zespołowi, co udowodnił nam wychodząc na drugi, niezaplanowany bis podczas, którego zagrali m.in genialny “Synthetizer”.

Przyznam szczerze, że na koncert pojechałam trochę przez przypadek. W tym momencie jestem bardzo wdzięczna losowi, że taki przypadek mi zesłał. Pod koniec koncertu Dick Valentine obiecał, że do Belgii przyjadą jeszcze raz w czerwcu, a ja zaciskam kciuki, żeby to była prawda, bo chętnie zobaczyłabym to raz jeszcze, a poza tym “It would be awsome, if we could dance” panie Valentine!

Małgorzata Lewandowska

Zdjęcia z koncertu:

Electric Six

Electric Six (23).jpg

Romano Nervoso

Romano Nervoso (5).jpg

wyszperaj coś więcej ▼




Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.