20.04.2009 23:03

Autor: marcin

Cymbals Eat Guitars – “Why There Are Mountains”

Kategorie: Albumy zagraniczne, Recenzje

Wykonawcy:


cymbals-eat-guitars_why-there-are-mountains.jpg Cymbals Eat Guitars – “Why There Are Mountains”

Skądś to znamy. Po raz kolejny grupa nowojorczyków, oderwana od swych nudnych i codziennych zajęć, zdecydowała się złapać za gitary i nagrać jedną z ważniejszych gitarowych płyt roku. 

My tak nie potrafimy i już. Nie wiem jakim sposobem Amerykanie pozyskali sobie monopol na produkowanie rasowych gitarowych zespołów, ale ostatnie kilka lat skutecznie udowadnia, że rynek za oceanem jest niezwykle płodny w formacje z założenia nowatorskie i zarazem nie wstydzące się bezpośrednich odwołań do własnych inspiracji. I nie chodzi mi tutaj o grupy wysokoformatowe, pnące się do góry, po zabójczej drabinie sukcesu, kończącej się zazwyczaj wielkim rozczarowaniem. Mam tu raczej na myśli artystów stawiających na niezależność, ceniących bardziej sukces artystyczny, od komercyjnego. W podobny schemat można wpisać nowojorską grupę Cymbals Eat Guitars, której debiutancki album “Why There Are Mountains” właśnie ujrzał światło dzienne. Nagrany, wydany i rozprowadzany własnymi zespołowymi siłami (tak! panowie nie mają wytwórni) pozwala na nowo poczuć wibracje gitarowych jazgotów rodem z lat 90-tych.

Chociaż muzycy otwarcie przyznają, że nigdy nie zdołali przebrnąć przez całe “This Is A Long Drive…” Modest Mouse i bliżej im do melodyjności Weezera z czasów “Pinkertona” (nie później!), trzeba przyznać, że styl zespołu wypada gdzieś pomiędzy tym, co prezentują obie wspomniane kapele. Muzyka Cymbals Eat Guitars ma w sobie wiele przystępnych elementów, podanych wprost i mogących śmiało zaistnieć radiowo, jednak zazwyczaj by do nich dojść, trzeba przejść przez stonowane ściany sprzężeń i pogłosów. Muzycy przyznali, że większość zabiegów ubogacających melodie powstała w studio, trzeba zatem uwierzyć im, że prace nad materiałem trwały do samego końca. Z jednej strony nie ma się czemu dziwić, grupa nie koncertowała do tej pory zbyt wiele, a i sami jej członkowie na co dzień zawodowo zajmujący się bardziej prozaicznymi zajęciami, nie mieli zbyt wiele czasu na próby. Jednak wszystko wskazuje na to, że zainteresowanie wokół zespołu spowodowane świetnymi recenzjami “Why There Are Mountains” wpłynie na ich stosunek do grania muzyki.

Album otwiera wybuchowy “And The Hazy Sea”, utwór na równi rock’n'rollowy, patetyczny i śpiewny. Ujawnia się tutaj pierwszy i główny atut nowojorczyków – całkiem niezłe pomysły na rozwinięcia utworów. Kompozycje kompozycjami, lecz niezwykle ważna jest chemia panująca między muzykami. “Why There Are Mountains” po prostu płynie. Ciężko przewidzieć kolejne kroki nowojorczyków. W takim “Cold Spring” na początek dostajemy rozbujaną melodię, wzbogaconą o skrzypce rodem z Iron & Wine. Później nastrój zaczyna się zagęszczać, gitary przejmują miejsce wokalu i przenoszą nas do części końcowej, gdzie słychać wyraźnie jak każdy z muzyków rozkręca się w najlepsze i dodaje kolejne motywy. Takie momenty sprawiają, że choć album brzmi studyjnie, czujemy się trochę jak na próbie.

Jeśli chodzi o porównania bardziej współczesne, to przypuszczam, że ostatni album Deerhuntera leżał na półce któregoś z muzyków. Słychać to w kompozycjach nakierowanych psychodelicznie jak w “Share”, w którym pod warstwą sprzężeń ukryto całkiem nośne melodie. Z kolei takie numery jak “Wind Phoenix” czy “Indiana” bez problemu mogłyby znaleźć się na albumie chociażby Death Cab For Cutie czy późniejszych dokonaniach Get Up Kids. Stanowią łagodniejsze i przystępniejsze oblicze Cymbals Eat Guitars. Zastanawiające jest jak muzycy łączą ze sobą na żywo melodyjniejsze momenty wzbogacane o klawisze i trąbki (cymbały i skrzypce też!) z gitarowym zamieszaniem. Przypuszczam, że wersja koncertowa zespołu pozwala doświadczyć jeszcze innego oblicza muzyki zawartej na krążku.

Podobno wraz z napływem przychylnych recenzji, zespołowi otwarły się drzwi większości wytwórni o mniejszym formacie, pokroju Sub Pop czy Jagjaguwar. Jak na razie zespół nie zdecydował się na podpisanie kontraktu, priorytetem stają się koncerty i praca nad nowym materiałem. Zarzekają się, że idea Do It Yourself odpowiada im najbardziej. Jak na razie spełnia się całkiem nieźle. Warto mieć na uwadze ten album robiąc roczny bilans płytowy.

Marcin Bieniek

wyszperaj coś więcej ▼


Oceń album:


zabronione przez Konwencję Genewskączy jest na sali lekarz?droga przez mękęciężko przebrnąćmogło być gorzej, ale lepiej teżwitamy po jasnej stronie księżycahigh five!jizz in my pantsbogiJohn Lennon może tylko pozazdrościć (10 głosów, średnio: 7,00 / 10)



Dodaj komentarz




 

Uwolnij Muzykę - muzyczny serwis internetowy, muzyka alternatywna, polska muzyka, teledyski, wideoklipy, recenzje, wydarzenia muzyczne.

Copyright © 2008-2016 Uwolnijmuzyke.pl . Wszelkie prawa zastrzeżone.